• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Góry

Ciuciumatka

15 niedziela sty 2012

Posted by porta celeste in Góry

≈ 7 komentarzy

Południe Polski leży bliżej Antarktydy i może w Krakowie niewiele na to wskazuje, ale wystarczy wyjechać nieco dalej, żeby się o tym przekonać dotkliwie.

DSC00142
DSC00145
DSC00147


Nie był to najlepszy weekend na wyjazdy. Po drodze mało ducha nie wyzionęłam ze strachu – w życiu nie widziałam tylu stłuczek. Od wczoraj dochodzę do siebie na mojej sofce.
Okoliczności przyrody jednak piękne i gdyby nie to, że brzuch nadal boli, ochoczo robiłabym orły w tych zaspach. Relaxez-vous!
Tak sobie pomyślałam, patrząc na ten baśniowy śnieg, że – uwaga, ogłoszenie towarzyskie – muszę znaleźć sobie kompana do nart. Do takiego zsuwania się, jakie uprawiam. Pan i władca na moim poziomie był za Bieruta i górki, które ja uważam za makabrycznie strome, przegryza na drugie śniadanie; zamęczylibyśmy się nawzajem, dlatego nawet mu tego nie proponuję, podobnie jak mojej przyjaciółce, która lat ma 32, a szusuje od 30 – ale czułabym się pewniej, jeżdżąc obok kogoś, kto ma podobnie niskie ambicje narciarskie, a lubi to.

Noc z piątku na sobotę spędziłam w pensjonacie. Ładnym nawet, można było zanurzyć się w wykrochmaloną pościel i dostać kakao (!) na śniadanie. Zanurzyłam się zatem, z radiem na uszach i z płaczem na końcu nosa czytałam Wołanie w górach. To nie jest najbardziej poruszająca książka o akcjach ratowniczych – Anne Sauvy pisała boleśniej, ale może dlatego, że ona obserwowała to upiorne widowisko z boku, mogła emocje dopuścić do głosu – niemniej powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich wybierających się w góry. Ku przestrodze po pierwsze, a po drugie ku pokrzepieniu. Taki fragment w niej znalazłam:
Góry są rzeczywiście poza dobrem i złem. To tylko my, ludzie, przenosimy w skalny i lodowy świat swoje problemy. Nie zawsze pierwszej czystości.
Nic dodać. Do zapamiętania.

Ledwo przyłożyłam wystrzyżony łepek do poduszki, za drzwiami przegalopowało stado koni. I tak galopowało do północy, aż wreszcie tatuś zagnał trzódkę spać.
Gdy rankiem moje zwłoki opuściły pokój, zadumały się nad rzędem butów ustawionych przed wejściem do sąsiedniego. Dużo rzeczy w hotelach widziałam, ale sądziłam, że zostawianie butów przy wycieraczce na dobre wchłonęła przeszłość. Jakże się myliłam.
Tatuś i trzódka siedzieli już na śniadaniu. W skład trzódki wchodziła żona oraz dwoje dzieci – bardzo grzeczna dziewczynka i Ciuciu. Ciuciu był rezolutnym blondynkiem, na oko czteroletnim. Niewdzięcznym tym mianem zwała go mamusia. Na początku zastanawiałam się, czemu tatuś usiadł w przeciwległym kącie stołu, daleko od niej. Później zrozumiałam. To nie była rodzina z kalendarzy adwentowych.
Ciuciu z rykiem latał po jadalni, odmawiając przyjmowania pokarmów z uporem godnym walczącego o wolność. Matka latała za nim, usiłując słodkim tonem nakłonić go do przyjęcia niechby płynów (herbaty na łyżeczce). Im gorzej dzieciak się zachowywał, tym ckliwiej przemawiała. Przekonałby was lukier i pokorne prośby, gdybyście usłyszeli zew szatana? No, mnie też nie.
Mały wreszcie się zmęczył, zainteresował nietłukącymi bombkami na choince, rozsiadł się i jął po kolei zdejmować je pulchnymi łapkami.
– Ciuciu, nie rusaj bombecek – rzekła dobrotliwie matula i odwróciła się do męża, by tonem wielce jadowitego węża syknąć:
– Sobie wyjąłeś torebkę z herbaty, a mnie to już nie mogłeś wyjąć?… Mogłeś sobie darować taką złośliwość…
– Oj, przecież…
– Żałuję, że tu przyjechałam – oznajmiła tonem, którym Iwan Groźny pewnie zamykał narady wojenne.

Wiem – nie znam się na wychowywaniu dzieci, na samych dzieciach też słabo się znam. Trochę się znam na dorosłych, a ci się nie popisują. Obrazki, które wczoraj zaobserwowałam, są – mam nadzieję – nietypowe. Niemniej dawno nie widziałam spektaklu tak zniechęcającego do zakładania rodziny, jak ten odstawiony przez matkę-Polkę w jadalni.

Gwiazda Polski

11 niedziela wrz 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 7 komentarzy

Lubię tak o siódmej rano biec przez centrum miasta z plecakiem na jednym ramieniu i torebką na drugim; po południu torebka wyląduje na dnie plecaka. Dookoła stukają obcasy, kołyszą się teczki z laptopami, starannie upięte koki pachną lakierem do włosów. Ja też pod softshellem i przeciwdeszczową kurtką ukrywam grzeczny sweterek, pepegi w pracy szybko zmienię na czółenka, wetknę błyskiem kolczyki w uszy – metamorfozę z trampa w biurewkę mam opanowaną do perfekcji, minuta i po sprawie.

Wszystko byłoby cudownie, gdybym nie zapomniała o sprawie fundamentalnej.
BUTACH.
Blondyństwo jest, jak państwo widzą, cechą niezależną od aktualnego koloru włosów.

Miałam ze sobą na szczęście moje poczciwe Merrelle używane od paru lat do biegania wszędzie, zdecydowanie nie górskie, ale na tyle solidne, żeby poniosły mnie na niezbyt wyczynowy spacer. Po kwadransie walenia się po głowie książką i jęczenia nad ponurą perspektywą spędzenia najpewniej ostatniego górskiego weekendu na deptaku zmodyfikowałam trasę na głównie szarlotkową.

Znakomita, ale prawdziwą poezją jest ta w Roztoce, z borówkami (dla Małopolan – z brusznicą, w każdym razie z tym czerwonym). Nie zdążyłam sfotografować. Na domiar szczęścia cichutko tam i spokojnie, niedźwiedź podobno często bywa.
Oczywiście nie samą szarlotką człowiek żyje.
A żyje bardzo.

Pogoda, jak widać, oszałamiająca. Cud boski, że nie spadła ani kropla deszczu. Zimno za to było tak, że bez rękawiczek i kaptura naciągniętego na głowę ani rusz. Bardzo dokuczał tzw. wypizd – myślałam, że mnie zdmuchnie z tego szlaku na zdjęciu powyżej, pomiędzy Grzesiem a Rakoniem.
Ta moja wtopa obuwnicza była pewnego rodzaju karą, prztyczkiem w nos. Zawsze popatrywałam surowo na ludzi w adidasach, tenisówkach i innych wynalazkach, w których nie sposób pokonać strumienia po deszczu, a tu proszę – sama w takich paradowałam, skruszona.
A w Dolinie Chochołowskiej i tak wyprzedził mnie koleś w plastikowych klapkach, noszonych elegancko do skarpet w trudnym do określenia kolorze. Zasuwał, że hoho.

Podczas kolacji w Żabim Dworze obserwowałam z fascynacją dwóch facetów w obcisłych koszulkach, którzy natychmiast po zajęciu miejsc wyjęli giepeesy i jęli obliczać pokonane kilometry oraz przewyższenia.
Mężczyźni.

