• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Monthly Archives: Styczeń 2012

You gotta keep one eye looking over your shoulder

31 wtorek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 7 komentarzy

Muszę przyznać się do czegoś okropnego.
Otóż nie lubię Pink Floyd.
Wielu próbowało mnie przekonać do tej muzyki, wszyscy polegli. Że tak powiem, to nie na moją wrażliwość. Przysypiam. Jest wszak jeden wyjątek, mianowicie Dogs. Uwielbiam, szczególnie wieczorami. Na moim przedmieściu też tak psy szczekają w ciemnościach.
Może jeszcze Comfortably Numb. To wszystko.

Pierwszy miesiąc nowego roku nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Zachorzałam, naszczekałam na kogoś, na kogo wolałabym nigdy nie musieć szczekać, zamknęli mi ulubiony sklep i nie będę miała gdzie kupować gruszkowego cydru, odwołali dwa przedstawienia, na które ostrzyłam sobie zęby. Bywały czasy, gdy bawiłam się lepiej.

A do tego przyśnił mi się mój eks.
Z większością koleżków żyję dość miło, choć chłodno; z jednym przez długie lata się przyjaźniłam, aż nam iskierka zgasła. Nadal utrzymujemy kontakt, ale niezbyt intensywny (nabawienie się żony i dzieci dołożyło tu swoje trzy grosze). Z tym natomiast wyjątkowo nie lubię mieć do czynienia, a czasami miewam. Nie mogę go znieść i on mnie najpewniej również nie może. Ot, życie.
No i akurat on mi się przyśnił. Mieszkałam u niego. Zabieraliśmy się do czynności pościelowych, już był w ogródku, już witał się z gąską, gdy – uff – obudziłam się.
Dziwne, jak człowiekowi potrafi się odmienić, prawda? Najpierw leci jak ćma do ognia, a niedługo później kijem od szczotki by nie dotknął. Ba – z najwyższą radością i westchnieniem ulgi pchnąłby niegdysiejszego umiłowanego w ramiona innej baby (choć z drugiej strony ma wątpliwości natury moralnej, bo po cóż Bogu ducha winnej kobiecie takie kukułcze jajo podrzucać). Nie umiem wykrzesać z siebie najdrobniejszego ukłucia zazdrości, a to z tej prostej przyczyny, że nie dało się bardziej do siebie nie pasować niż my nie pasowaliśmy. Pięść do nosa. Więcej było wrzasków niż uniesień. Gdyby to trwało dłużej i nie skończyło się jak w serialu, przyłapaniem na gorącym uczynku, najpewniej zapędziłoby mnie na kozetkę.
A zakochana byłam po uszy. Po tej tragedii w jednym akcie przeszło mi natychmiast, w sekundę. Śladów trochę niestety zostało.
No i akurat on musiał mi się przyśnić dziś. Nie filmowy gwiazdor z opalonym tyłeczkiem, nie mój ulubiony dziennikarz, nie ktoś z mojej listy ‘skrycie-się-kocham’, tylko on. I ja się pytam dlaczego.
W Cholonku stoi przecież napisane, że najlepiej, jak się przyśni mąka. Krupczatka.

Od dziś poproszę wyłącznie dobre wiadomości, przyjemne sny i wolne zasoby finansowe na narty, bo już mnie roznosi. W sprawie zasobów nie mam zbyt wiele do powiedzenia, więc gdyby kto znał system rozpracowujący totolotka, uprzejmie proszę o kontakt.

No i luty wcale nie zaczyna się lepiej, dziękuję bardzo. Niektórych ludzi odwieczny porządek rzeczy jednak nie powinien dotyczyć. Bo kto nam tu zostanie za chwilę?…

Rainbow maker

30 poniedziałek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 5 komentarzy

Parę lat temu – nie pamiętam dokładnie – poszłam z przyjaciółmi na knajpianego Sylwestra. Moi rodzice balowali nieopodal. Ponieważ jedna i druga impreza skończyła się szybko, a wszyscy mieli apetyt na więcej, połączyliśmy siły i na krzywy ryj weszli do jakiegoś pubu na Kazimierzu. Pochłonęliśmy zawartość bufetu – bardzo pyszny smalczyk mieli, to pamiętam – i tańczyliśmy do szóstej rano. Odpoczywając między szaleństwami na parkiecie, mój ojciec znalazł na podłodze kryształ.
(To u nas rodzinne widocznie, ja w Pięknym Psie na podłodze różaniec znalazłam – może to był znak?).
Kryształ wisi w oknie na wsi. W słoneczne dni po ścianach fruwają dziesiątki maleńkich tęcz. A ja, zamiast pisać, gapię się w nie z zachwytem.

Ilekroć oglądam “Szkło kontaktowe”, zastanawia mnie coś bardzo, przebardzo.
Dlaczego tam dzwonią głównie ludzie, którzy nie cierpią TVN – bo wiadomo, niemiecka żydomasoneria zawłaszcza media – i mają poglądy, od których bardziej na prawo to już tylko Mur Chiński? Mnie by się nie chciało męczyć słuchaniem czegoś, co podnosi mi ciśnienie. Dlatego nie kupuję tygodnika z błędem w tytule ani “Frondy” na ten przykład. Wolę sobie poczytać o górach albo o teatrze. Po treści, które nie są zgodne z moją linią programową, w ogóle nie sięgam. Z jednym wyjątkiem, czynionym z przyczyn towarzyskich.

