• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Kraków

You can’t see tits on the radio

22 wtorek maj 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 3 komentarzy

Gwiazdą mojego grajdołka została właśnie słonica w wieku chrystusowym, która trafnie przepowiedziała wynik finału Ligi Mistrzów (jak państwo kibicowali, że wygrało to nieszczęsne Chelsea?) i w związku z tym sukcesem będzie typować wyniki podczas Euro.
Osłowi się nie udało.
Newsem o naszej uroczej wróżce żyje całe miasto – tym oraz faktem, że Kopiec Krakusa podczas festiwalu ArtBoom miał zostać przebrany za pierś, ale wiadomo już, że nie zostanie.
Bogiem a prawdą – zwisa mi ta pierś, w odróżnieniu od własnych, których to jeszcze szczęśliwie nie dotknęło. Owszem, cały ten pomysł szczytem kunsztu artystycznego nie jest i jestem przekonana, że można sztukę w przestrzeń miejską wkomponować ciekawiej, bo ten różowiutki gruczoł – jak przypuszczam – byłby głównie atrakcją dla małolatów i brytolskich wieczorów kawalerskich. Ale mniejsza o artyzm, do głosu bowiem doszło moje ulubione świynte oburzenie. No bo jakże to, goły cycek – z jadalnym sutkiem! – w publicznym miejscu. W tchnącym dostojeństwem mieście królewskim, kulturalnej stolicy Polski (tu śmiech z offu). Może od razu ratusz przebrać za co gorszego, kształt ma przecież stosownie falliczny. Zresztą w kopcu spoczywa nasz pierwszy władca (co prawda dowodów na to jeszcze nie znaleziono i do tej pory mnożą się hipotezy dotyczące tego, kto i w jakim celu kopiec usypał – komitet ochrony zabytków pospołu z konserwatorem uznali jednak, że świadomość społeczna górą). I jakże to tak czyjś grób w cycek oblekać. Nieprzyzwoite. Ruja i porubstwo sięgnęły nawet cmentarzy.
I tak dalej, blabla.
Znienacka towarzystwo obrony moralności przypomniało sobie jakieś skromne urywki z podręcznika historii.
A ciekawe, czy pamięta, że cmentarz znajdował się również w obrębie dzisiejszego Rynku – tego samego, na którym ludzie ustawiają się w ogonku po grillowane kiełbaski i tłuką szkło podczas Juwenaliów.
Trochę bardziej serio natomiast – wkurza mnie to wielkie oburzenie względem pomysłu może nie najwyższych lotów, ale nieszkodliwego, podczas gdy tyle innych, bardziej przykrych spraw wymaga uwagi. Tylko że w tych sprawach wzmiankowana świadomość społeczna jakoś nie działa.
Widzą państwo, jakie to ciekawe miasto?

Skończyłam czytać Poznam sympatycznego boga i – ech. Zamysł wyśmienity. Poprzednia książka – bardzo dobra. Ta natomiast jakaś miałka, albo ja czepliwa, w każdym razie na mój gust to facet nie całkiem uniósł temat. Poza tym na kilku stroniczkach wyłazi zeń neurotyk. Ale przyznać muszę, rozbawił mnie – i dał do myślenia zarazem – rozdział o buddyjskich nauczycielach w Nepalu, którzy dziwnym trafem w większości przybyli z Zachodu, porzuciwszy korpokierat. Przypomniała mi się piosenka taka…
(Nie szydź, koleżanko, sama chciałabyś).

Tresura, rozdział pierwszy

13 niedziela maj 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 4 komentarzy

Tagi

Led Zeppelin IV, Pierwszy Lokal na Stolarskiej, Pink Freud, Wojciech Mazolewski

Stare kąty lubię najbardziej, to i na niedzielną kawę umawiam się na Stolarskiej, gdzie ciągle toaleta w piecu kaflowym, obsługa o subtelnie zjadliwym poczuciu humoru, Smocza Głowa do picia i widok na ulicę, na który z przerwami gapię się od… no, dziesięciu już lat. Swojsko, znane twarze, niezmiennie dobra kawunia.
Co ciekawe, lokal ów był też świadkiem moich najpodlejszych upodleń nad miętową żołądkową z ogórkiem. To był jeden z tych wieczorów, gdy wyszło się na jedno piwo po pracy.
A taka niepozorna była ta miętowa z ogórkiem.

Trafiłam dziś w internecie na blog, którego autorka radzi czytelniczkom, jak uwieść mężczyznę, a właściwie jak sprawić, by robił to, co chciałybyśmy, żeby robił. Udawać głupią, zwracać się grzecznie, często chwalić i nagradzać za każde dobrze wykonane zadanie.
Czytałam kiedyś podobną książkę.
Gdy rodzice sprawili sobie nowego psa.

Mam alergię na traktowanie mężczyzn jak osób nie całkiem rozwiniętych umysłowo i emocjonalnie, do których trzeba mówić jak do pięcioletnich dzieci, żeby zrozumiały, i wychowywać – oczywiście tak, żeby nie zorientowały się, że są wychowywane. Nie znoszę takiej taniej manipulacji. Co więcej, tego typu recepty zakładają, że wszyscy przedstawiciele danej płci myślą i postępują jednakowo, jakby byli hodowani w powieściach Huxleya.
Przypuszczam, że autorka swoje pomysły na tresurę będzie musiała wyrzucić do kosza, gdy trafi na faceta z odrobiną charakteru. Od którego te wszystkie błyskotliwe sztuczki odbiją się jak od grubej ściany i do którego trzeba będzie znaleźć oddzielny, niepowtarzalny kluczyk. Oczywiście należy trochę wysiłku w to włożyć. Zechcieć zrozumieć ten jedyny w swoim rodzaju zlepek synaps, który siedzi przed nami.
I nieważne, czy chodzi o mężczyznę, czy kobietę. Złote rady z gatunku jak sprawić, żeby partner chodził jak w zegarku, bo wszyscy mężczyźni to, wszystkie kobiety tamto, są zwyczajnie fatalne. Zawsze. Jak i fatalny jest człowiek, który chce sprawić, żeby partner chodził jak w zegarku.