Jednosmerna cesta

06 sobota sie 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 18 komentarzy

Tagi

Chateau Topolcianky, Hala Gąsienicowa, Hińczowy Staw, Kasprowy, Koprowy Wierch, Popradzki Staw, Wysokie Tatry

Wróciłam. Autosanem, w którym ugotowałam się na miękko i podróż śniła mi się przez całą noc. Włączyłam radio, przejrzałam blogi, po czym stwierdziłam, że najchętniej wyłączyłabym wszystko, wrzuciła ciuchy nazad do plecaka i uciekła. Niestety nie mogę, bowiem ciuchy w praniu.
Góry wessały mnie tak, że nie wyjeżdżam tam, tylko wracam. Od razu czuję się lepiej.

Jak zwykle trzeba przetrwać Zakopane, po raz wtóry pokręcić głową z niedowierzaniem, że każą mi uiszczać opłatę klimatyczną za wdychanie spalin na smrodliwym dworcu PKS, pokonać sprintem Krupówki pełne spacerujących falangami rodzin w klapkach i foliowych pelerynach, pomyśleć brzydko o kolesiu, który proponuje turystom fotki z przestraszoną owieczką. W roli dodatkowej atrakcji wystąpił bollywoodzki gwiazdor filmowy – chudzieńki doprawdy – bo akurat film tam kręcili.
W pensjonacie – kawałek za centrum – wygodne łóżko i śniadanie jak dla drwala, omlety, naleśniki z cynamonem, czego dusza zapragnie. Tymczasem pani pensjonatowa żaliła się, że ludzie narzekają na zbyt skromny wybór. Och, oczywiście. Światowcy.
A później już tylko Słowacja, gdzie dziwnym trafem deszcz od razu przestaje padać, jakby kto zakręcił kurek. Spacer nad Popradzki Staw, spalona na panewce próba zaprzyjaźnienia się z ponurą panią w schroniskowej recepcji (ja do niej wesoło – ‘dzień dobry’, ona do mnie – ‘dokumenty’), zimny Šariš na tarasie, a na wyciągnięcie ręki oszałamiający widok.

Można stamtąd iść w tyle miejsc, że przesiedziałabym tam znacznie dłużej. Zresztą wielu ludzi tak właśnie siedzi. Towarzystwo międzynarodowe (nawet jeden Hawaj) i fajne, bo wiadomo – wszyscy chorzy na tę samą sercową chorobę górską. Świtem mijało się ich w jadalni nad skromną ‘raniajką’, później na szlaku, wieczorem nad piwem czy kieliszkiem wina za 0,70 euro. Siedziało się, rozkładało mapy, wertowało wytarty przewodnik i rozmyślało nad jutrem.

Na drugim brzegu jeziora leży cmentarz pod Osterwą. Bardzo piękne i przeraźliwie smutne miejsce. Za dużo tych tabliczek, z nazwiskami znanymi i nie. A gdy widzi się taką z datami bardzo nieodległymi i podpisem ‘jedynemu synowi tata’, to kosodrzewina na horyzoncie jakoś nagle się rozmazuje.

U wylotu szlaku na Rysy czekają co rano pakunki, przygotowane do wniesienia na górę, do schroniska pod Wagą. Kto chętny, może wtaszczyć worek ziemniaków albo butlę z gazem. Jak ci słynni tragarze, których krąży tam naprawdę wielu, a na których turyści popatrują z nieskrywanym podziwem. Szczególnie rozbawił mnie jeden pod Chatą Zamkowskiego, blond młodzian taszczący na muskularnych plecach ładnych parę kilogramów uwieńczonych jajkami (jestem pod wrażeniem, bo droga kamienista i po deszczu bardzo śliska), który – widząc tłumek pod schroniskiem i wycelowane obiektywy – rozpiął koszulę, demonstrując imponujący tors.
No cóż. Zadowoliłam się nieco skromniejszym trofeum.

Oczywiście musiałam, musiałam podreptać do Rainerovej Chaty na tę przeraźliwie słodką, ziołową herbatę, prawie wrzącą i stawiającą na nogi w sekundzie. Popularne miejsce, ale tłok po słowackiej stronie gór to pustki w porównaniu z góralskim piekłem w macierzy.

Zakochałam się w widokach Hińczowego Stawu. Po drodze emocji nie zabrakło, bo po paru dniach deszczu leniwe strumyczki zmieniły się w rwące rzeki. Trzeba było przejść. Idąc w górę aż się spociłam, skacząc ostrożnie z głazu na głaz. W drodze powrotnej po prostu wlazłam w potok. I tak już później było, coraz mniej człowiek przejmował się tym, że trochę wody wleje się do buta, że błoto chlapnie tu czy tam. To też swoisty lans – później spaceruje się w tych umorusanych buciskach po Krupówkach. Od zawsze tak jest.
Zakochałam się i szłam jak zaczarowana, coraz wyżej, aż na Koprowy Wierch.

Siedząc na dworcu autobusowym w Starym Smokovcu z plecakiem pełnym słowackich dobroci alkoholowych, obserwowałam wycieczkę Japończyków robiących zdjęcia stacji kolejki elektrycznej i przysłuchiwałam się rozmowie paru niewątpliwie wielkich taterników w obowiązkowych koralikach, którzy, odpalając jednego papierosa od drugiego, podśmiewali się z pobłażaniem, że wejście na Rysy od słowackiej strony to żaden wyczyn i w ogóle nie ma się czym chwalić. Uwielbiam ten typ. Jeśli nie chodzicie w góry w butach za 1200 peelenów, tyłem i z zamkniętymi oczami, nawet nie odzywajcie się do takiego miszcza.

Powrót na polską stronę Tatr był dość bolesny – jeśli przez parę dni nie czyta się gazet i nie słucha radia, można nie wiedzieć, że drogi pozamykane z powodu Tour de Pologne.
Na dobry koniec jeszcze Hala Gąsienicowa przez Skupniów Upłaz, ludzi jak mrówków, ale zawsze warto. Towarzystwo nie widziało nigdy Czarnego Stawu, więc podeszłyśmy tam kawałek – i to już była przykra walka o przetrwanie, żeby nie podzielić losu Karłowicza. Bo po tej wąskiej ścieżynce pędzi młodzież słuchająca głośno muzyki z telefonów, a za nimi kolonijne wychowawczynie zajęte plotkowaniem oraz trzymające się za rączkę zakochane pary w adidasach, których jedynym uzbrojeniem jest cyfrowy aparat, zwykle różowy, nie żeby brali kurtkę czy cokolwiek do picia, przecież to trzeba dźwigać, i które to pary oczywiście muszą iść za rączkę, żeby schodzący z naprzeciwka musiał zatrzymać się na jednej nodze i przepuścić łaskawych państwa. Wyszło słońce, to i TOPR-owski helikopter latał tam i z powrotem.
Szczęśliwie powrót przez Psią Trawkę był przyjemny, ani żywego ducha. Następnie strudzony piechur zrzucił brudne porteczki i zamknął się w saunie, kwiląc z radości.
Wczoraj rano szybki rzut oka na błękitne niebo i dialog nad kawą:
– Mamy jeszcze trzy godziny do autobusu…
– Nosal?
– Chodźmy.
Moja ulubiona relaksacyjna trasa, niezbyt może tatrzańska, ale za to przez wrzosowiska i całe pola malin na przełęczy.

Można tak, a można inaczej. Oto, proszę państwa, Kuźnice o ósmej trzydzieści rano.