Tak samo jest z blogami przecież. Są ludzie, którzy czytają ten czy ów blog nie dlatego, że podoba im się zawartość – ale dlatego, że serdecznie nie znoszą autora i czekają, aż powinie mu się noga. Aż walnie byka, przyzna się do romansu, popierania aborcji, palenia marihuany, napisze, że nie lubi kotów ani – Jezusie Nazareński! – dzieci.
Napisze, że jest szczęśliwy – jakim prawem. Napisze, że świat mu się wali, że jest chory, samotny – cudownie, w to nam graj.
Fascynuje mnie to. Niezmiennie, choć widywałam przypadki skutecznego zaszczucia blogerów. Fascynuje, bo zastanawiam się, skąd w nas ta potrzeba wyrażania nienawiści. Zachodzę w głowę, dlaczego namiętnie biczujemy się przekazami, które budzą w nas negatywne emocje, zamiast skupiać się na tych, które są nam bliskie. Toż to trujące.
Myślę czasem, że tak jest zwyczajnie prościej. Nienawiść jest uczuciem, które łatwiej w sobie wzbudzić i którym – niestety – łatwiej się dzielić. Zawsze trafi na podatny grunt. Jest bardziej zaraźliwa niż miłość. I co zatrważające, wielu ludziom daje więcej satysfakcji niż ta druga.

Nie jestem fanką mojego gatunku. Czasami bardzo mi wstyd. Za innych, za siebie również, bo przyłapuję się na myślach raczej niskich. Ale za wszelką cenę próbuję nie dopuszczać ich do głosu i dziwię się, z jakim upodobaniem część z nas wyrzyguje swój jad prosto na innych.

Weź se Gienia siądź

29 niedziela sty 2012

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 4 komentarzy

Czerwone paznokcie, haftowany szal, błyszczące kolczyki i wielka futrzana czapa, w której wyglądam jak baba z Magadanu, pozwalają przetrwać mrozy. Lubię taką zimę, ostre kolory nieba i śniegu, rumiane policzki. Smutki won.
Przyjmowane w piątkowy wieczór komplementy też pomogły. Co prawda prawiły mi je lesbijki, ale…

Kto z państwa nie widział jeszcze Hotelu Babilon – proszę w te pędy bilety kupować, albowiem jeśli coś może wyciągnąć was za uszy z letargu, deprechy i podobnie przykrych stanów, to na pewno ten monodram. Zagrane to jest tak, że chapeau bas. Fenomenalnie. Jak powiedział dyrektor Neinert – mięso aktorskie. Właściwie trudno uwierzyć, że to monodram. Popłakałam się ze śmiechu, choć momentami trochę tej biednej Zuzance, wykiwanej przez buraczanego górala-podrywacza współczułam. Ech, jak my się głupio zakochujemy czasami. Tak, o sobie też mówię.

Znakomita rzecz, naprawdę. Pójdę jeszcze raz. Familię wysyłam w piątek na Ojca Boga – też w ramach Karnawału Komedii. Fajna inicjatywa na styczeń, gdy człowiek zwykle umęczony i ponury. I znowu mam wrażenie, że w moim niepięknym, kominami stojącym Heimacie dzieje się więcej niż w rzekomo kulturalnej stolicy Polski.

Leci do mnie 2300 stron o Japonii, Albert Kuvezin (ciekawe, czy ktoś na świecie ma niższy głos? nie mogę otrząsnąć się z nieprzystojnych skojarzeń, słuchając go) i cudowne M83. Nie chcę myśleć o niczym przykrym, mam plany do zrealizowania. Kropka. Plan to podstawa.

Connection reset by peer

27 piątek sty 2012

Posted by porta celeste in Bez kategorii

≈ 1 komentarz

Czasami człowiek ma dzień, gdy wiatr mu w oczy, a nawet, brutalnie mówiąc, w pysk.
Człowiek najbardziej wtedy lubi odpalić Amazon i dorzucić do koszyka parę kolejnych płyt. To człowieka relaksuje.
Dziwne jest tylko to, że człowiek od czasu do czasu te płyty i książki istotnie zamawia, a mimo to koszyk niezmiennie wypchany. Żeby go opróżnić, brakuje pięciuset funtów. I człowiek jest dziwnie przekonany, że gdy już wygra w tego totka, co w niego nie gra, to i tak nigdy w życiu nie doprowadzi do sytuacji, w której przywalony wspaniałymi zakupami pomyśli – no, to mam wszystko, czego chciałam.
Człowiek ma podobnie z butami. Zawsze przecież można znaleźć bardziej czerwone szpilki.

Tak. To brzydkie, niskie, puste aż wiatr gwiżdże i niezbyt zen. A ja nie umiem oszczędzać. Każdą sumę umiem za to wydać na ładne rzeczy. Nie potrzebuję ich (no dobra, JJ Grey & Mofro potrzebowałam do bólu; kiedyś nabawiłam się też obsesji na punkcie przecudnych, upiornie drogich sandałków i w końcu wyciągnęłam z konta ostatnie grosze, żeby je kupić, po czym przez tydzień żyłam za miedziaki), ale ich chcę, a nie z każdym moim chceniem mam ochotę dyskutować.