Może i się mylę, przeczytałam trochę za dużo romansów i zbyt wielu hippisowskich płyt słuchałam, ale uważam, że drugi człowiek to jest żywioł. Coś, do czego nie mamy żadnych praw. Coś, do czego możemy się zbliżyć, trochę się nawzajem oswoić, ale nie – próbować przerobić na własną modłę. Możemy wyciągnąć do niego rękę, ale nie złapać.

Skoro już o płytach hippisowskich mowa, wczoraj w Liście Osobistej znienacka zabrzmiało When The Levee Breaks. Stali czytelnicy wiedzą, że to numer, przy którym kładę się pod głośnikiem i piszczę. Tym razem też wyskoczyłam spod prysznica, by zapiszczeć. Ubóstwiam. I tak, wiem, że napisał go jakiś stary bluesowy dziadek w czasach, gdy panowie z Led Zeppelin dopiero zamierzali uszczęśliwić ziemski padół swoją obecnością – ale w ich wykonaniu to jest tak obłędnie męski, mięsisty, seksowny kawałek… A i płyta, z której on pochodzi, nadaje się idealnie do, hm, kontaktów międzyludzkich.
A później już Wojtek Mazolewski opowiadał, jak fajnie mu było koncertować w Tokio i aż miło się słuchało tego roześmianego głosu.
To miasto chyba coś z człowiekiem robi. Podkręca mu silnik. Pompuje wysokooktanową krew w żyły. Wraca się stamtąd z wielkim głodem, energią i wiarą, że to, o czym marzymy, może się wydarzyć. O tym zresztą też Mazolewski wspomniał. Słuchałam uśmiechnięta, ale powieki piekły i oko się mazało z tęsknoty głupiej – dlatego w poniedziałek biegnę kupić PinkFreudową płytę.
Szkoda, że minęliśmy się po drodze.

Seryjny grzech

22 niedziela kwi 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 6 komentarzy

Pakuję się.
Jak widać.
Włączyłam świtem pralkę i pobiegłam do parku Bednarskiego, gdzie ptaki śpiewają nieprawdopodobnie. To moje ulubione miejsce w mieście, jedno z najpiękniejszych przy okazji. Ostatnio obok autochtonów pojawiają się pierwsze jaskółki turystów.
Wykopałam z szafy cichobiegi i kurtkę przeciwdeszczową (troszeńkę już puszcza na szwach, biedaczka). Znalazłam mój pancerny scyzoryk. Nawet nie musiałam szukać paszportu.
Jak zwykle – obmyślam już kolejny cel. Na podręcznej liście mam ich z osiemdziesiąt w samej tylko Europie, a wczoraj przypadkiem wytropiłam kursy paralotniowe gdzieś w ukraińskiej wiosce nad Dniestrem i już jestem cała chora. Znalazłam też filmik stamtąd, jasno dowodzący, że latającemu mężczyźnie przystoi nawet różowy dres lub czapka-żółw (uwaga na ścieżkę dźwiękową w tle, okropnie się czepia ucha, grozi natręctwem w postaci mruczenia nu kagda zabieriot’ mienia malienkij samaliot).

Siedzę z kwasem hialuronowym na licu, słucham redaktora Orzecha, łypię na cały ten niewyprasowany jeszcze pierdolnik i czuję, jak skacze mi ciśnienie. Mniej bym pewnie się denerwowała, gdyby nie fakt, że bliscy zachowują się, jakbym jechała na koniec świata. Racja – właściwie to jadę na koniec świata, ale tylko na chwilę i zamierzam wrócić. Co więcej, nie wybieram się samotnie do źródeł Amazonki. Nie lubię rzewnych pożegnań, wolałabym, żeby nikt mnie nie odwoził na lotnisko.
Chyba najlepiej podszedł do sprawy pan i władca, po męsku, bez zbędnych emocji – dał buziaka, powiedział, żebym odezwała się zaraz, jak wrócę i to wszystko.

Tymczasem przed wczorajszym przedurlopowym piwem z dziewczynami przez półtorej godziny krążyłam po Kazimierzu, usiłując zjeść obiad. Wszędzie dziki tłum, każdy kącik zajęty. Proszę mi nie wspominać o kryzysie. Jaki kryzys, skoro wszyscy przesiadują w restauracjach i biedne zgłodniałe dziewczę już się nie mieści? Uratowała mnie Coca i grillowany bakłażan z parmezanem w tejże; można nie lubić plastikowych sztućców, ale za to jedzenie wysyła was prosto do nieba.
Opowieści dziwnej treści nad fenomenalnym piwem Twierdzowym doprowadziły nas do wniosku, że męska wyobraźnia, z całym oczywiście szacunkiem, nieco jest jednak kiczowata. A my troszkę lubimy wpasowywać się w te wizje i wbrew temu, jak zwykle wyglądamy i co mówimy, wbrew cielistym błyszczykom i marynarkom, upchnąwszy w kieszeń feministyczne poglądy – wsiadamy wieczorem do taksówki z warkoczykami i w podkolanówkach, kupujemy siatkowe pończochy i burdelowe, lakierowane szpile, w których właściwie nie da się chodzić (ale też nie temu służą, prawda), malujemy usta na wściekłą czerwień. Zabawne są takie gry. Z czasem brnie się w te fantazje coraz głębiej, a to przygoda bez końca, zasoby są nieograniczone i chyba to jest w tym wszystkim najbardziej ekscytujące.