Żeby wjechać na Kasprowy i zjeść tam pizzę, trzeba stać 3-4 godziny. No, co kto lubi. Świetnie tu pasuje cytat z “Pępka świata” Rafała Malczewskiego: Ziemiaństwo, wielkie i małe, państwo Dulscy, pospólstwo, pijacy, dziady i swołocz. Z czasem bierze górę swołocz, ale to już pod koniec Zakopanego.
Nie zmienia to faktu, że mam dziwną słabość do tego miasteczka, chociaż jest, z przeproszeniem, obesrane krzykliwymi reklamami, piszczałkami i cyrkiem na kółkach. Bo dla tych, co znają Józefa i łażą w ubłoconych buciorach, jest też bramą do trochę lepszego świata. Gdy już człowiek wdrapie się na górę, przydeptując sobie język, czasami czeka go poruszająca nagroda.

Przecaś ty, mój miły, fałeszny

05 niedziela cze 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 5 komentarzy

Tagi

Beskid Sądecki, Przehyba, Rytro, Szczawnica

Wsiadam do autobusu relacji Kraków-Krynica, jadącego niemożliwie okrężną drogą przez wszystkie wsie i przysiółki, i dobrze, bo widoki baśniowe. Nawet nie przeszkadza, że kierowca słucha w kółko niezapomnianych przebojów zespołu Boys, a w autobusie nie ma klimatyzacji. Turlamy się powoli w stronę krainy dziwożon i misiołaków.

Po drodze łąckie sady (a śliwowicę nadal spod lady trzeba…) i wielkiej urody Stary Sącz, miasteczko zatrzymane w czasie.

Opuszczam tę głośną, smrodliwą torpedę w Rytrze – i tu muszę dodać, że do Rytra przeprowadziłabym się jutro. Pięknie, święty spokój, bez balonów i ryczącej muzyki, bo wczasowicze wybierają raczej Szczawnicę czy Krynicę właśnie. A tu cisza, tylko owca czasem zabeczy, i Dolina Roztoki (czytali państwo w dzieciństwie o Rogasiu?).

Jeśli ktoś by chciał wybrać się na Przehybę, polecam z tej strony sobie wchodzić, a schodzić – do Szczawnicy. Podejście mniej żmudne, z wyjątkiem paru niezbyt długich fragmentów idzie się zupełnie na luzie. Osób przez trzy godziny spotkałam sześć – dwoje staruszków jeszcze w Dolinie Roztoki, a później już nieopodal schroniska dwójkę rowerzystów zwiewających przed goniącą ich burzą i dwie dziewczyny ubrane jak na wycieczkę do parku.

Ostatnie metry – cudną ścieżką przez las – pokonywałam biegiem, zezując z niepokojem na wielkiego, grzmiącego cumulonimbusa wypiętrzającego się w zawrotnym tempie. Zlana potem, oganiając się od much, wpadłam do jadalni, poprosiłam o herbatę z cytryną i… jakby świat się zatrzymał. Spłynęłam na ławkę na tarasie, ciesząc się pospolitą czarną herbatą no-name w wielkim kubku i patrzyłam, jak w dolinie szaleje burza. Pociemniało, błyskawice tłukły w Pieniny.

Schronisko bardzo przyjazne – puste, bo akurat jakaś grupa odwołała przyjazd (dzięki Bogu, z mojego punktu widzenia oczywiście). Pierogi znakomite, zresztą w takich miejscach, po paru godzinach marszu przez błoto, człowiek wszystko by pożarł ze smakiem. Nieliczni goście bardzo dla siebie serdeczni.
I pokoik z prysznicem. Dawno nic mnie tak nie ucieszyło. Wypluskawszy się w gorącej wodzie, zlazłam na piwo i odkryłam, że w miejscu, w którym godzinę wcześniej wisiały czarne chmury, stoją Tatry.

Posiedziałam jeszcze chwilę, pomyślałam, policzyłam się z sumieniem, zapięłam polar pod szyję i poszłam do pokoiku. Próbowałam czytać, ale głowa opadała.
Beskidzkie noce to osobna historia, kto widział (jeśli można to widzeniem nazwać), ten wie. Ciemności nieprawdopodobne, takie, że od razu człowiek wierzy w najdziwniejsze legendy, nasłuchuje, bo każde trzaśnięcie gałązki brzmi jakoś tak, wybaczcie egzaltację, niezwykle. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach. A później zasypia się twardo.
Przyśniło mi się, że miałam grać w scenie miłosnej z moim ulubionym aktorem – niestety w chwili, gdy robiło się naprawdę ciekawie, obudził mnie jakiś ptak, bo słońce już wstało.
To ja też wstałam.
Prysznic – tym razem boleśnie zimny – herbata, zagapienie się na góry w morzu mgieł i w drogę.

Muszę tam przyjechać latem kiedyś, bo wzdłuż szlaku całe pola krzaków jagód, jeżyn, poziomek. Bujne paprocie, potężne buki. Taki las już podobno tylko w Beskidzie Sądeckim można zobaczyć. Górale nie wycinali buków, bo uważali ich drewno za nieprzydatne – więc urosły ogromne.

Do samiuśkiej Szczawnicy znowu ani pół ludzia po drodze.
Za to właśnie ten Beskid uwielbiam. Jest pusty, trochę dziki i niebywale piękny; z wyższych szczytów czy hal łatwo zobaczyć Łomnicę, Lodowy, całe pasmo Tatr, nieco bliżej Pieniny. Szlaki są długie, schronisk nie za dużo, to i turystów niewielu. Wczoraj wieczorem przysłuchiwałam się grupce łazęgów rozmawiających właśnie o szokującej różnicy między sądeckimi a tatrzańskimi – bliskimi przecież – szlakami. Nikt o zdrowych zmysłach nie pojechałby latem szukać spokoju w Tatrach. A tu owszem, łatwo go znaleźć. Jest nawet trochę przytłaczający, więc jeśli ktoś nie lubi przebywać sam ze sobą, odradzam. Jeśli za to ktoś – jak ja – chce pobyć tylko w towarzystwie koncertujących ptaków i czegoś, co szeleści w głębi starego lasu, chce sobie nieco pomedytować, pomodlić się w środku, pomilczeć, zobaczyć kawałek świata niezmienionego od dziesiątków lat, usiąść na hali, nie bacząc o ubłocenie portek, i zwyczajnie pogapić się w przestrzeń – to jest właśnie to miejsce.

Mój pierwszy chłopak, nadal dobry przyjaciel, pochodzi z Sądecczyzny, tej bliżej Słowacji, zapomnianej przez Boga i ludzi. Wiele lat temu opowiadał mi o urokach skakania przez strumienie, dzikich zwierzętach podchodzących pod domy, o lesie, przez który trudno się przedzierać, wyludnionych łemkowskich wsiach. Miałam wtedy 20 lat i myślałam, że to koszmarna nuda.

Na ostatniej prostej mnóstwo młodych zaskrońców. Śmigały dzielnie w poprzek drogi.
Powrót do Krakowa z takiego krańca świata oczywiście straszny, zwieńczony lądowaniem w Galerii Krakowskiej, bo familia towarzysząca mi w wyprawie miała raptem pół godziny do odjazdu kolejnego autobusu, zbyt krótko, by pójść do miasta. Obecnością dwóch par koszmarnie brudnych butów został zatem zaszczycony Starbucks – nie moja bajka, choć frappuccino istotnie dobre.
– Proszę z tłustym mlekiem, tak, i z bitą śmietaną!

Już cieszę się na dzień, gdy nie będę musiała wracać. Bo góry dają mocno w dupę, ale też kradną serce – i nie oddają.
Tymczasem wsłuchuję się w dźwięk pralki wirującej moje bardzo zmęczone skarpetki.