Na twarzoksiążkę od dni paru nie wchodzę, bo niemal wszyscy nawijają o tym samym. A czytali państwo może ten artykuł o wyimaginowanej pannie, co omotała dziennikarza na Facebooku? Linkować nie będę, bo pewnie dość już biedny nasłuchał się wątpliwych komplementów tak o sobie, jak i o spłodzonym tekście, natomiast zastanowiło mnie coś innego – towarzyszące temu, ech, reportażowi instrukcje ‘jak rozpoznać fake‘. I to mnie zatrważa. Czy ludzie nie wiedzą, kogo znają, a kogo nie, że trzeba im podpowiadać, kto jest prawdziwy? Nie bardzo kumam zamiłowanie do tworzenia sztucznych kręgów znajomków, z którymi w życiu się nie rozmawiało.

Miewam wrażenie, że niektórzy zbyt serio traktują internet. Nie dostrzegają różnicy między strumieniem danych przetwarzanych na rozmaite sposoby a rzeczywistym światem. Może z tym drugim mają słabszy kontakt. A sieć daje fantastyczne możliwości manipulacji. Nieograniczone. Można w niej dowolnie przesuwać akcenty. Ba, można sobie w niej stworzyć alternatywną wersję życia. Wystarczy, że autorem bloga neurotycznej nastolatki może być znudzony czterdziestoletni, brzuchaty administrator sieci. Lepiej, myślę, z dystansem podejść do tego, co w internecie czyta się i ogląda i mieć na uwadze, że wszystko to jest do pewnego stopnia kreacją.
Ech, gdyby McLuhan dożył tego tygodnia, wzruszyłby ramionami i mruknął ‘a nie mówiłem?’.

A ja znowu bardziej przejęłam się faktem, że zapomniałam nastawić ogrzewanie przed wyjściem z domu i po powrocie mogłam nacieszyć się oszałamiającą temperaturą 15 stopni Celsjusza. I teraz siedzę taka oziębła.

Don’t you want to be soft like me?

26 czwartek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 5 komentarzy

Mięknę, mięknę.
Dni się wydłużają, zauważyliście? Bogu dzięki. Jeszcze parę tygodni i koty będą się wydzierać nocami, a dawni kochankowie i nowe obiekty westchnień – wyłazić spod zmarzliny, poczuwszy pierwszy zapach wiosny, który w tych sprawach działa niezawodnie, uruchamia uśpione apetyty i zagrzewa do walki.
Mniam, pomyślała rozanielona, łypnęła smętnie na śnieg napieprzający obficie za oknami i wróciła do szorowania kafelków w łazience (kafelków, widać od razu, żem ludność napływowa w Małopolsce).

Lubię wracać do żywych, a jeszcze bardziej lubię słyszeć, że miło mnie widzieć. Wykopuję wtedy z szafy najgłębsze dekolty i najkrótsze sukienki, by widzieć było jeszcze milej. Prosta ze mnie kobieta.
Prosta dosłownie, z góry na dół, bo krągłości mi poznikały po ostatnim skręcie kiszek. Czytałam niedawno o figach wyposażonych w coś na kształt push-upu dla tyłka. Chyba trzeba będzie sobie sprawić, bo jeszcze trochę i klepać nie będzie w co – a tego byśmy przecież nie chcieli…

Tymczasem w wielkiej smucie zimy życie towarzyskie kwitnie i rozbłyskuje. Niewidziani od dawna znajomi wracają do grajdołka ze stolicy (do której trzy lata temu wyjeżdżali zapewniając, że nigdy nie wrócą na zapyziałe południe – tęsknota za smogiem i zapiekankami o trzeciej w nocy wygrała z wyższą pensją, proszę sobie wyobrazić) i wyciągają na Kazimierz. Przyjaciółki domagają się porzucenia postu na rzecz karnawału i również wyciągają na Kazimierz. Tak lubię. Czepiam się drobnych radości kurczowo, wgryzam się w nie. Po okresach hibernacji zawsze wyskakuję do życia z wielką energią, chcę robić wszystko, być wszędzie i spotykać się ze wszystkimi, albowiem jestem najzwyczajniej w świecie stęskniona za pospolitymi, codziennymi atrakcjami. Nawet za stresem. Po raz wtóry utwierdzam się w przekonaniu, że nie mogłabym spędzać życia w roli kurki domowej lub też rentiera – choć, rzecz jasna, zdarza mi się o tym marzyć – bo żyły bym sobie otworzyła chyba. Potrzebuję obowiązków, potrzebuję skoków ciśnienia. Na serce to może szkodzi, ale dobrze mi robi na głowę.

Ostatnie zaskórniaki (na dekoldzie) wyłuskałam na Włoskie szpilki i jestem zachwycona. Gdy człowiek czyta takie książki, odechciewa mu się wszelkich prób pisarskich, albowiem własne pióro wydaje się nieznośnie toporne.

I na tej skale zbuduję kościół mój

24 wtorek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 2 komentarzy

Przeciągania liny dzień czwarty.
Wiedziałam, wiedziałam, że mnie skurczybyk przetrzyma.