No i tak sobie, widzą państwo, plotę trzy po trzy, żeby na chwilę zapomnieć o cykorze.

Ciepły deszcz pada, powietrze pachnie, wśród kwitnących drzew za moim oknem – cóż z tego, że kominy w tle – śpiewają piecuszki i trochę się uspokaja trzepoczący w nerwach mięsień sercowy.

Poetów nie ma, jest tylko moment nieuwagi

30 piątek mar 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 1 komentarz

Buntem jest niespełnionym, co na serce umiera.

Akcja ‘czarny worek’ rozpoczęta.
Spokojnie, nikt nie uległ nagłemu rozstrojowi zdrowia, po prostu na wiosnę przemeblowuję i wyrzucam.
Wyszorowałam fugi w całym cholernym mieszkaniu. Wiecie, jak po tym smakuje kieliszek rieslinga? Manicure poszedł w diabły, ale pomyślę o tym jutro.
Nie. Jutro nie pomyślę. Jutro będę malować ścianę w przedpokoju. Taki foch.
Oczywiście poszłam tylko po żarówki i adaptorek do japońskiego prądu, bo oni tam prąd mają inny. Adaptorka nie kupiłam, albowiem jestem żałosną blondynką. Wyszłam za to z wielkim torbiszczem pełnym wszystkiego.
Siwy, postawny i bardzo uśmiechnięty taksówkarz pomógł mi załadować całe to dobro do bagażnika.
– Chyba remont się szykuje – zagadnął.
– Tak troszkę – odparłam wymijająco.
– Też ostatnio miałem. Proszę pani, całą ścianę musiałem od nowa stawiać, tak mnie sąsiad zalał. Obiecał, że sam, własnymi ręcami, odremontuje. Ale koniec końców sam własnymi ręcami zrobiłem.
– Cóż. Przynajmniej ma pan ładną, nową ścianę.
– A jakże! Przepraszam, czy pojedziemy jak na Rybitwy?
– Owszem, może pan tak jechać – gapiłam się przez zalaną deszczem szybę.
– Wie pani, tam jest ulica Śliwiaka. Zna pani to nazwisko pewnie.
– Pewnie.
– Proszę pani, ile ja z nim wódki wypiłem…
– Naprawdę? – osowiała pasażerka ożywiła się na tylnym siedzeniu.
– Tak, to był mój dobry przyjaciel. Kurcze blade, ludzie! Pani wybaczy, ale nie znoszę, gdy tak leniwie ruszają na zielonym. Ma pani samochód?
– Nie.
– I bardzo mądrze. Po Krakowie już nie da się jeździć. No, ale Śliwiak – wspaniały człowiek. Bardzo nieszczęśliwie umarł, miał wypadek. Ale on już wtedy był chory, a to straszna choroba, najgorsza.
(Tadeusz Śliwiak cierpiał na Alzheimera; wyszedł nocą z domu i wpadł pod tramwaj).

Widzicie, taki to mój grajdołek. Mogę go nie cierpieć, ale za te krótkie spotkania, zasłyszane w przelocie historie z innego świata, zaczarowanych dorożkarzy, którzy teraz podjeżdżają mercedesami, za ciasnotę, która jednocześnie dusi i wzmacnia, za to, że tu każdy z każdym – jednocześnie uwielbiam. A gdy stąd wyjeżdżam, to z nastawieniem, że gdzieś tam też na pewno spotkam kogoś ze wspaniałą opowieścią za pazuchą.

A liczba moich stopni oddalenia od Bogumiła Kobieli i Kaliny Jędrusik zmalała znacząco dzięki jednemu tylko kursowi za siedemnaście złotych, przez bure małopolskie przedmieścia. Nigdy nie wiadomo, czy w błocku przeciętnego dnia jakiś skrzący klejnot się nie trafi.
– Może pan tutaj się zatrzymać, to ślepa ulica. Dalej nie da się pojechać.
– Och, proszę mnie nie prowokować, ale oczywiście.

Jutro wieczorem życie towarzyskie, znowu będzie za dużo wina, rozmowy o absolucie i cząstkach elementarnych. Gdy odpisuję na esemesy znajomych upewniających się, że przyjdę, słownik życzliwie podsuwa mi same świństwa i wulgaryzmy (oraz konsekwentnie ‘zioło’ zamiast ‘winko’ – ale to już nie wiem czemu, bo od trzech lat nie paliłam). Nikt/nic nie zna nas tak dobrze i nikt/nic nie powie o nas tak wiele złego, jak nasz pospolity, mały, schowany w tylnej kieszeni telefon.

Po szynach ospale

07 środa mar 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 7 komentarzy

Wpis zastępczy, ażeby odpędzić cumulonimbusy zbierające się nad moją biedną głową, porośniętą zapuszczanymi w bólach włosami. Dotkliwie tęsknię do gór, uciekłabym chociaż na pół dnia, niechby o piątej rano, żeby przejść się kawałek, zmęczyć trochę i pogapić przed siebie. Gdy tylko wiosna trochę się ogarnie i wykaże inicjatywę, zwieję w Beskidy na tydzień.
A przecież inni jakoś dają radę bez takich tęsknot. Niczego podobnego nie czują i żyją. Nie zakochują się i też żyją. Nie jedzą… no, tu bywa różnie.