Nogami do przodu

28 sobota maj 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 6 komentarzy

Nie, to nie to, że szlag trafia.
To chuj strzela.
Nie wiem, po co w górach kościoły stawiać, jeśli one same są najlepszym kościołem, w jakim człowiek może się znaleźć. Może od razu wyasfaltować całość i postawić diabelski młyn, żeby można było widoki podziwiać bez zadyszki?

Nerwy mnie ponieśli, a właściwie to miałam o czymś innym.

Niektórzy tak mają, że najpierw wchodzi ich intelekt i/lub charyzma, a później oni.
U mnie najpierw nogi wchodzą.
Dawno ich nie pokazywałam, w sukience z rozcięciem do samych reform i na obcasach niezdrowo wysokich.
Łechcą te spojrzenia. Zwłaszcza, gdy człowiek ma za sobą dziesięć godzin biurwowania i okres w bliskiej perspektywie, czuje się gruby, zapuchnięty, postarzały, zmarszczony, makijaż mu spłynął w upale i w ogóle dajcie spokój.
Toteż po drodze zdążyłam terapeutycznie kupić sobie nowe okulary przeciwsłoneczne.

W spóźnionym prezencie urodzinowym dostałam książkę – i zaśmiałam się, bo to o Bieszczadach i między innymi Pezeksie, królu grabarzy. Ucieszyłam się ogromnie.
Wieloletnia przyjaźń, najtrudniejszy związek na świecie. Mam wrażenie, że nikt inny nigdy tak dobrze mnie nie pozna.
Od wczorajszego wieczora w kółko czytam dedykację wpisaną na pierwszej stronie.

Nie będzie chóru, będzie balet

05 czwartek maj 2011

Posted by porta celeste in Góry, Kraków

≈ 6 komentarzy

Tagi

Jan Klata, Stary Teatr, Trufla, Turbacz

Leży człowiek w łóżku, w zasypiające powoli ucho sączy się Polski Top Wszech Czasów i ręka sama wyciąga się po telefon, bo wszystkie piosenki się kojarzą.
Słuchasz tego samego, wiem.

Nie będzie gór (zresztą zimno upiornie), ale będą konie. Na konia jakoś się wdrapię bez stopy.
A bardzo muszę odpocząć od miasta, ludzkiej gadaniny, rachunków wyłażących ze skrzynki. Nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet, zwiać na dwa dni. Obficie jeść, pić zimne piwo, siedzieć na słońcu z nosem w książce.
Jeszcze parę lat temu urodziny oznaczały rezerwowanie stolika w modnym klubie i niekoniecznie udaną imprezę do świtu, aż któregoś roku wypięłam się na to wszystko i pojechałam na Turbacz. Zmokłam wtedy okropnie, zgubiłam soczewkę pod prysznicem, przez całą noc za drzwiami weselili się studenci, a o szóstej rano na głodniaka wlokłam się przez wiatrołomy na Stare Wierchy. Od tamtej pory – może to dziwne – nie wyobrażam sobie spędzać urodzin inaczej niż właśnie tak. Niezbyt blisko cywilizacji i najlepiej samotnie.

Wiatr dziś arktyczny, a ja w mini. Po południu najpierw obiad na mieście, a potem weselicho, to i się wystroiłam. Przypuszczam, że moje nogi pod sukienką wyglądają jak kurzęce udka w sklepowej zamrażarce.

Dodatek przedpółnocny
Niebywale przytulna Trufla na św. Tomasza chyba się przejęła głosem ludu, bo jedzenie podają błyskawicznie – bardzo zresztą dobre – i kelner rzadkiej urody. Duży plus za otwartą kuchnię i śmieszne (jak na serce Starego Miasta) ceny.
Hitem wieczoru natomiast został tańczący Juliusz Chrząstowski, który brawurowo ukradł show pozostałym aktorom. Chyba mam nowy obiekt westchnień.
A i tak część publiczności wyszła w przerwie.

I got the blues in springtime

10 niedziela kwi 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 10 komentarzy

Tak bardzo nie chciało mi się wracać, że wymyślałam powody do wzięcia urlopu i zostania – mimo że zimno i mokro. Wolę jeździć w drugą stronę, wiadomo. Widok pierwszych zabudowań Krakowa niezmiennie budzi we mnie niechęć.
Nigdy mi się nie zdarzyło, żebym żałowała wyjazdu w góry. Nigdy, nawet gdy mokłam, cofałam się jak niepyszna lub gdy waliły we mnie pioruny. Tym razem też nie żałuję, choć nie było idealnie, ale to temat na inną opowieść.

Wiosna w pełni, jak widać.

(Państwo wybaczą jakość, ale nie chciało mi się targać lustrzanki; zabrałam najmniejszy plecak).
Teraz będzie fragment pt. “Egzaltowany mieszczuch na łonie przyrody”.
Otóż wystarczy, że wejdę w las i czuję się, jakby ktoś wcisnął mi guzik reset, jakby mój rozpędzony, wyżyłowany motorek zatrzymał się i po chwili ruszył od nowa, ale już spokojniej. Wolniej.
Idę niezbyt szybko, zatrzymuję się, żeby popatrzeć na kwiatki wyrastające spod śniegu. Dwa, trzy metry od moich stóp skacze wiewiórka, zupełnie nieprzejęta moją obecnością. Wreszcie chwyta jakieś trofeum znalezione w trawie, patrzy na mnie, jakby chciała powiedzieć ‘to cześć’ i umyka z nim na drzewo.
Ani żywego ducha. Dziwne, bo niedziela i słońce, a dzień taki, że byle dalej od mediów. Dopiero w drodze powrotnej spotykałam dzieciate rodzinki. Jedyną osobą, która odpowiedziała na moje pozdrowienie, był jakiś młody biegacz. Niestety przywykłam. O ile w Beskidzie Niskim czy w Gorcach, gdzie człowiek zwykle chodzi sam jak palec i cieszy się, gdy po paru godzinach zauważy kogoś innego, wymiana powitań i paru życzliwych słów z napotkanym piechurem jest czymś najzupełniej naturalnym, o tyle w Tatrach – nie. Wielu turystów nie chodzi po górach, odhacza tylko Chochołowską i Kasprowy, więc nie znają tego zwyczaju. Szkoda, bo jest miły. Ktoś mi też kiedyś uświadomił, że jest mądry – bo gdy komuś mówimy ‘dzień dobry’, zwykle też na niego spoglądamy i zapamiętujemy, że kogoś mijaliśmy po drodze. A to może być ważne.

Lubię. Wiele spraw mogę odpuścić, ale nie to. Zwłaszcza, gdy świat włazi mi na głowę.
A później siedzę w kawiarni, za oknem wiatr toczy po niebie ciężkie, sine cumulusy i słyszę z głośników: Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie. Uśmiecham się. Mój instruktor paralotniowy śpiewał tę piosenkę, gdy zbyt silny wiatr wyganiał nas z górki, na której ćwiczyliśmy wieńczone lądowaniem na obitych tyłkach pierwsze zloty.
Ja rzadko bywam szczęśliwa, proszę państwa. Ciągle się czymś martwię, za kimś tęsknię, niepotrzebnie chłonę cudze smutki jak gąbka. Ale w górach szczęśliwa jestem. I za każdym razem myślę że któregoś dnia po prostu zostanę. Nie wiem tylko jeszcze, jak to się ma do mojej pracy i hipoteki, ale trzeba mieć wiarę, co nie.

A wiecie – gdy schodziłam, zobaczyłam całą łąkę w krokusach.

