• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Sex, drugs & rock’n'roll

35 064

29 wtorek maj 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 1 komentarz

Obudziłam się dziś o trzeciej w nocy – choć na dobrą sprawę żadna to była noc, słońce wstawało, a ptaki koncertowały głośno. Wstałam przed budzikiem, posnułam się po moim przepastnym apartamencie, wypiłam herbatkę, wytłumaczyłam sobie, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia i wmusiłam w siebie skąpego pomidorka.
Uśmiechnęłam się do rozczochranego stworzenia w lustrze i pomyślałam: o rety.
Cztery lata temu – bez jednego dnia – było dokładnie tak samo. Ptasie trele nad ranem, bezsenność, ściśnięty żołądek.
A jednak te dwa obrazki czymś się różnią.
I to jaskrawo.

Życie przedziwnie się plecie. Zresztą może plotę je w ten sposób sama. Trudno tylko czasem uwierzyć, że sprawy dzieją się, bo mniej lub bardziej świadomie je popychamy – a nie dzięki interwencji palca bożego, przeznaczenia, układu gwiazd. Często nie rozumiem mechanizmów rządzących tym, jak ludzie w ogromnym świecie na siebie trafiają, zupełnie wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa. Ani tego, jakim cudem takie przelotne błyski zadomawiają się w naszym życiu, jakby mieszkały w nim od zawsze – choć przecież żyliśmy bez nich całkiem nieźle. Tylko jakoś trudno sobie to przypomnieć.

Tymczasem lody, książka i sen, w takiej właśnie kolejności. Trzeba mi chwilkę odpocząć…

On a wing and a prayer

19 sobota maj 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 7 komentarzy

Od paru dni mdli mnie dotkliwie, cokolwiek zjem lub wypiję.
Przypuszczam, że to moje niesławne jelita znów zastrajkowały, znane są wszak ze spektakularnych fochów – niemniej lekarka, walnąwszy mnie parę razy pięścią w brzuch, zaleciła mi test sobie zrobić.
Na liście najmniej lubianych przeze mnie rozrywek ta zajmuje jedno z czołowych miejsc. Nie znam zresztą kobiety, która przepada za siedzeniem na brzegu wanny przez długie sekundy i tłumaczeniem sobie, że te nerwy to zupełnie niepotrzebne. Matka natura powinna była opracować to tak, żeby było wiadomo od razu, hm, po fakcie.
(Może powinna rozbrzmiewać triumfalna muzyczka jak w Ryanairze po wylądowaniu o czasie – przepraszam za skojarzenie dość niskich lotów).
Doprawdy, pomyślę o tym w poniedziałek, tymczasem zamierzam nasłoneczniać się w zacnym towarzystwie Colina Thubrona.

Poza tym – niby nic nowego, niby nic się nie dzieje (i nie stanie się nic aż do końca), a ile się dzieje. Takie drobiazgi, które sprawiają, że gapię się z rozdziawioną buzią i nie dowierzam w to, co usłyszałam przed chwilą.
Gdyby to tylko mniej rzucało się na mózg i nie sprawiało, że człowiek przez godzinę czyta jedną stroniczkę, wychodzi z domu, zapominając kluczy, a pisać to już wcale nie potrafi… Jestem bezproduktywna, mam tępawy wyraz twarzy, komórki mózgowe mi się uskrzydliły, ale wszyscy wiemy, że człowiek może być albo twórczy, albo szczęśliwy.

Jak sen o spadaniu

20 piątek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 5 komentarzy

Tagi

Katanè

Ogarnij się, wróć na ziemię, zetrzyj z twarzy bezwiedny uśmiech, przestań zachowywać się, jakby nic innego nie istniało, wydymać lekceważąco usta, gdy ktoś mówi o brudnej rzeczywistości, gdy próbuje ściągnąć cię za nogę na beton. Sfruń ze swojej małej planety, wirującej wokół bardzo jasnego słońca z długimi rzęsami i najbardziej niebieskimi oczami, jakie widziałaś; odłącz się na chwilę od tego pobudzającego prądu. Wyjmij z odtwarzacza płytę, którą od lat zajeżdżasz w tych samych okolicznościach przyrody. Nie gap się przez długie kwadranse na cumulusy przepływające za oknem. Przestań czuć ten zapach na skórze. Przestań nasłuchiwać głosu przez sen. Otrząśnij się. Zimny prysznic weź. Zacznij się wreszcie pakować.
Bo to nudne i przesłodzone, moja panno. Ile można.