Moje miasto nie jest może najmilszym miejscem do życia we wszechświecie, ale ma swoje zalety. Parę dobrych restauracji, parę teatrów, satysfakcjonującą liczbę przystojnych mężczyzn, widok na góry, gdy akurat nie ma smogu oraz telewizję tramwajową. Nie wiem, jak bardzo to popularne w innych częściach kraju, ale u nas można sobie jechać i oglądać, prawie jak w samolocie – niestety prędkość nie ta, posiłków również brak i nikt nie serwuje drinków, a czasem by się przydały.
Czerpię dość perwersyjną przyjemność z oglądania tej telewizji. Można się dowiedzieć, jak przyrządzać naleśniki, pan o swoistej charyzmie prezentuje smartfony (tym sposobem dowiedziałam się, że mój nadaje się dla dzieci i osób starszych – co poradzę, że nie lubię urządzeń z nadmiarem bajerów?), ale najwyżej cenię sobie pasek z newsami, dobranymi według klucza, którego nie umiem odgadnąć. Premier Izraela wątpi w pokojowe zakończenie konfliktu. W Łodzi planują 30 km nowych tras dla jednośladów. Cristiano Ronaldo rozstał się z dziewczyną. Wąż panuje nad każdą z łusek.
He?
I od nowa – Netanjahu, Ronaldo, Łódź. I wąż.
Cóż, przynajmniej wiem coś nowego o zwierzątkach i będę mogła zabłysnąć w towarzystwie, gdy zabraknie tematów do rozmowy.
Wolałabym chyba, żeby ktoś na głos czytał wiersze pasażerom.

Wsadziła go do buta

03 sobota mar 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ Dodaj komentarz

Wiosna, droga redakcjo. Kogut kontratakuje. Jeszcze nie o wpół do piątej rano, jak miewał w zwyczaju, ale słyszę go, gdy po omacku człapię do łazienki.

Tymczasem w domku moim odmalowanym na majtkowy róż zamieszkało oszałamiającej urody stworzenie – młode bardzo, ale wybitnie urodziwe. Przede wszystkim ma chmurę płowych loków nadających mu z daleka wygląd anioła spod pędzla prerafaelitów. A pukle to ja zauważam przez zamknięte powieki nawet. Krótkowzroczność absolutnie nie przeszkadza mi w rejestrowaniu pociągających kędziorków w oddali i ciemnościach. Na moje szczęście skłonność do strzyżenia uszami na widok (lub dźwięk) atrakcyjnych osób płci przeciwnej równoważona jest nieśmiałością, która sprawia, że do nieznajomych odzywam się tylko po północy i przynajmniej trzech kieliszkach wina.

Spotkałam tego janiołka na przystanku i oczywiście, oczywiście skonstatowałam ze smutkiem, żem od niego wyższa. A dziś wcale nie włożyłam butów na aż tak wysokich obcasach, ot, nieduże platformy. Cóż. You just can’t have it all. Codzienne podróżowanie do roboty z ciachem pysznie mi dosładza życie.

Coraz lepszy czas osiągam w dyscyplinie przemiany biurwy w ćmę barową, trzy minuty to luksus; zstępuję schodami do taksówki bez zadyszki i rozmazanego tuszu, ale doprawdy nie wiem, co zrobiłabym bez moich wielkich toreb, mieszczących Wszystko Na Każdą Okoliczność. Z kopertówkami latam tylko do teatru, a i w nich staram się upchnąć jak najwięcej, bo nigdy nie wiadomo przecież.
Spędzam wieczór, gapiąc się w piękne piwniczne sklepienie – starsze od całej polskiej gałęzi mojej rodziny – podrasowane rampą zupełnie współczesnych, przemysłowych reflektorów. Pijemy różane wino na Mostowej, gadamy o mężczyznach, o kobietach, o Suwałkach, o Tokio, o knajpach, marihuanie i zdrowiu jajników, o apetycznych barmanach, Lubiewie, koncertach bluesowych, ścieżkach rowerowych, o Mironie Białoszewskim i rachunkach za gaz, o wódce i chujowym powietrzu w Krakowie, o tych wszystkich drobiazgach, które wypełniają nam 24 godziny – i co byśmy tu zrobili bez Kazimierza?…

Ono wcale nie bywa znośne

02 czwartek lut 2012

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 6 komentarzy

Niedawno w Zakopanem nocowałam w domu pracy twórczej, w którym Wisława Szymborska zwykła się zatrzymywać. Myślałam sobie wtedy – rety, ale fajnie byłoby ją tu spotkać. Chociaż minąć w progu jadalni.
Cóż. Sądzę, że to nie nastąpi w najbliższym czasie.

Kraków nam pustoszeje. Coraz więcej dobrych duchów z niego ulatuje.

Osowiała, zapomniałam zostawić w lodówce zakupy zrobione wczoraj wieczorem i noszę dziś w torebce sos pomidorowy, sardynki i płyn do kąpieli. Trudno nazwać to pakietem przetrwaniowym na mrozy… Notabene, gdy człowiek poczyta o pierwszych zdobywcach Everestu (rozpadające się w rękach Człowiek zdobywa Himalaje Dorawskiego), którzy nawet śpiworków nie mieli, to od razu mu cieplej.

Autopilot

17 sobota gru 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 5 komentarzy

Usłyszałam to dzisiaj w przedstawieniu (Boeing Boeing na Sarego – wiedzieliście, że Bagatela miała ponad 150 tysięcy widzów w minionym roku? a niby ludzie do teatru nie chodzą?). Gdy tylko wróciłam do domu, wykopałam na jutubie i znęcam się nad uszami.
Halny wieje. Ode mnie z pewnością nie usłyszą państwo, że piździ, że łeb urywa, że urwany łeb boli i spać się nie da, albowiem ja halny uwielbiam. Bardzo dobrze się wtedy czuję.
Gdy halny wieje, niektórzy latają z nożami, szału dostają albo depresji. Ja budzę się nad ranem gotowa wbiec boso na Eiger. Ponoć nadmierna euforia to też objaw choroby fenowej.

Zatem może to tylko wiatr.
Ruch powietrza wywołany różnicami ciśnienia.
Nic ponadto. Żaden tam żaden palec opatrzności ani nagłe olśnienie, jak żyć.