I sit and watch the children play

26 sobota lut 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 1 komentarz

Najciekawszym wydarzeniem dzisiejszego dnia ma szansę być to, że świtem przez pół godziny szukałam – poruszając się z najwyższą ostrożnością na kolanach – soczewki, która wyśliznęła mi się z palców. Ktokolwiek szukał na podłodze przezroczystego obiektu o średnicy niespełna centymetra, mając do dyspozycji tylko jedno widzące oko, ten wie, jaka to przednia zabawa
I dobrze. Czasem zdrowo się ponudzić.
Zajmuję się dziś głównie piciem earl grey, zaglądaniem do niezbyt pełnej lodówki (od patrzenia się nie zapełni, koleżanko, bierz pupę w troki i smaruj na Kleparz) i wymyślaniem nowych usprawiedliwień niepójścia na siłownię.
A powinnam, powinnam. Jeśli wielki plan ma dojść do skutku, muszę wypracować sobie niezgorszą kondycję.
No i zacisnąć pasa, co na razie wychodzi mi średnio. Paradoksalnie jednak cieszę się, że nikt mi tego nie da w prezencie, że sama muszę sobie na to marzenie zapracować.

Lektura prasy sprawia, że herbatę przełykam razem ze zduszonymi przekleństwami.
Spróbujcie tylko, to przykuję się do drzewa i będę protestować.
Jak długo jeszcze ta groteska będzie trwała?
Góry chociaż mogliby zostawić w spokoju, wolne od świętojebliwości.

Nieco mi refleksyjnie.
Czasem gdzieś między łazienką a kuchnią, między barem a stolikiem, między jednym a drugim mrugnięciem widzę ten uśmiech.
Nie, żeby hollywoodzki. Ale taki nie samą buzią. Taki od pięt po włosy.
Czasem słyszę ten śmiech, rozbrajający, jak u nastolatka.
Czasem zamieram, ale wtedy dociera do mnie, że to tylko pamięć płata mi figle.
Rankiem skończyłam czytać Każdemu jego Everest. Autor zginął podczas zejścia. Ostatnie zdania tej książki, napisane raptem parę dni wcześniej, zastanowiły mnie bardzo. W kontekście tego, co miało się wydarzyć, są dość przejmujące.
Noc, śpiwór, świeca, Bob Dylan… Jakoś ciężko mi, duszno. Szukam i szukam w sobie tego przekonania, tej iskry i co tu ukrywać – nie znajduję. Niczego już nie jestem pewien: ani pogody, ani drogi, ani partnera, ani… siebie. Gdzież to wszystko się zatraciło, rozpełzło w trakcie jakże ciężkiej pracy. I żeby chociaż satysfakcja. A tu ciągle jak po grudzie. Gdzieżeś, Gwiazdo moja…?
Idę, teraz już na pewno po raz ostatni, lecz dokąd, dokąd idę – do końca nie wiem. Chciałbym wiedzieć, a nie wiem! Tak daleko i ten brak pewności. A może właśnie tak to już jest? Chociaż nie, to bym wiedział. Więc może to już pora…?

Odpadnie stu

16 niedziela sty 2011

Posted by porta celeste in Góry

≈ 6 komentarzy

Od pewnego czasu jakby uważniej siebie słucham.
I okazuje się, że – jak to zwała Sally Bowles – boska dekadencja nie jest mi do niczego potrzebna. A bywały przecież momenty, gdy jechałam po bandzie. Byłam święcie przekonana, że odpowiedź na każde pytanie znajdę w nieprzespanej nocy i na dnie butelki wina.
Nie jest jeszcze doskonale. Ale zauważam bardzo wyraźną zmianę. Mniej kuszą mnie ucieczki w doraźne zagłuszanie.

Nad trzecim tomem “GórFanki” ryczałam rankiem jak bóbr. Za oknami lało, w kominku szalały iskry (jak kiedyś postawię sobie dom, zbuduję raczej staroświeckie palenisko, w którym będą trzaskały polana – tak, mam żałośnie romantyczny gust), a ja siedziałam w pościeli i smarkałam nad książką, przeczytaną zresztą w parę godzin. Historia bowiem tyle piękna, co potworna. Niewyobrażalna.
Uwielbiam góry, ale alpinizm nie pociąga mnie szczególnie, z prostej przyczyny. Bałabym się. Nie lubię ekspozycji. Jeśli ktoś z państwa w tym miejscu pomyślał, że lęk wysokości chyba się wyklucza z zamiłowaniem do sportów lotniczych – otóż nie wyklucza się, bowiem w powietrzu brak punktu odniesienia. Wielu pilotów w życiu nie poszłoby na Orlą Perć. Dlatego wysokie góry to ja mogę podziwiać z dołu. Pochodzić dookoła nich wytyczonymi szlakami. Gdy robi się stromo, ślisko, trzeba się wspomagać gadżetami – stresior wygrywa z radością. Wolę się włóczyć niż wspinać; zresztą nie jestem dobra w tym drugim. Dużo bardziej smakują mi wielogodzinne marsze w błocie i upragnione, wieczorne piwo w schronisku. Co nie zmienia faktu, że literaturę mocno górską pochłaniam kilogramami. I później płaczę, gdy czytam, że ktoś w tym lodzie zostaje sam. Po prostu siada i zasypia.
Z drugiej strony ci ludzie przecież zdają sobie sprawę z ostateczności, która im na ramieniu siedzi.

Wstałam, wytarłam nos, zaparzyłam kawę i odpaliłam wyszukiwarkę. Po minionym roku boję się cokolwiek planować, bo przecież nic nie wyszło, ale upajające wizje jednak silniejsze. Oby tej jesieni się udało.

Państwo mogą nie wiedzieć, ale dawno temu prowadzałam się z himalaistą. Krótko – i to nie z powodu jego zamiłowania do siedzenia tygodniami w namiocie rozbitym na lodowcu. Nie wpadłabym na to, żeby z tą pasją wojować, próżny trud, poza tym tego rodzaju naciski są zwyczajnie podłe. Zresztą on też był jednym z bardzo nielicznych (bo dwóch) mężczyzn w moim życiu, którzy gorąco mnie zachęcali do realizowania własnych marzeń, niechby na końcu świata, niechby najgłupszych. Nie dogadywaliśmy się za to zupełnie na płaszczyźnie przaśnej i codziennej. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że nic na siłę.

Poleciał wprost w rozwarte Babie Nogi

28 niedziela lis 2010

Posted by porta celeste in Góry

≈ 12 komentarzy

A może byś tak najpierw mnie zaprosił na jakąś kawę do koktajlbaru? Poopowiadał jakieś romantyczne historie… Włożył ten sweter, wciągnął brzuch i poudawał trochę takiego… człowieka gór.

Uwaga, będę wyznawać miłość.
Panie Kuczok, kocham pana. Za tę książkę byłabym gotowa nosić pana na rękach, gdyby nie to, że pewnie różnimy się gabarytami na moją niekorzyść. Szkoda, że wyszła dopiero w listopadzie, bo latem biegałabym po górach z nią zamiast wysłużonego, wytartego, zlanego deszczami przewodnika Nyki. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat.
Zbliżyłem się, żeby postąpić wedle praw natury, oneż to bowiem wzięły górę nad moją cierpliwością, a i nad językiem, który nie służył już mowie rozwiązłej, jeno zaczął wędrówkę przeciągłą. Przez jej Opalone, dalej poprzez Niżne Stanikowe Siodło ku Gładkiej Przełęczy, skąd zmyślnie wdrapał się na sam Czubik, a potem, bliźniaczo postąpiwszy ku symetrii, obniżył się ku Pysznej Polanie, krążąc wokół Małej Łąki, przedzierając się przez Mechy, osiągnął Kudłatą Grańkę, gdzie zatrzymał się na dłużej, by przygotować szturm poprzez Ciemnosmreczyńską Dolinę aż po Głaźne Wrótka, za którymi w Dolinie Ku Dziurze, ukryty w Mokrym Żlebie, zlokalizował otwór Ptasiej Studni, a wtedy mój Mniszek, który tymczasem poprzez Pachoł i Mały Ostry Groń sięgnął wymiarów Orlej Baszty, owóż mój Hrubas w postaci Skrajnego Gołego Wierchu niczym Wielka Capia Turnia wszedł jak po swoje tam, ach, tam, gdzie błogie rozłogi. I takeśmy razem, jak Szatan ze Świnicą, chyżo dotarli do Ostrego Szczytu.