Troszkę żałuję zanieczyszczenia atmosfery, bo tak dobrze ostatnio żarło. Z drugiej strony miałam prawo się wkurzyć. Z trzeciej strony już nie jestem wkurzona, już bym mogła uśmiechnąć się na zgodę, ale wtedy ten nieustępliwy blok granitu sprytnie zamaskowany pod łagodnym błękitem oczu znowu by wygrał. Powiadam, rozbić się można o tę skałę. Z czwartej wreszcie strony – nie powinnam o tym pisać, bo podnosi mi się ciśnienie i kontrolnie zerkam na telefon z wyłączonym dla spokoju dzwonkiem; poza tym nie chcę publicznie roztrząsać, czyje na wierzchu, a kto powinien się ukorzyć. Nie chcę też znowu z kogoś niechcący szwarccharakteru zrobić.

I chociaż udaję, że jest inaczej, całą energię wkładam w ćwiczenie telepatii. Dlatego, państwo wybaczą, spływa po mnie wszystko, pogoda, kłopoty krakowskich festiwali, ceny benzyny, afera z wolnością w internecie – trudno mi zresztą się odnieść, bo za mało słyszę głosów rzeczowych i wyważonych, a za dużo histerycznych protestów (w tym i takie, które wyraźnie świadczą o tym, że histeryk nie wie, iż w kraju naszym pięknym od dawna istnieje coś zwanego prawem autorskim). Jedyne, co po mnie nie spływa, to kolejny atak sprejujących dzieciaków na mój odmalowany domek oraz dziewczę w siedzibie zarządcy, które na wszelkie pytania odpowiada boleściwie, że nie wie, czy mogą coś zrobić w tej sprawie. To po kiego wuja tam siedzą?
Notabene jestem przekonana, że oni tam mają moje zdjęcie przylepione na ścianie z podpisem ‘uwaga – upierdliwe!’. Bo ja ciągle z czymś dzwonię i piszę, a z oświetleniem, a to z wodą skądś wyciekającą, a to ze zniszczonym drzewkiem. Społecznica, psia jej mać.
Oto, przeciwko czemu dziś protestuję. Przeciwko psuciu mi widoku z okna. Tak, to dla mnie ważniejsze niż jakiekolwiek wielkoświatowe sprawy – bo mój świat jest teraz mały jak moja sypialnia, nie sięga dalej.

Leszek Możdżer gra Nirvanę w radiu i trochę lepiej się robi, choć nie lżej. Od razu bardziej elegancki ten mój dół, bardziej twarzowy. Spróbuję pokonać go snem.

All’arrabbiata

23 poniedziałek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 4 komentarzy

Nie jestem człowiekiem szczególnie konfliktowym. Wróć. Nie jestem człowiekiem konfliktowym W OGÓLE. Daleko mi do temperamentnej neapolitanki, rzucającej w niesubordynowanego męża talerzem spaghetti all’arrabbiata (tym akurat, bo to ostre, po naszemu a’la wścieklica). Żałuję.
Co nie oznacza, że nie da się doprowadzić mnie do stanu wrzenia – z ekstazy, ale z wścieku także. Wtedy pokazuję się ze znacznie brzydszej strony. Jedni dowiadują się o tym dość szybko, jeśli mają pecha. Innym, jak w tym przypadku, udaje się przetrwać w spokoju cztery lata i dopiero wówczas usłyszeć ode mnie pierwszy opierdol.
Nie pochlebiaj sobie, moja droga. Opierdol to za duże słowo. Moje wybuchy naprawdę nie są jakieś spektakularne, to nie Hekla, raczej tabletka musująca. Unikam darzenia ludzi mięsistymi epitetami. Dla znacznej liczby kobiet wywrzeszczenie swoich frustracji to świetna zabawa, zaraz potem słońce wschodzi jak zwykle – dla mnie to dwa dni odchorowywania i życia w przeświadczeniu, że adresat kazania nigdy więcej nie zechce mnie widzieć.
Wolałabym tylko uzyskać efekt. Dowolny efekt, niekoniecznie w postaci róży w zębach i klęczenia na wycieraczce z serenadą na ustach, ale niechby odpysknięcia, odwarknięcia ‘ty mnie też’. Niestety to nie ten adres. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze ten adres jest na to zbyt uprzejmy. Najgorszym, co można usłyszeć, zagrawszy mu na nerwach jest krótkie, lodowatym tonem wypowiedziane ‘przestań, proszę’. Po drugie – wiem po sobie (bo sama tę metodę stosuję – niestety!), że nie ma skuteczniejszej metody na wytrącenie komuś oręża z dłoni niż puszczenie jego jazgotu mimo uszu. Gdy człowiek postanawia komuś wygarnąć, zwykle liczy na konfrontację. Cisza w eterze wzbudza niepokój. Ale jak to. Ale dlaczego. Przecież tak mu/jej nagadałem/-am. No, niech coś powie. Cokolwiek. Dlaczego nic nie mówi.
Bardzo to skuteczna technika – sprawić, żeby gotujący się z nerwów człowiek odbił się od ściany i zaskoczony klapnął na tyłek.
Wszystkie lubimy twardych facetów. Gorzej, gdy z takim trzeba pójść na gołe klaty, i to nie w przyjemnym znaczeniu. Wtedy czyjś silny charakter, nieskory do uginania się, staje ością w gardle, czasem łzami w oczach.