Podejrzewam, że na wszystkim zaważył moment, kiedy na chwilę zdjęłam ręce z kierownicy i przestałam się szarpać, kombinować, co tu zrobić, żeby było lepiej, żeby było jak na zdjęciach w kobiecych czasopismach, i przestałam spędzać noce na zastanawianiu się, jak ja właściwie chcę to życie spędzić. Prawda jest taka, że przez ostatni rok jak ta głupia pipa czekałam, aż mi opatrzność ześle cud. A nie potrzebowałam żadnego cudu.

Trochę tylko nieswojo robi mi się w świecie, w którym coraz więcej ludzi nie jest w stanie funkcjonować bez paru głębszych szybko wypitych przed północą, żeby zasnąć po pijaku, ale do pracy pójść już względnie na trzeźwo; nie umie dociągnąć od świtu do świtu bez różowych tabletek i bez planu na bezbolesne samobójstwo. Zastanawiam się, czy jestem od nich silniejsza, czy po prostu mniej wrażliwa, a może głupsza. A może wszystko wypycham ze świadomości i za dwadzieścia lat wyląduję na kozetce, a wtedy oni wszyscy staną nade mną ze słowami ‘ha, nie mówiliśmy?’.

Ale o czym to ja miałam?
Halny. Na Podhalu drzewa wyrywa z korzeniami, ale śnieg pada, więc koleżki nie dało się powstrzymać. Zapowiedziałam, że jeśli go zwieje w jakąś przepaść, to go znajdę i po raz drugi zabiję. Niestety nie przestraszył się.
Zakupy świąteczne zrobione. Większe niż planowałam, bo przyszło honorarium. Honorarium w wysokości raczej motywującej do pisania, pisania i jeszcze raz pisania.
W teatrze – choć nie lubię fars – uśmiałam się i wciągnęłam nowe nazwisko na listę facetów, w których skrycie się kocham (to dłuuuuuga lista…). Powalił mnie monologiem chłopka-roztropka w “Oblężeniu”, niby śmiesznym, ale tak poruszającym, że między jednym a drugim chichotem piekło pod powiekami.
W Znaku dostałam w prezencie do kupionych książek Dziewczyny wojenne.
Poszłam do Rendez-Vous En France po obiecany calvados – i był. Było jeszcze mnóstwo innych pysznościowych słoiczków, więc będziemy przez całe święta tyć.
Później w innym sklepie guzdrałam się niemożebnie, próbując odebrać od człowieka za ladą zakupy, włożyć kartę do portmonetki, a tę do torebki, i zgarnąć stojące na podłodze siaty jedną ręką, bo w drugiej trzymałam świerkowe gałązki. Może gdybym przykładała się bardziej do lekcji jogi, umiałabym owe siaty zarzucić sobie stopą na głowę i dumnie odmaszerować. A za mną stał już kolejny klient.
– Bardzo pana przepraszam – powiedziałam – ale skończyły mi się ręce.
– Ależ to nic, spokojnie – odparł. Na to człowiek za ladą uśmiechnął się szeroko i stwierdził:
– Proszę się nie śpieszyć, jak się człowiek śpieszy, to tylko jeszcze bardziej się spóźnia.

Tym bardziej ręce z kierownicy.

Karuzela, karuzela

11 niedziela gru 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 7 komentarzy

Zawsze uważałam, że tzw. radiowa uroda to krzywdzący stereotyp i proszę, oto dowód.
(Dla słuchaczy innych stacji krótkie objaśnienie. Po prawej redaktor Andrus, po lewej – redaktor Baron w stroju Adama).
Popłakałam się ze śmiechu nad tym zdjęciem. Jest przesłodkie.

O świcie bieg przez most do centrum. Uwielbiam Rynek w niedzielne poranki, puściuchny, ogromny – wtedy widać całą tę przestrzeń. Sklepy i restauracje jeszcze pozamykane, snują się tylko pierwsi turyści i imprezowe niedobitki. Niebo nad miastem lazurowe, ani obłoczka. W takich chwilach kołacze mi się z tyłu głowy egzaltowana myśl, że los mnie zagnał do jednego z najpiękniejszych miejsc w Europie.

Przyjaciółka to jednak cudowny wynalazek. Nie dość, że po dwunastu latach taka miłość staje się właściwie bezwarunkowa, to jeszcze na dzień dobry człowiek słyszy:
– Ale ty ładnie wyglądasz! Jaki masz śliczny płaszczyk! Włosy masz rewelacyjne! Pokaż drugi profil? Rewelacyjne, powiadam!
Człowiek od razu czuje się dopieszczony, dziwi się, że nikt nie rozwinął czerwonego dywanu przed jego nadejściem i rzuca zaspanemu barmanowi (bo i kto normalny przychodzi do knajpy w niedzielę o dziesiątej?) spojrzenie Rity Hayworth.
Płaszczyk to istotnie. Wygrzebałam za parę groszy fikuśnie uszyte, futrzane czarne cudo z kołnierzem tak wysokim, że z tyłu sięga mi czubka głowy. Jestem nim zachwycona.
Jak już poczułam się taka piękna i wspaniała, nie mogłam odmówić sobie zakupu nowych kolczyków po drodze do domu. Kolczyki – zwykle długie, często w kształcie ptaków, motyli lub innych obiektów latających – to właściwie stały element mojego image’u, bez nich czuję się nie do końca ubrana. Nie noszę za to innej biżuterii. Pierścionki gubię, bo jestem osobą, która rękawiczki kupuje w działach dziecięcych.
Kupiłam też nową książkę Hugo-Badera, bo się w nim skrycie kocham od czasów W rajskiej dolinie wśród zielska, wchłoniętego ładnych parę lat temu z zapartym tchem. Ja bym w życiu takiego reportażu nie napisała, bo zginęłabym marnie w tej postradzieckiej głuszy.
W tramwaju poczytałam trochę na wyrywki. Bohaterowie nie mają zębów, piją na umór i zabijają niedźwiedzie. Czuję, że zarwę noc.