Wiem, wiem. Niektórzy zapytają – że co? A dla mnie to fragment i piękny, i przezabawny, i uroczo lubieżny, i świadczący o wielkim zamiłowaniu autora do tego kawałka świata. Śmiałam się podczas lektury wielokrotnie – w dużej mierze dlatego, że z tyłu głowy odzywały się osobiste skojarzenia i wspomnienia, majowy śnieg i aż gęsta ciemność tatrzańskich wieczorów, gdy przez otwarte okno nie było widać nawet rynny odległej o metr i rozmawiało się szeptem, jakby się bało coś spłoszyć.

Nic dzisiaj nie zrobiłam. Chociaż przepraszam. Umyłam włosy, ugotowałam sobie obiad i sprawdziłam, że połączenie lotnicze z Wiedniem w pewnych terminach bywa o parędziesiąt tylko złotych droższe niż PKP. A powiem wam, że bardzo uciesznie pokonuje się tę trasę z Krakowa. Czasem nawet nie zdążą rozdać kanapek, bo samolot startuje i właściwie od razu zaczyna lądować. Cóż – daleko nie mamy. Niektórzy tutejsi zresztą chętnie wróciliby pod wiedeńską jurysdykcję.
Oczywiście nie powinnam nawet o tym marzyć, bo niezmiennie usiłuję zaoszczędzić na wyśnione Borneo. Ale przeczytałam to nieszczęsne Cafe Museum i myślę tylko o wizycie u Trześniewskiego (notabene – obrazek na stronie internetowej pierwsza klasa, hasło reklamowe takoż). Może napiszę do Roberta Makłowicza, że jeśli już wywołał we mnie tak chorobliwą tęsknotę za austriackim biesiadowaniem, to niech teraz się dołoży do mojego biletu, proszę bardzo.
Rozdziały poświęcone Węgrom i krajom byłej Jugosławii są jeszcze dotkliwsze dla żołądka i serca.
Przyznaję – to jest naprawdę bardzo dobra, bardzo mądra książka.
I ma ten dodatkowy smaczek, miłość właśnie. To tak, jakbyście słuchali kogoś, kto opowiada o czymś, co uwielbia nad życie, i widzieli, jak się cały zapala, jak mu oczy błyszczą.

Żeby tak słodko nie było, komentarze pod gazetowyborczym wywiadem z Agatą Passent o chorobie jej mamy utwierdziły mnie w przekonaniu, że buractwo w narodzie ma się dobrze.
Nie uważam, że o zmarłych trzeba dobrze albo wcale, bo wylądowanie dwa metry pod ziemią nie czyni z nas automatycznie marmurowych herosów. To przeraźliwa hipokryzja. A mówienie o niedoskonałościach kogoś kochanego wcale z nas nie czyni kalających własne gniazdo. O wiele gorszym kalaniem jest udawanie, że wszystko gra, gdy nie gra.
Nie uważam też nałogu za coś, co trzeba cichutko wmiatać pod dywan, zanim ktoś nie daj Bóg domyśli się, że mamy problem. Nóż mi się otwiera w kieszeni, gdy czytam, że córka wyrodna, a matka łachudra, bo wszyscy pijacy to łachudry. Nieprawdopodobne, ilu mamy świętych w kraju, z kieszeniami pełnymi kamieni.
Jednak lepiej książki czytać.

Życiowo uzasadnione

16 czwartek wrz 2010

Posted by porta celeste in Gadka szmatka, Góry

≈ 4 komentarzy

Keb’Mo śpiewa Victims Of Comfort, a ja popijam bardzo wytrawne białe Mont Marcal. Relaksuję się powoli i na niewesoło.
Dokończyłam Wołanie z Połonin. Wciąga jak diabli, trudno odłożyć. Ciekawie jest sobie poczytać, jak ratowało się ludzi w górach przed erą śmigłowców i telefonów komórkowych, gdy pomoc wzywano do tych, którzy rzeczywiście jej potrzebowali, a nie tych, co się zmęczyli.
Przeraźliwie smutna jest historia o człowieku, którego pierwszy lot na paralotni – jeszcze w czasach, gdy przypominały raczej spadochrony i były dużo bardziej niebezpieczne – był zarazem ostatnim. Ale są i zabawne. Są też wstrząsające, bo rzadko ma się świadomość, że wycieczka w Bieszczady w środku upalnego lipca może się skończyć śmiercią z wychłodzenia.

Mam świeżo za sobą genialne szkolenie ratownicze. Uważam, że każdy powinien takie mieć. To jest tak ważna sprawa przecież. Najważniejsza.

Sprawy ratowania życia mnie w pewien sposób fascynują – może to niezbyt szczęśliwe słowo, ale tak właśnie jest. Zachwyca mnie maszyneria ludzkiego ciała i to, jak niewiarygodnie zostaliśmy zaprogramowani. Namiętnie czytuję książki o medycynie. Oczy mi zabłysły, jak mogłam się dziś pobawić defibrylatorem (ćwiczebnym oczywiście – nie dali mi nikogo kopnąć tysiącem wolt). Widok krwi mnie szczególnie nie rusza, ale ponoć kobiety w ogóle rusza mniej – fizjologia nam akurat tu pomaga.
Notabene, oglądałam swego czasu program interwencyjny o próbie wydobycia automatycznego defibrylatora z Dworca Głównego w Krakowie. A po co to panu, a dowód osobisty mogę zobaczyć, a ja nie wiem, czy mogę wydać, a jest w szafce na klucz, a ja klucza nie mam… Potrzebujący zdążyłby kopnąć w kalendarz.

Jako uratowana przyznaję też, że mam poczucie pewnego długu wdzięczności. U mnie co prawda sytuacja była raczej lekka, ot, skręcone kolano, na to się nie umiera. Jak po mnie przyjechali, stałam wsparta o płot. Szok przyszedł dopiero później i był spowodowany raczej tym, że narobiłam zamieszania, niż moim – znośnym – bólem. Bardzo miło się mną panowie zajęli i co piekielnie ważne – nie zostawili mnie samej przez długie godziny czekania na ambulans, chociaż pewnie mieli swoje kolacje z rodziną, randki i inne takie. Tak się w moim życiu złożyło, że dwóch moich chłopaków było kandydatami do GOPR-u (jednemu się udało). Też się zdarzało, że zamiast spędzać upojny wieczór we dwoje, ja szłam spać, a on brnąć w śniegu. Oczywiście nie z tego powodu są byli. Musiałabym być bardzo głupią kobietą, żeby domagać się pierwszeństwa nad czyimś życiem.
Ale ta wykręcona nóżka w górach nie była jedynym przypadkiem. 15 lat temu wyciągali mnie z wody. Facet, który mnie wtedy ratował, miał ramiona podrapane do krwi – tak mocno go obłapiłam. Człowiek niemożliwie trzyma się życia, choćby za nim nie przepadał. Znajduje w sobie siły, których na zawołanie nigdy by nie wykrzesał. Jeśli ktoś z was ma na koncie takie graniczne wrażenia, wie, o czym mówię.