Za tydzień, najdalej dwa wszystko będzie jak zawsze.
Jak zawsze. Właśnie o to poszło.

Po drodze z morfologii kupiłam sobie za to olśniewającą jedwabną bieliznę – w kolorze młodego wina. Znudziło mi się bycie brunetką na zapałkę i znów chcę być długowłosą blondynką. I zaklepałam parę schroniskowych noclegów na lato. Trzeba będzie wsiąść w pociąg do Łodzi, biec szerokimi ulicami z dworca Kaliska, bo ulubione loki w kraju mus zobaczyć w Szekspirze. “Ryszard III”, cudownie. Płakać po stracie to stracony smutek, jakże a propos.
If I die, no soul shall pity me.
Nay, wherefore should they? since that I myself
Find in myself no pity to myself.

Życie musi jakoś się toczyć i cokolwiek się dzieje, nie pozwolę, by toczyło się smutno.
Ale piosenka na dziś jednak będzie taka.

I’ll come running

20 piątek sty 2012

Posted by porta celeste in Bez kategorii

≈ Dodaj komentarz

Wszyscy wiedzą, że przyjaźń męska różni się od damskiej. My gadamy i trzymamy się za rączki w ciemnościach, oni robią różne rzeczy razem. Wódkę piją. Na narty jeżdżą. Oglądają mecze. Boleją, że drużyna, której od lat bezskutecznie kibicują, przegrała i udają się do nocnego celem utopienia smutków. Lutują jakieś kabelki. I to ich spaja. Nas spajają trudne rozmowy, tajemnice i wyznawanie sobie uczuć. Oni raczej nie mówią do siebie per ‘słońce’. Nie płaczą wspólnie nad wypalonymi romansami.
Co nie zmienia faktu, że są to związki ogromnie trwałe, o bardzo silnych fundamentach.
Pan i władca ma tylko jednego przyjaciela. Więcej mu nie trzeba.
Dość to zabawne, bo oni się przez cały czas kłócą. Odnoszą się do siebie bardzo szorstko. Takie stare małżeństwo.
Ale spróbowalibyście tylko powiedzieć jednemu, że z tym drugim coś nie tak. Zaraz później szukalibyście całodobowego pogotowia dentystycznego.
Ja go spotkałam kilkakrotnie, tego przyjaciela, i bardzo się polubiliśmy. Niebywale normalny człowiek. Obiema nogami mocno na ziemi i siła spokoju. Mam wrażenie, że oni nawzajem utrzymują się w równowadze, podobnie jak moje przyjaciółki i ja – każda z nas jest z innej bajki, ale ma cechy, które potrzebne są dwóm pozostałym.
No, zatem oni się kłócą, dogryzają sobie, przewracają oczami, jeden drugiego obsztorcowuje o byle pierdołę i nie sprawiają wrażenia jakichś wielkich przyjaciół. Szczególnie na kimś, kto nie wie, że znają się dłużej, niż ja żyję.
Kiedyś, wśród tego wzajemnego szorowania się papierem ściernym jeden z nich westchnął i udał się na papierosa.
– Ech – powiedział drugi, gdy pierwszy zniknął na balkonie. – Cholera, już mu tak dobrze szło. Już miesiąc nie palił. Niedobrze. Tyle mu mówiłem…
Czułość w tym głosie, jakaś nieśmiała i z trudem skrywana troska, powaliła mnie na łopatki.
Oczywiście żaden z nich nie uderzyłby w takie tony w obecności tego drugiego, chyba że przy okazji łoża śmierci. Ale swoje wiedzą i tak.

A ten Lou Reed z Metallicą – no ja przepraszam bardzo. Przepraszam. Niesłuchalne to jest. Albo też do mnie nie dociera taka głębia. Zresztą nie spotkałam jeszcze nikogo, komu by się ta płyta podobała.
Za w piątkowy poranek idealnie wchodzi mi to.
Balkon otwarty, niebo błękitne, ogarniam mieszkanie przed wieczornym desantem Obersturmführera i już mi nawet nie tęskno do kawy.

Śnieg w bramach, śnieg pod kopcem Kościuszki

19 czwartek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ Dodaj komentarz

Marzę o plackach ziemniaczanych usmażonych wulgarnie w litrach tłuszczu i oblanych śmietaną, a następnie popitych piwem. O smażonym pstrągu, z którego wycieka masełko, i dużej lampce białego wina. O kawie z lukrowanym pączkiem na drugie śniadanie. Dochodzę do wniosku, że mój dół powodowany jest właśnie całkowitym brakiem niezdrowych substancji we krwi. No bo przecież nie tym, że pół nocy znów spędziłam w pozycji embrionalnej.
A drugie pół…