A przy kawie taka muzyka. Och. Chce się pić tę kawę senza fine – bez końca…

Znów poróżniłyśmy się lekko, bowiem przyjaciółka moja jest osobą, która nigdy w życiu nie zaprzedałaby duszy korporacji. Żyje pod prąd i jest z tego dumna. Ja, czołowy konformista, jestem ostatnimi czasy dumna raczej z tego, że dość wygodnie mi się żyje, a zabezpieczenie w postaci cyrografu pozwala mi spełniać się po godzinach – a ostatnio, tak się składa, spełniam się całkiem nieźle, pisząc, jeżdżąc po kontynencie, obijając tyłek o siodło, latając do teatru co chwila. Dla niej ‘po godzinach’ to za mało. Widzi to dużo bardziej czarno-biało niż ja. Mnie takie podejście troszeńkę bawi, świat dla mnie nie dzieli się na zapracowane szczury po jednej stronie i rusałki biegające po bieszczadzkich łąkach po drugiej i nie wierzę, że sens życia można odnaleźć tylko wtedy, gdy zrezygnuje się z wyzysku u kapitalisty – bo jeśli ktoś nie wie, czego właściwie szuka, to sama rezygnacja z ciepłej posadki na rzecz prowadzenia wycieczek w Karpaty czy obrośniętego legendą pasania owiec i tak go nie uszczęśliwi.
Ale wiem też, że mamy zupełnie inne doświadczenia zawodowe, inne priorytety, zupełnie inaczej wygląda nasza codzienność i będzie nam cholernie trudno dojść w tej sprawie do porozumienia.
I nie wykluczam, że bardzo się mylę.

W domu szumi pralka, ryczą Poluzjanci – naprawdę świetna jest ta płyta – leciutkie białe wino migocze w kieliszku, telefon piszczy co chwila, pachnie cynamonowe kadzidełko.
Nie za dobrze ci?…

Dzień, w którym pękło niebo

18 piątek lis 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 8 komentarzy

Dziś jest jeden z tych dni, gdy czuję się dobrze, wyobrażając sobie czyjąś głowę pod wodą i moje rączki przytrzymujące ją tam.
Żałuję, że nie umiem robić awantur, pokrzykiwać w wysokich rejestrach (no dobrze, to umiem całkiem nieźle, ale w innych okolicznościach), publicznie rzucać mięsem oraz ciężkimi przedmiotami, by wreszcie wskazać komuś, iż jego miejsce jest pod stołem, skąd powinien jękliwie przepraszać za grzechy, powtarzając przy tym, że śladów stóp moich niegodzien całować. Żałuję, że nie jestem wredną księżniczką. Żałuję, że odpowiadając piąty raz na to samo pytanie, nie sugeruję rozmówcy, by wziął swój rozmemłany umysł w troki i przestał zawracać mi bardzo przydatną część ciała.
Mogę najwyżej wymamrotać w rękaw parę przekleństw, zacisnąć zęby i pójść pobiegać lub wyszorować wannę szczoteczką do zębów, popijając przy tym musujące wino dla uspokojenia.

Ponadto źle jest, gdy jednego wieczoru zdarzają się dwa lub trzy koncerty, na które ogromnie chcielibyście pójść, więc koniec końców wściekli zostajecie w domu, bo nie możecie się zdecydować.
Oczywiście jeszcze gorzej, gdy zauważycie plakat tydzień po fakcie. Ale że w ocieraniu sobie łez jestem świetna, natychmiast pocieszyłam się biletem na inne wydarzenie oraz zaklepaniem wizyty u kosmetyczki. Jeśli już mam pracować do siedemdziesiątki, to muszę dbać o to, żeby się nie rozlecieć…

Szłam sobie ostatnio ulicą – to mi się dość często zdarza – a z naprzeciwka podążał Kiwi, osoba w moim miasteczku powszechnie znana.
I ku mojemu ogromnemu zdziwieniu skinął mi głową, po czym poszedł dalej.
To chyba dowód na to, że już mnie ten grajdołek na dobre wessał i mogę uważać się za tutejszą.
Od dawna nie pokazywałam się w miejscach umiłowanych przez śmietankę – aż zatęskniłam – więc musiałam mocno wryć się w pamięć parę lat temu. Trochę zrobiłam, żeby się wryć – paru bywalcom paru lokali, taksówkarzom, sąsiadom zapewne również. Dobrze chociaż, że już wyprowadziłam się z kamienicy, po której klatce schodowej zdarzało mi się wówczas biegać nocą w stroju mocno niepełnym. W ręczniku. Właściwie z ręcznikiem. Przyciśniętym do miejsc strategicznych, ale tylko tych z przodu.
Bo musiałam otworzyć gościom zacinające się drzwi na dole, a że akurat przebywałam w wannie i nie sama, to przeprosiłam mojego ówczesnego towarzysza, wielce przystojne zwierzę poznane zresztą w Pięknym Psie, złapałam ręcznik i poszłam.
Na pozostałe przeboje spuśćmy zasłonę milczenia, bo może niepełnoletni czytają.
Tak, ciocia była wesołą panienką.

Ech, gdybyśmy tak mogli zarządzać światem znad krakowskich barów…
Toż nad banią na politurze spotykają się tu wszyscy – artyści, media, korporacje, żołnierze. I Mikołaj.

I żeby jeszcze Bradley Cooper kiedyś zechciał na Sławkowskiej weekend spędzić…
Och, zamknij się.