Wróćmy może do rzeczy.
Panowie prowadzący to szkolenie w niczym (a już na pewno nie w obwodzie bicepsu) nie przypominali nauczycieli PO, jeśli państwo – jak ja – mają za sobą ten licealny koszmar z gazmaskami. To byli prawdziwi, żywi ratownicy, fachowcy z niezłym stażem, którzy wyciągali płaczące dzieci z pożaru i pakowali posiekane zwłoki motocyklistów.
Ujmujące, że nie były to cyniczne dziady, ale bardzo delikatni ludzie. Mogę się tylko domyślać, jak trudno z bagażem tak porażających doświadczeń zachować taką serdeczność i wrażliwość.
Rzewnie zabrzmię, ale to są, proszę państwa, bohaterowie. Nie doktory z telewizji, nie prężący mięśnie dżentelmeni, tylko anonimowe dobre dusze w czerwonych kurtkach, które to dusze na wasze ‘dziękuję’ odpowiadają ‘nie ma za co, ja po to jestem’.

Na pewno trochę mi te dzisiejsze zajęcia pomogły wyzbyć się obaw, jakie większość z nas miałaby przed uciśnięciem czyjegoś mostka i w ogóle zabawą w Pana Boga. Pomogły przypomnieć sobie właściwy porządek rzeczy, bo koniec końców najważniejsze jest oddychanie, połykanie i sikanie, a nie to, czy mamy makijaż ładny, pachy ogolone i jaki mamy skrót przed nazwiskiem na wizytówce.
Z drugiej strony podczas ćwiczeń ręce mi się trzęsły jak dwie meduzy na wybojach. A to były tylko symulacje na przystojnym ratowniku medycznym, który nawet czasem wychodził na sekundę z roli, żeby między drgawkami i bryzganiem krwią podpowiedzieć coś ostrożnie. Dobrze, żeśmy go nie uszkodzili.
Bałam się jak cholera.
Nie wiem, co bym zrobiła, gdybym naprawdę znalazła się w takiej sytuacji.
Mam tylko nadzieję, że postąpiłabym zgodnie z sumieniem.

Dlaczego (nie) warto się żenić

10 piątek wrz 2010

Posted by porta celeste in Góry, W drodze

≈ 17 komentarzy

Tagi

Beskid Niski

Nigdy nie zabieram laptopa na urlop. Nie zabieram też empetrójki, bo łażenie po górach z słuchawkami na uszach to byłby grzech.
Zabieram tylko mój wysłużony notesik. Tym razem przybyło wiele zapisanych maczkiem stron. Pisałam czasami przy obiedzie, czasami wieczorem na balkonie, owinięta w oba polary, z zasłużoną szklaneczką żołądkowej na dobranoc. Razem ze zmrokiem zapadała całkowita cisza. Dopiero przed szóstą rano gdzieś zaczynał piać samotny kogut. Ciemności nieprawdopodobne. Gwiazdy nad głową – również. Dawno nie widziałam takiego nieba.
Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zapomniała. Padło na piżamę. W domu nie używam, więc łatwo mi o niej zapominać – to nie pierwszy raz. Miałam za to latarkę, nóż, korkociąg i solidne buty, których teraz nie umiem doczyścić. Przynajmniej widać, że wróciłam z gór.
Na przyszły sezon będę musiała kupić sobie nowe, bo te zaczynają mi przemakać. Chyba je dobiły wiosenne Tatry.

Wiem, przewidywalnie, ale trudno – jestem zachwycona, zakochana, wróciłabym pierwszym autobusem. Trudno pozbyć się wrażenia, że trafiło się do innego świata. Wioseczki maleńkie jak dłoń, cebulaste wieżyczki cerkwi wyrastające spomiędzy drzew. Pochylone prawosławne krzyże na leśnych cmentarzach z pierwszej wojny światowej. Walące się chyże. Owocujące zdziczałe jabłonki w zapomnianych sadach.
Na szlakach błoto nieprawdopodobne. Podobno Beskid Niski słynie z błota. Szlaki, no właśnie. Jeśli komuś słowo ‘szlak’ kojarzy się z trasą na Klimczok lub na Halę Gąsienicową przez Królową Kopę – proszę zapomnieć. W Beskidzie Niskim szlak to albo wspomniane błoto po kolana, albo pozarastana chaszczami ścieżynka. Idąc, trzeba nie raz i nie dwa przeskoczyć powalone drzewo lub przeczołgać się pod nim. Gałęzie walą po pysku, a buty zapadają się w mlaskającym błocku. Pysznie, prawda? Co więcej, oznakowanie jest… takie sobie, mówiąc oględnie. Za to bardzo przyjemnie idzie się szlakiem granicznym, mijając słupki to z lewej, to z prawej strony (skutkiem ubocznym było 12 esemesów o treści “Witamy na Słowacji”). Co jakiś czas mija się też słupy, z których zdjęto tablice z napisem POZOR! . Została tylko jedna, chyba na pamiątkę dla turystów.

Gdybym miała euro przy sobie, sturlałabym się na dół do Cigelki po Starą Myslivecką dla taty.

Jednego dnia wybrałam się z Wysowej przez Ropki do Bielicznej, nieistniejącej już wsi, stoi tam jedynie cerkiew. Idzie się tam jednak ścieżką bez szlaku, a ja po pierwsze byłam sama, a po drugie – Beskid Niski to góry niewysokie, ale bezludne, są w nich za to i wilki, i niedźwiedzie. To pobudza wyobraźnię, prawda? Zwłaszcza, gdy obok w lesie trzaśnie gałązka, zaszeleszczą liście. Gdy pośrodku dróżki natrafi się na, hm, parujący ślad należący niewątpliwie do jakiegoś zwierzątka. Czytałam swego czasu wywiad z pracownikiem jednego z naszych parków narodowych, który mówił, że chodząc po górach, nie zdajemy sobie sprawy z tego, przez ile par ślepi jesteśmy obserwowani, i to czasem z bardzo bliska.
Poszłam zatem na Ostry Wierch. Nazwa wyjątkowo trafna – podejście co prawda krótkie, ale płuca można wypluć. I proszę sobie wyobrazić, że kogoś jednak spotkałam po drodze. Dogoniłam dwóch starszych panów, którzy zaprosili mnie na herbatę i ciastka, bo – jak to ujęli – dla nich każdy w górach to przyjaciel. Dalej szliśmy już wspólnie. Panowie przesympatyczni, z ogromną wiedzą, przyjemnie było słuchać ich opowieści, a na każdym przystanku częstowali mnie nowymi łakociami. Okazało się, że jeden z nich jest bratem naszego himalaisty.
– On się nie ożenił, to i biega po Himalajach. Ja się ożeniłem, więc po Beskidach…
No proszę! Mam szczęście do takich spotkań.
Opowiadał piękne historie o swojej żonie, którą poznał na szlaku w Tatrach.
– Szedł za mną taki facio, metr pięć w kapeluszu. Patrzę na tego kurdupla, a to dziewczyna. Oglądaliśmy razem jelenie na rykowisku, na Hali Pisanej. No i tak zostało.
Pożegnaliśmy się miło u celu. Może jeszcze kiedyś się spotkamy. Chciałabym.
Następnego dnia za to cofnęłam się z gór – takich niby niedużych, najwyższy szczyt ma 1002 metry. Jak niepyszna wracałam na dół. Wybrałam sobie trasę przez Kozie Żebro, Regietów Wyżny i Obycz. Dotarłam do jednej trzeciej. Na początku było i owszem, uroczo. Piękny las, gęsty jak u braci Grimm. Jeżyny do zrywania garściami. Rydze. Błoto, oczywiście. Im wyżej, tym bardziej gęsta była mgła, a później wiatr rozszalał się tak, że potężne buki gięły się jak trzciny. Huczało, szumiało, coraz mniej było widać. Wrażenie przerażające. Może bym jakoś zalazła na miejsce przeznaczenia, pytanie tylko – po co w takich warunkach. Żadna frajda, tylko strachu można się najeść. Tam nie ma schronisk co parę kilometrów. Tam NICZEGO nie ma, człowiek jest pozostawiony sam sobie, z tym, co niesie na plecach, a ja w tym roku już wystarczająco wiele razy kusiłam los.