Bo redaktor Chronowski takie piękne piosenki o śniegu grał wczora z wieczora, że aż chciało się wyjść i patrzeć, jak płatki wirują. I sięgać po telefon, chociaż środek tygodnia, ślisko, wypadki, budzik na szóstą, antybiotyk, elektrolit, jutro do roboty, cały świat czeka, nie można się zapominać, wytrzymaj, nie kuś, nie daj się skusić. Napij się wody, połknij magnez, idź spać. Zaraz będzie weekend i zrobimy to wszystko, o czym inni nawet pomyśleć się wstydzą. Obiecujesz? Grozisz? Przyjdź. Bądź grzeczna, doczekaj jakoś poranka. W świetle dnia znacznie słabiej odczuwa się brak zapachu na poduszce, niedźwiedziej łapy na plecach, stu kilogramów pomrukujących przez sen, a czasem nawet podejmujących konwersację, uciesznie absurdalną i nigdy nie pamiętaną o świcie.
Leżę zwinięta w precel, czekając na sen, który nie przychodzi. Wreszcie gasną latarnie za oknami. Ulica za szybą wygląda jak wyblakła, czarno-biała fotografia. Ot.
Pierwszy raz od dawna odliczam, cieszę się z każdej upływającej godziny.

Stara Werterowa

18 środa sty 2012

Posted by porta celeste in Bez kategorii

≈ 4 komentarzy

Proszę. Tydzień temu można było chodzić w rozpiętym płaszczu i pokazywało się zimie figę. Dzisiaj ludzie za oknami kręcą potrójne toe loopy, a do schroniska w Pięciu Stawach dotrzeć nie sposób, bo dwumetrowe zaspy odcięły je od cywilizacji (i dlaczego, dlaczego wolałabym dziś być tam niż tutaj?). Swoją drogą – pecha mieli ci snowboardziści, co zjechali na słowacką stronę, bowiem rachunek zapewne dostaną za to słony.
A ja chyba jeden procent w tym roku ratownikom oddam, ciągle mam do nich słabość, choć herbatę podają wyjątkowo ohydną.

Po tygodniach wykrętów udało się, zaczęłam pisać.
Czasami otwieram ten plik i klepię niemrawo zdanie po zdaniu, kasuję, piszę od nowa, przeklinam, dopisuję coś w innym miejscu, włączam muzykę, wyłączam, mam ochotę zapalić, nalać sobie wina, ale w domu wina nie ma, więc zaglądam do lodówki, zastanawiając się, czy pomiędzy jednym a drugim kęsem znajdę natchnienie.
A czasami wsysa mnie ten świat; czuję się, jakbym w niego wpadła po uszy. Widzę to, co piszę. Jakbym stąd znikała.
I gdy wpadam w taki ciąg, godziny mijają niepostrzeżenie. Musi tylko być cichutko, muszę się odciąć całkowicie od tego, co mnie tu otacza. Wyłączyć muzykę – z dźwięków dopuszczalny jest szum maszynki do espresso, ewentualnie takie delikatne cuda (uwielbiam jej słuchać, choć czuję się przy tym jak kompletne beztalencie). Zasunąć żaluzje. Wyłączyć dzwonek w telefonie.
Brzmi to trochę jak opowiastka nawiedzonej dziewuszki, ale niestety nie umiem pisać metodycznie, nawet gdy wiem, co napisać chcę czy muszę. Jeśli złapię flow, artykuł w dwie godziny gotowy. Jeśli nie – wyję do księżyca i znajduję sobie miliony czynności zastępczych. Wtedy lubię nawet odkurzanie.
Dlatego, choć marzę o życiu z pisania, zdaję sobie sprawę, że byłoby to w moim wykonaniu bardzo trudne, chyba że ktoś codziennie przywiązywałby mnie do biurka. I tym, jakże typowym dla mnie sadomasochistycznym akcentem zakończę ten wątek.

Udało mi się w taniej książce na Grodzkiej wytropić “Makabryczną grę” Fitzka.
Musiałam to kupić, bo jest o radiu. Dokładniej o tym, że pewien – jak na początku się wydaje – szaleniec postanawia wziąć zakładników w stacji radiowej, która bawi się ze słuchaczami w popularną i u nas grę w odbieranie telefonu hasłem. Tylko że on zmienia zasady – źle odbierzesz, zakładnik do odstrzału.
Z wielkim zapałem zabrałam się do tej książki, bo temat-bomba.
I myślę, że gdyby ograniczyć akcję do tej klaustrofobicznej, dźwiękoszczelnej przestrzeni, nie mieszać w to jakichś sił specjalnych, helikopterów, ruskiej mafii i innych wątków pobocznych, to byłaby znacznie lepsza powieść. Może krótsza, ale lepsza. A tak – za dużo grzybków w barszcz, cały suspens się rozmywa.
No, ale przerobione. Tym samym dochodzę do niepokojącego bardzo momentu – na półce tylko dwa nieprzeczytane tomiszcza. A w takich chwilach zaczynają trząść mi się ręce. Jakoś trzeba będzie przetrwać ten koszmar, wszak program oszczędnościowy wyklucza wynoszenie z księgarni ośmiu sztuk naraz. Może i lepiej – będę czytała powoli, robiła notatki, przemyśliwała, a nie połykała jak wściekła. Uhm, jasne.