Lepiej pójdę się pakować, choć cóż to za pakowanie, gdy zabiera się tylko podręczny bagaż. Pięć minut, resztę wieczoru można poświęcić na popijanie musującego wina.
(Wydrukowałam sobie mapkę, jak dojść do hotelu z Porte Maillot – no, ciekawa jestem bardzo. Ostatnim razem w Bolonii sugestie Google Maps zaprowadziły mnie pod mur, dosłownie).

I każdy grzech jak rdza roznosi się

06 niedziela lis 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 7 komentarzy

Niedobra noc, telefon wyłączony ze złości, a po włączeniu okazało się, że odpowiedzi nadal brak, nasuwa się zatem pytanie, po co dłużej ciągnąć rozmowy ze ścianą.
Okropne to, gdy przepadacie za kimś i jednocześnie nie możecie znieść tego, co zdarza mu się robić.

Niedobra noc, koło trzeciej wyrwało mnie z i tak płytkiego snu wycie strażackich syren. Schody się zawaliły w Kitschu. Toż to kwestia czasu była, ta rudera sprawia od dawna wrażenie stojącej tylko z przyzwyczajenia.

Wykopałam się rano z pościeli, wypiłam kawę, całkowicie wbrew nastrojowi włożyłam najdłuższe kolczyki i umalowałam mocno usta różowym błyszczykiem, i pojechałam na Targi Książki – sprytnie, bo tuż po otwarciu, gdy ogonek do kas formował się nieśmiało. Obiecywałam sobie po drodze, gdy autobus stał w korku na Moście Nowohuckim, że kupię tylko rzeczy najpotrzebniejsze, nie dostanę małpiego rozumu.
Nnno… Nie do końca mi to wyszło.
To jak z odgrażaniem się, że wychodzimy tylko na jedno piwo. Komuś się udało?

Zaczęłam od tego (Krzysztof Materna lądował w Nowym Jorku w kabinie pilotów, uchhh, nienawidzę go tak, jak grupy Szkwał). Następnie nabyłam to i to, jak również to, to i to (sześćset stron! ale bardzo mnie historia Rumkowskiego interesuje od pierwszej wizyty w Łodzi; kilkanaście stron wyrywkowo przeczytanych w drodze do domu każe się domyślać, że będzie to mocna, bolesna lektura). I jeszcze to.

Co roku nastawiam się na nie. Że nie pojadę, bo tłok, bo gorąco, bo kolejki, bo wciskają ulotki i gonią Bogu ducha winnego człowieka z mikrofonem, ale koniec końców zaglądam chociaż na godzinę. Mam dość blisko zresztą. Mieszczę się w kwadransowym bilecie.
I zawsze to dobry pomysł. Bo jestem wśród samych swoich, wszyscy są dla siebie mili, objuczeni kilogramami książek, uśmiechają się do siebie porozumiewawczo. Taka trochę inna planeta.
Zawsze, gdy widzę Annę Dymną, mam ochotę ją uściskać. Niebywale ciepłe uczucia we mnie wzbudza ta kobieta. Piękna jest pod każdym względem.
Marlena de Blasi miała niemożliwy makijaż i beret, no Włoszka, subtelność nie jest mocną stroną tego narodu… Ale najwięcej ludzi ustawiło się do Marii Czubaszek i Artura Andrusa, którzy chwilę wcześniej spokojnie pili kawę w “Pożegnaniu z Afryką”. Uważam, że słusznie się ustawiło, ja tę książkę już przeczytałam i… no właśnie. Zacytuję fragment. Poniekąd a propos mojej poprzedniej notki.
Ja prawie nie choruję. Jedyna rzecz, jaka mnie czasem dopada, to jest przeziębienie i to często bardzo silne. W takich sytuacjach ludzie zazwyczaj mówią: “Oj, żeby ktoś był w domu, żeby miał kto szklankę herbaty podać, żeby zapytał, jak się czuję”. A ja mam jak zwierzątka – jak jest chore, to się zwinie, i żeby nikogo nie było w pobliżu. Żeby nikt się nade mną nie użalał. Wolę być sama. Tak samo, jak słyszę, że ludzie mają potrzebę pobycia razem w nieszczęściu, podtrzymywania się na duchu. Oczywiście, że przeżywam, ale wolę w samotności.
(…) Babcia właściwie mnie wychowywała. Jej śmierć mocno przeżyłam. Pamiętam, że kiedy umarła, siostr
a i mama jakoś tak od razu razem, a ja uciekłam do małego pokoiku obok kuchni i siedziałam sama. Nie płakałam. Przeżywałam, mówiłam sama do siebie, czasem nawet używając mocnych słów… Ale nie potrafię tego pokazywać. Może ktoś nawet sobie pomyśleć, że zimna jestem. A to nieprawda.
Te zdania doskonale do mnie pasują, bo ja też taka jestem.

Pamiętam, jak – dawno temu, zaraz po tym, jak się poznaliśmy – opowiadałam gadule o miejscu, w które chciałabym pojechać, ale nie mam z kim.
– To jedź sama – odparł. – Ja często tak wyjeżdżam. Może czasem nie ma z kim pogadać, ale to właściwie nie problem. Wolę sam.
– Dlaczego? – zdziwiłam się.
– Bo ludzie… – zamyślił się – mówią za dużo.
Spojrzałam na niego ze zdumieniem. Wtedy jeszcze kojarzył mi się z nieustającym strumieniem świadomości. Dopiero później przekonałam się, że umie zamilknąć na długie minuty i być w tym milczeniu zupełnie nieinwazyjny, ot, po prostu oddaje się swoim bardzo prywatnym refleksjom albo podziwia widoczki; a gdy nie macie ochoty mówić, to też możecie ucichnąć i będzie to bardzo komfortowy stan, nieprzerywany pytaniami ani niepewnymi spojrzeniami w waszym kierunku. Na palcach jednej ręki mogę policzyć znane mi osoby, które tak potrafią. Znam za to wielu, którzy by się obrazili, bo tę wrodzoną potrzebę samotności odbierają – zupełnie niepotrzebnie – osobiście, nie pojmując, że takie zachowanie nie oznacza wcale, że ktoś ich nie lubi albo się nimi znudził.

