Muszę przyznać się do czegoś okropnego.
Otóż nie lubię Pink Floyd.
Wielu próbowało mnie przekonać do tej muzyki, wszyscy polegli. Że tak powiem, to nie na moją wrażliwość. Przysypiam. Jest wszak jeden wyjątek, mianowicie Dogs. Uwielbiam, szczególnie wieczorami. Na moim przedmieściu też tak psy szczekają w ciemnościach.
Może jeszcze Comfortably Numb. To wszystko.
Pierwszy miesiąc nowego roku nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Zachorzałam, naszczekałam na kogoś, na kogo wolałabym nigdy nie musieć szczekać, zamknęli mi ulubiony sklep i nie będę miała gdzie kupować gruszkowego cydru, odwołali dwa przedstawienia, na które ostrzyłam sobie zęby. Bywały czasy, gdy bawiłam się lepiej.
A do tego przyśnił mi się mój eks.
Z większością koleżków żyję dość miło, choć chłodno; z jednym przez długie lata się przyjaźniłam, aż nam iskierka zgasła. Nadal utrzymujemy kontakt, ale niezbyt intensywny (nabawienie się żony i dzieci dołożyło tu swoje trzy grosze). Z tym natomiast wyjątkowo nie lubię mieć do czynienia, a czasami miewam. Nie mogę go znieść i on mnie najpewniej również nie może. Ot, życie.
No i akurat on mi się przyśnił. Mieszkałam u niego. Zabieraliśmy się do czynności pościelowych, już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy – uff – obudziłam się.
Dziwne, jak człowiekowi potrafi się odmienić, prawda? Najpierw leci jak ćma do ognia, a niedługo później kijem od szczotki by nie dotknął. Ba – z najwyższą radością i westchnieniem ulgi pchnąłby niegdysiejszego umiłowanego w ramiona innej baby (choć z drugiej strony ma wątpliwości natury moralnej, bo po cóż Bogu ducha winnej kobiecie takie kukułcze jajo podrzucać). Nie umiem wykrzesać z siebie najdrobniejszego ukłucia zazdrości, a to z tej prostej przyczyny, że nie dało się bardziej do siebie nie pasować niż my nie pasowaliśmy. Pięść do nosa. Więcej było wrzasków niż uniesień. Gdyby to trwało dłużej i nie skończyło się jak w serialu, przyłapaniem na gorącym uczynku, najpewniej zapędziłoby mnie na kozetkę.
A zakochana byłam po uszy. Po tej tragedii w jednym akcie przeszło mi natychmiast, w sekundę. Śladów trochę niestety zostało.
No i akurat on musiał mi się przyśnić dziś. Nie filmowy gwiazdor z opalonym tyłeczkiem, nie mój ulubiony dziennikarz, nie ktoś z mojej listy ‘skrycie-się-kocham’, tylko on. I ja się pytam dlaczego.
W Cholonku stoi przecież napisane, że najlepiej, jak się przyśni mąka. Krupczatka.
Od dziś poproszę wyłącznie dobre wiadomości, przyjemne sny i wolne zasoby finansowe na narty, bo już mnie roznosi. W sprawie zasobów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, więc gdyby kto znał system rozpracowujący totolotka, uprzejmie proszę o kontakt.
No i luty wcale nie zaczyna się lepiej, dziękuję bardzo. Niektórych ludzi odwieczny porządek rzeczy jednak nie powinien dotyczyć. Bo kto nam tu zostanie za chwilę?…