Droga redakcjo, czy nie można by tak zrobić, że gdy jutro się obudzę, to będzie piątek wieczorem i będę, cudownie ozdrowiała, biegać po domu w nerwowym poszukiwaniu pończoch?…

Herbu Jelita

16 poniedziałek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 10 komentarzy

Zapalenie jelita, uściślając.
Moje stojaki na wino tym samym mogę – przynajmniej na jakiś czas – zanieść do piwnicy. Większości innych niewskazanych rarytasów na szczęście i tak nie lubię (z wyjątkiem ciemnego pieczywa, którego szczerze mi żal – i czekolady).
A w piątek przecież muszę być boginią kipiącą seksapilem, nie skrzywionymi zwłokami biegającymi co chwila do łazienki. Bo że randka będzie nad wodą mineralną, a nie pinot noir, to przeżyję jakoś. Tylko chciałabym już poczuć się lepiej, odzyskać siły i przestać obsesyjnie przekopywać internet w poszukiwaniu informacji o tej jakże cudownej dolegliwości, która ponoć jest z gatunku nawracających – już się cieszę. Jest też typowa dla osób nerwowych, a lubiących dusić emocje w sobie, więc od teraz zamierzam ryczeć na wszystkich i tłuc porcelanę. W obronie jelit wszystko.
Dół powstrzymuje mnie przed robieniem czegokolwiek pożytecznego. Właściwie to przed robieniem czegokolwiek w ogóle.
Za to widziałam pana i władcę w garniturze – i umarłam z wrażenia.
To nie zdarza się często. To zdarza się właściwie tylko wtedy, gdy Koniecznie Trzeba, albowiem pan i władca serdecznie nienawidzi takiego umundurowania; z własnej woli raczej go nie zakłada. Dlatego do tej pory widziałam go w takim wcieleniu tylko raz i wtedy go nie poznałam. Zarejestrowałam jakiegoś wystrojonego chłopa i po pierwszym rzucie oka pomyślałam – mniam, ale fajny facet. Po drugim – wielkie nieba, przecież ja go znam!
Trzeba było złapać aparat i uwiecznić. Nie wiadomo, kiedy zdarzy się kolejny raz. Aliści chyba bardziej mi się podoba w ujęciu tradycyjnym, a najlepiej sauté i nie dalej niż o centymetr ode mnie. Nie jestem miłośniczką wymuskanych mężczyzn z ułożonymi włosami, wolę styl ‘uciekłem z transportu więziennego i tułałem się przez 2 dni po lesie’. Taki mam fatalny gust.

Ciuciumatka

15 niedziela sty 2012

Posted by porta celeste in Góry

≈ 7 komentarzy

Południe Polski leży bliżej Antarktydy i może w Krakowie niewiele na to wskazuje, ale wystarczy wyjechać nieco dalej, żeby się o tym przekonać dotkliwie.

DSC00142
DSC00145
DSC00147


Nie był to najlepszy weekend na wyjazdy. Po drodze mało ducha nie wyzionęłam ze strachu – w życiu nie widziałam tylu stłuczek. Od wczoraj dochodzę do siebie na mojej sofce.
Okoliczności przyrody jednak piękne i gdyby nie to, że brzuch nadal boli, ochoczo robiłabym orły w tych zaspach. Relaxez-vous!
Tak sobie pomyślałam, patrząc na ten baśniowy śnieg, że – uwaga, ogłoszenie towarzyskie – muszę znaleźć sobie kompana do nart. Do takiego zsuwania się, jakie uprawiam. Pan i władca na moim poziomie był za Bieruta i górki, które ja uważam za makabrycznie strome, przegryza na drugie śniadanie; zamęczylibyśmy się nawzajem, dlatego nawet mu tego nie proponuję, podobnie jak mojej przyjaciółce, która lat ma 32, a szusuje od 30 – ale czułabym się pewniej, jeżdżąc obok kogoś, kto ma podobnie niskie ambicje narciarskie, a lubi to.

Noc z piątku na sobotę spędziłam w pensjonacie. Ładnym nawet, można było zanurzyć się w wykrochmaloną pościel i dostać kakao (!) na śniadanie. Zanurzyłam się zatem, z radiem na uszach i z płaczem na końcu nosa czytałam Wołanie w górach. To nie jest najbardziej poruszająca książka o akcjach ratowniczych – Anne Sauvy pisała boleśniej, ale może dlatego, że ona obserwowała to upiorne widowisko z boku, mogła emocje dopuścić do głosu – niemniej powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich wybierających się w góry. Ku przestrodze po pierwsze, a po drugie ku pokrzepieniu. Taki fragment w niej znalazłam:
Góry są rzeczywiście poza dobrem i złem. To tylko my, ludzie, przenosimy w skalny i lodowy świat swoje problemy. Nie zawsze pierwszej czystości.
Nic dodać. Do zapamiętania.