Za oknem impresjonizm, czyste niebo, rdzawe liście. Na kopcu Krakusa (kwadrans spacerkiem mam; niestety moje okna wychodzą na przeciwną stronę miasta, czyli elektrociepłownię) tłumy i wcale im się nie dziwię, w taką pogodę pewnie Tatry widać.
Co tam Tatry. Dwa razy w roku ze szczytu tego kopca można zobaczyć, jak słońce wschodzi dokładnie nad kopcem Wandy. Widocznie dawni Słowianie (lub też Celtowie, według innych teorii) mieli swoje powody, by je tak usypać. Niestety do tej pory nie udało mi się zwlec w łóżka w środku nocy, żeby ten spektakl zobaczyć.
Teraz kieliszek białego wina smakującego letnimi owocami i nowa płyta Poluzjantów, wielkie nieba, jaka dobra.

Toy soldiers

25 wtorek paź 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 12 komentarzy

Mój jakże ulubiony agent Tomasz znowu w akcji.
Jak ja nie znoszę małostkowych facetów. Nie cierpię, gdy ego przesłania klasę i umiejętność przyjęcia pewnych prawd czy gorzkich komentarzy na klatę – nawet, gdy trudno się z nimi zgodzić.
Jeżeli człowiek idzie na świecznik, marzą mu się bankiety, flesze i wywiady, a tym bardziej jeżeli skusiło go stanowisko, na którym zatrudnia nikt inny, jak społeczeństwo – to powinien chyba jednak dopuszczać do siebie myśl, że komuś może się nie spodobać, że ktoś go surowo oceni.
Żeby od razu do sądu biegać w histerii? Litości.

Inna rzecz, że lata upłyną, zanim rzeczony – jeśli w ogóle – stanie się choć w połowie takim autorytetem, jakim dla wielu jest kobieta, którą pozwał.

Mam niezbite wrażenie, że na świecie coraz więcej jest mężczyzn, których w pionie trzyma nie kręgosłup moralny, ale rozdęta miłość własna.
No chyba, że to ja jestem coraz bardziej cięta…

Poza tym – mokro, mgliście i zakorkowanie. Znowu mamy najbardziej morowe powietrze w kraju (ot i proste wyjaśnienie mitycznego krakowskiego spleenu, tu są wszystkie normy przekroczone, a lokalsi łażą lekko podtruci). Do skrzynki spływają mi na nowo skróty wątków z listy dyskusyjnej o sportach zimowych. Co najgorsza, przeprosiłam się z piżamą.
Zimę przyjmę z godnością, tylko jesień już mi się dłuży. W desperacji rozważam przedłużenie rzęs.

Am I original, am I the only one?

08 sobota paź 2011

Posted by porta celeste in Kraków

≈ 4 komentarzy

Spódniczka w stylu ‘zapomniałam spódniczki’, znów o jedną wysłaną wiadomość za dużo, nowy błyszczyk wściekle drogi, ale jaki piękny na ustach, za oknem śnieg z deszczem, bieg przez kałuże w baletkach i zwiewnych plisach, nerwowe łypanie w telefon, aż wreszcie kliknięcie ‘wyłącz’ i niecenzuralna odpowiedź na pytanie Androida, ale czy na pewno. Ogień w kominku, rumieńce, spódniczka w garści, śmiechy i łzy w rękaw, małe miasto i mały kraj, otóż brat znajomego parającego się sztuką bardzo wysoką przypadkiem też jest paralotniarzem i ma na twarzoksiążce piękne uśmiechnięte zdjęcie z przerzuconym przez ramię skrzydłem ściągniętym w kalafior.
Piwo z browaru Grybów, przytulny stolik, Kings Of Leon z głośnika, zezowanie na lokatego młodzieńca przy barze, bo nawet przy minus sześciu dioptriach przydługi męski pukiel dostrzegam z daleka i w ciemnościach.
Trochę mam ochotę na romans jakiś poboczny, ale spuszczam te myśli po brzytwie.

Jutro do loży masońskiej.
(Bo wiedzą państwo, że w tych wielkiej urody wnętrzach na Sarego, obecnie sali teatralnej, urzędowali masoni?).
Mam nadzieję, że mnie sponiewiera, bo potrzebuję.

Słyszeliście o Miśku?
Rano o nim mówili w Klinice Zdrowego Chomika i zainteresowałam się bardzo.
Piękna historia.
Jestem psiarą. Od dzieciaka z psami hodowana. Każdego brytana muszę podrapać za uchem, wytarmosić, podać mu dłoń do obniuchania, spojrzeć w zachwycone brunatne oczy. Wiem, że te stworzenia mają niebywale pojemne serca. Mają też wybitny zmysł pomocy, opieki nad kimś słabszym.
Wkurwiam się niemożebnie, gdy słyszę, że psy są głupie, że agresywne. Głupi i agresywni są właściciele.
Bardzo bym chciała mieć zwierzątko – na razie mam pająki na balkonie – i choć tryb życia kieruje mnie raczej ku kotu, marzę o psie. Gdy zarobię na kawałek ziemi, przygarnę parę takich gamoni. Albo i zajmę się dogoterapią, co zawsze sobie po cichu obiecywałam, gdy sądziłam, że z dziennikarstwem to już nie wypali. Trochę się pośpieszyłam z tym sądzeniem.

← Older posts

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.