Gwiazdą mojego grajdołka została właśnie słonica w wieku chrystusowym, która trafnie przepowiedziała wynik finału Ligi Mistrzów (jak państwo kibicowali, że wygrało to nieszczęsne Chelsea?) i w związku z tym sukcesem będzie typować wyniki podczas Euro.
Osłowi się nie udało.
Newsem o naszej uroczej wróżce żyje całe miasto – tym oraz faktem, że Kopiec Krakusa podczas festiwalu ArtBoom miał zostać przebrany za pierś, ale wiadomo już, że nie zostanie.
Bogiem a prawdą – zwisa mi ta pierś, w odróżnieniu od własnych, których to jeszcze szczęśliwie nie dotknęło. Owszem, cały ten pomysł szczytem kunsztu artystycznego nie jest i jestem przekonana, że można sztukę w przestrzeń miejską wkomponować ciekawiej, bo ten różowiutki gruczoł – jak przypuszczam – byłby głównie atrakcją dla małolatów i brytolskich wieczorów kawalerskich. Ale mniejsza o artyzm, do głosu bowiem doszło moje ulubione świynte oburzenie. No bo jakże to, goły cycek – z jadalnym sutkiem! – w publicznym miejscu. W tchnącym dostojeństwem mieście królewskim, kulturalnej stolicy Polski (tu śmiech z offu). Może od razu ratusz przebrać za co gorszego, kształt ma przecież stosownie falliczny. Zresztą w kopcu spoczywa nasz pierwszy władca (co prawda dowodów na to jeszcze nie znaleziono i do tej pory mnożą się hipotezy dotyczące tego, kto i w jakim celu kopiec usypał – komitet ochrony zabytków pospołu z konserwatorem uznali jednak, że świadomość społeczna górą). I jakże to tak czyjś grób w cycek oblekać. Nieprzyzwoite. Ruja i porubstwo sięgnęły nawet cmentarzy.
I tak dalej, blabla.
Znienacka towarzystwo obrony moralności przypomniało sobie jakieś skromne urywki z podręcznika historii.
A ciekawe, czy pamięta, że cmentarz znajdował się również w obrębie dzisiejszego Rynku – tego samego, na którym ludzie ustawiają się w ogonku po grillowane kiełbaski i tłuką szkło podczas Juwenaliów.
Trochę bardziej serio natomiast – wkurza mnie to wielkie oburzenie względem pomysłu może nie najwyższych lotów, ale nieszkodliwego, podczas gdy tyle innych, bardziej przykrych spraw wymaga uwagi. Tylko że w tych sprawach wzmiankowana świadomość społeczna jakoś nie działa.
Widzą państwo, jakie to ciekawe miasto?
Skończyłam czytać Poznam sympatycznego boga i – ech. Zamysł wyśmienity. Poprzednia książka – bardzo dobra. Ta natomiast jakaś miałka, albo ja czepliwa, w każdym razie na mój gust to facet nie całkiem uniósł temat. Poza tym na kilku stroniczkach wyłazi zeń neurotyk. Ale przyznać muszę, rozbawił mnie – i dał do myślenia zarazem – rozdział o buddyjskich nauczycielach w Nepalu, którzy dziwnym trafem w większości przybyli z Zachodu, porzuciwszy korpokierat. Przypomniała mi się piosenka taka…
(Nie szydź, koleżanko, sama chciałabyś).