Ledwo przyłożyłam wystrzyżony łepek do poduszki, za drzwiami przegalopowało stado koni. I tak galopowało do północy, aż wreszcie tatuś zagnał trzódkę spać.
Gdy rankiem moje zwłoki opuściły pokój, zadumały się nad rzędem butów ustawionych przed wejściem do sąsiedniego. Dużo rzeczy w hotelach widziałam, ale sądziłam, że zostawianie butów przy wycieraczce na dobre wchłonęła przeszłość. Jakże się myliłam.
Tatuś i trzódka siedzieli już na śniadaniu. W skład trzódki wchodziła żona oraz dwoje dzieci – bardzo grzeczna dziewczynka i Ciuciu. Ciuciu był rezolutnym blondynkiem, na oko czteroletnim. Niewdzięcznym tym mianem zwała go mamusia. Na początku zastanawiałam się, czemu tatuś usiadł w przeciwległym kącie stołu, daleko od niej. Później zrozumiałam. To nie była rodzina z kalendarzy adwentowych.
Ciuciu z rykiem latał po jadalni, odmawiając przyjmowania pokarmów z uporem godnym walczącego o wolność. Matka latała za nim, usiłując słodkim tonem nakłonić go do przyjęcia niechby płynów (herbaty na łyżeczce). Im gorzej dzieciak się zachowywał, tym ckliwiej przemawiała. Przekonałby was lukier i pokorne prośby, gdybyście usłyszeli zew szatana? No, mnie też nie.
Mały wreszcie się zmęczył, zainteresował nietłukącymi bombkami na choince, rozsiadł się i jął po kolei zdejmować je pulchnymi łapkami.
– Ciuciu, nie rusaj bombecek – rzekła dobrotliwie matula i odwróciła się do męża, by tonem wielce jadowitego węża syknąć:
– Sobie wyjąłeś torebkę z herbaty, a mnie to już nie mogłeś wyjąć?… Mogłeś sobie darować taką złośliwość…
– Oj, przecież…
– Żałuję, że tu przyjechałam – oznajmiła tonem, którym Iwan Groźny pewnie zamykał narady wojenne.

Wiem – nie znam się na wychowywaniu dzieci, na samych dzieciach też słabo się znam. Trochę się znam na dorosłych, a ci się nie popisują. Obrazki, które wczoraj zaobserwowałam, są – mam nadzieję – nietypowe. Niemniej dawno nie widziałam spektaklu tak zniechęcającego do zakładania rodziny, jak ten odstawiony przez matkę-Polkę w jadalni.

Belly dance

12 czwartek sty 2012

Posted by porta celeste in Gadka szmatka

≈ 16 komentarzy

Dzięki dzisiejszej spowiedzi mój lekarz wie o mnie więcej niż kochanek. To chyba nie powinno tak być. A będzie wiedział jeszcze więcej, bo umówieni jesteśmy na USG, więc moje szlachetne powłoki brzuszne przejrzy na wylot.
Słaby ze mnie panikarz, ale trochę mam stresa. Jak człowiek złamie nogę albo zasmarkuje kolejne tony chusteczek, to przynajmniej widzi, co mu jest i niczego nie musi sobie wyobrażać. A jeśli człowieka brzuch boli, to on sobie nijak do środka nie zajrzy, więc daje się ponieść coraz bardziej mrocznym wizjom.
Na razie zastanawiam się, co jeść, bo nie mogę mleka w żadnej postaci. Na weganizm przejść? Boże broń. Miałam takiego w domu i bardzo nam było pod górkę. Mniejsza, gdy upierał się przy piciu organicznego wina (smakowało jak zalane wodą siano), ale spoglądanie z wyższością na spożywających jajka i niechęć do czynienia wyjątków w diecie nawet w sytuacjach skrajnych były nie do przejścia.

Po wieczornej rozmowie i wysłuchaniu tuzin razy powtórzonego ‘ale on miał takie ciężkie życie, to nie jest jego wina’ oddycham głęboko i cieszę się, że mam to już za sobą.
Latami uwielbiałam usprawiedliwiać padalców, z którymi miałam do czynienia. Znacie na pewno tę piosenkę. Oni nie chcieli mnie skrzywdzić, wcale nie są dupkami żołędnymi, po prostu:
1. mieli nieszczęśliwe dzieciństwo
2. mieli zbyt szczęśliwe dzieciństwo
3. rodzice o nich nie dbali
4. rodzice dbali przesadnie
5. nie mieli czasu dojrzeć
6. zbyt szybko dojrzeli
7. poprzedni związek był toksyczny
8. poprzedni związek był nadzwyczaj udany
9. mają stresującą pracę
10. nie mają pracy i to ich stresuje
etc.
Robiłam tak do chwili, gdy ktoś postąpił wobec mnie naprawdę brzydko, a zrobił to na zimno i w pełni świadom swych czynów. I dotarło wówczas, że niektórzy panowie wcale nie są złamani przez los, nieszczęśliwi i udręczeni, ale po prostu GŁUPI, a tłumaczenie ich wybryków niczego nie zmieni. Bo tak naprawdę wcale nie powinno mnie obchodzić, czy ktoś w dzieciństwie naciągnął im majtki na głowę i teraz mają traumę.
Owszem, zdarza mi się przymykać oko i myśleć, że ideał ma jedynie tymczasowy spadek formy, bo może dostał mandat lub źle spał – ale coraz rzadziej. Albo robię się wredna na stare lata, albo zwyczajnie klapki z oczu się zsuwają.

Radio Kraków w środku dnia gra Archive. Jestem pod wrażeniem.

A poza tym chyba muszę do Wrocławia jechać.

← Older posts

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Styczeń 2012
P W Ś C P S N
« gru   lut »
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.