Zawróciłam i poszłam otrzeć łzy nad obiadem w słynnej Gościnnej Chacie w Wysowej. Rany boskie, jak oni tam jeść dają… Mam lekkie uczulenie na karczmy regionalne, rzępolenie sksypecków nad uchem i kwaśnicę w wydumanej cenie. Jedliście kiedyś moskola z mikrofalówki? No właśnie. To wiecie, że napastnik trafiony nim w skroń nie dożyłby jutra. Ale to miejsce jest inne. Ryzykując obwodem w talii (poszedł…), przetestowałam połowę menu i polecam, bo karmią pysznie, obficie i niedrogo. I po łemkowsku.
Smutne, jak dużo swego czasu zrobiono, żeby tę kulturę zniszczyć. Nie udało się do końca i pomaleńku to wszystko się odradza.

Wysowa to takie uzdrowisko, po którym biegają gęsi, a jednego popołudnia pod cerkwią w tak zwanym centrum widziałam chłopaka prowadzącego na łańcuchu krowę.
Nie pijcie wody “Franciszek” – słony, żelazisty koszmar. Za to ponoć na kaca dobry.
Z balkonu natomiast widziałam stajnię i pastwisko. Codziennie rano konie były wypędzane na trawkę. Ganiały się tam, bawiły ze sobą, fukały na siebie. Przed zmierzchem wracały do stajni, pędem. Przepiękny widok. Spłukawszy z siebie pot i błoto pod gorącym prysznicem, szczelnie zapięta w ciepłej kurtce, słuchałam słowackiego radia (nie wiem, jaka to stacja, ale grali fenomenalnie – jednego wieczora trafiłam na program z muzyką tybetańską; proszę sobie wyobrazić, jak te gongi brzmiały na tym mglistym pustkowiu) i przyglądałam się tym koniom z zachwytem. To mi wystarczało do szczęścia. Nie chcę brzmieć jak serialowa nawiedzona karierowiczka, co to na zadupiu odkryła sens życia, ale naprawdę czuję się zresetowana.
Muszę tam wrócić.
Mam tylko nadzieję, że nie trafię na tego pana kierowcę autobusu, co przez blisko cztery godziny podróży umilał pasażerom życie muzyką zespołu Baciary. Ktokolwiek z państwa bywa regularnie na południu Małopolski, ten na pewno zna szałowe przeboje tej kapeli. Kto jakimś cudem uchował się przed nimi – proszę, tu jest próbka.

To nie są góry dla celujących w zdobywanie szczytów. Z pewnością nie góry dla lubiących przylansować trekkingowym ciuszkiem z najwyższej półki – zniszczy się. To nie jest miejsce dla ludzi, którzy boją się samotności. To jest miejsce dla ludzi, którzy chcą ze sobą pogadać, odkupić może jakieś winy, zmęczyć się mocno i oddalić od wszystkiego. Bo jedynym towarzystwem zwykle jest nasz własny cień, ewentualnie krowa lub przysypiający w rowie lokalny pijaczek.
Teraz muszę wszystko wyprać i powoli, ostrożnie wrócić na ziemię.
Dom przywitał mnie korkami, zgiełkiem, rozjeżdżonym przez machiny budowlane skwerem i wiadomością od właściciela uroczo owłosionych łydek, że niniejszym wyjeżdża z wycieczką zakładową na festiwal do Opola. Że niby służbowo. W proteście nie zamierzam tego oglądać. Telewizji właściwie nie oglądam i tak, ale przez najbliższe wieczory nie będę oglądać jeszcze bardziej.

Zdjęcia będą jutro, jadę bowiem przepasożytować weekend u rodziców na wsi – mają tam o niebo szybszy internet niż ja w Krakowie. Nigdy więcej mobilnego badziewia.
O, już są.

Lecz jesteś snem, z którego nie chcę obudzić się

05 niedziela wrz 2010

Posted by porta celeste in Góry, Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 6 komentarzy

Jestem coraz bardziej zachwycona moim nowym adresem i prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż ja wrócę na stare śmieci, które technologicznie są mocno wstecz. Czy państwo wiedzą, że ten tutaj serwis daje możliwość – między innymi – edycji komentarzy?… Innymi słowy – gdy kiedyś będzie mi bardzo źle, mogę wszystkie komentarze bezkarnie pozamieniać na ‘kocham cię’. He!
Jeśli już o tym mowa – nie pojmuję nowej mody na odpowiadanie na komentarze nie wprost pod nimi, ale na blogasku komentującego, zwłaszcza gdy jego notka jest zupełnie o czymś innym. Przecież to tylko bajzel niepotrzebny wprowadza.

Już prawie spakowana, popijam gorącą czekoladową kawę, zapalam pachnące świece, żeby było przytulniej, i udaję, że nie widzę deszczu kapiącego za oknem. Aparat fotograficzny ładuje się w kuchni. Obok leży mapa, przewodniki noszące już ślady intensywnego użytkowania i parę książek do czytania wieczorami. Od jutra głusza i błoto na szlakach. Lackową może sobie odpuszczę przy takiej pogodzie (nie ma czego żałować ponoć), ale wizja zobaczenia kawałka świata – słabo znanego, choć bliskiego – zawsze mnie podnieca. Nawet, jeśli będę oglądać go z balkonu, otulona polarem, słuchając ulewy i patrząc na snujące się nisko chmury.

Mama opowiedziała mi dziś bardzo sympatyczną historię.
Jej przyjaciółka od lat kocha się w jednym naszym muzyku. Takim dość raczej znanym. Bywało, że dość bardzo.
Kocha się to może za dużo powiedziane. Jest po prostu ogromnie oddaną fanką. Jeździ na wszystkie jego koncerty – przynajmniej te w pobliżu, bo zobowiązania rodzinne już jej nie pozwalają śmigać za nim po całej Polsce. Ma wszystkie jego płyty. Nawet te, na których pojawia się gościnnie, żeby zanucić dwa takty w tle ostatniej piosenki (ten akurat syndrom skądś znam, bo też kiedyś leciałam po jedną płytę w dniu premiery – ale mniejsza, to nie jest opowieść o mnie).
I proszę sobie wyobrazić, że niezwykłym zbiegiem okoliczności (ktoś zna kogoś, kto zna kogoś, kto zna kogoś – i po nitce do kłębka jakoś się udało) wylądowała pewnego wieczoru za kulisami jego koncertu. Szalała z zachwytu. Mogła uścisnąć spracowaną dłoń idola. Pogadać z nim. Obejrzeć z zaplecza cały show. Na domiar szczęścia idol okazał się przemiły, skromny, niezepsuty – ot, ciężko pracujący niemłody chłopak w dżinsach z C&A. Zero gwiazdorzenia, szampana i dziwek.
A gdy po koncercie razem z koleżanką czekały w ulewnym deszczu na taksówkę, zatrzymał się przed nimi duży, wypaśny samochód, z którego wyjrzały promienne buzie całej kapeli i zapytały, czy może gdzieś podwieźć.
Kobita od tygodnia chodzi nieprzytomna i nie dowierza, że oto idol, zjawisko z innego świata, tak po prostu podrzucił ją do domu.

Na do widzenia, do piątku mają państwo jeszcze piosneczkę całkowicie wbrew chwilowemu oberwaniu chmury nad Krakowem. Rupieć, którego nie można pozbyć się z uszu, jak już tam wlezie. Do miłego, moi sunshine daisies from LA…

← Older posts

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.