Trochę się wzdycha, że tak powinno być codziennie, ale dobrze się wie, że byłoby to ogromnie trudne. Człowiek by się spalił. Nie wytrzymałby tak intensywnych emocji.

– To chyba jednokierunkowa ulica, prawda? – pyta taksówkarz.
– Niestety nie wiem.
– O, myślałem, że do domu panią przywiozłem.
W pewnym sensie owszem, do domu.
I w pewnym sensie owszem, ta ulica jest jednokierunkowa.
Już nie da się zawrócić.

Ale spoko wodza, proszę państwa, już nie będę wylewać tutaj pikantnego lukru. Od niedzieli zamilknę bowiem na dwa tygodnie, chyba że uda mi się gdzieś dorwać Wi-Fi (gwoli ścisłości – nie zamierzam go szukać, na wakacjach komputer to samo zło).
Mam nadzieję, że w żadną stronę nie będzie tak. Gdybym ucichła na dłużej, piszcie na Szeremietiewo.
(Wygląda na ździebko większe od mojego, ekh, salonu, niemniej wolałabym tam nie utknąć).

Sycylijczycy na Sławkowskiej znowu mają biszkoptowe lody. Zwykle jestem najwyższa w kolejce – o metr wyższa od pozostałych tłoczących się przy ladzie – ale kocham. Kosztem obwodu w talii kocham.

Do klasztoru ci zbiegnę lub innemu ulegnę

17 wtorek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 11 komentarzy

Jęczy, że on nie dzwoni, że nie odbiera telefonów, zapadł się pod ziemię, jakby nigdy go nie było. Załamana rwie włosy z głowy, bo przecież taki był cudowny, tak pięknie się układało i nagle poszedł w diabły.
– A ile razy dzwoniłaś?
– Siedemnaście.
Auć.
Słucham i walczę ze sobą, bo z jednej strony doskonale rozumiem ból nerwowego wyczekiwania, dobrze pamiętam mój ostatni raz i wiem, że skuteczniejszej diety odchudzającej nie ma, z drugiej – nie rwałabym się do dzwonienia, z trzeciej natomiast konsekwentne ignorowanie mojego dobijania się byłoby dla mnie aż nadto czytelnym znakiem. Teraz. Kiedyś niestety bywało inaczej. Wolałabym nie pamiętać, jak świrowałam, gdy mój niegdysiejszy narzeczony oznajmił, że niniejszym wycofuje się z dalszej zabawy i wraca do byłej. Zamęczałam chłopa rozpaczliwymi próbami zwrócenia na siebie uwagi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że miałam wówczas 21 lat i głębokie przeświadczenie, że moje życie właśnie się skończyło. Przeświadczenia owego dość szybko się wyzbyłam. A histeryczne zabiegi były nieskuteczne, bo inne być nie mogły. Nie lubię nawet wspominać tych ponurych dni, gdyż sceny, jakie wówczas odprawiałam, były bez dwóch zdań żenujące.
Delikatnie rzecz ujmując, trochę się pozmieniało. Albo też zostałam twardo wychowana. W każdym razie z namolnej wariatki udało mi się ewoluować w kobietę o prawie nieskończonej cierpliwości i dużym luzie. Nie zadzwoni dzisiaj? Wielkie mecyje, to zadzwoni jutro.

Nie mam nic przeciwko inicjatywie. Nie znoszę idiotycznego powiedzonka o pułapce goniącej mysz i XIX-wiecznego przekonania, że to mężczyzna ma uganiać się za nami, bo nam nie wypada gonić jego, wszak rolą księżniczki jest oczekiwanie, aż gamoń z różą w zębach padnie do stóp. Mojej głowy korona nie trzyma się zbyt dobrze, więc w moim małym ksiąstewku czasami łapie się za telefon, zamiast czekać przepisowe trzy dni, tydzień, dwa i w tym czasie ogryźć sobie z nerwów palce do kości. Ale to coś zgoła innego niż kurczowe uczepianie się czyjejś nogawki, nieustające przypominanie o swoim istnieniu, rozpacz i fochy po kilku dniach milczenia.
I czy nie przyjemniej kupić sobie litr cynamonowych lodów albo oddać kąpieli w towarzystwie kieliszka wina i kojącej płyty, paznokcie sobie zrobić, polecieć na miasto, zamiast nakręcać się, że oto mija 49. godzina i nic?… Wiem, łatwo mi mówić, mam wprawę i święty spokój w temacie zarazem.

Idzie sikawica

16 poniedziałek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 8 komentarzy

Nad ranem, gdy już jasno, usypia mnie miarowy szum deszczu i przyjemne uczucie, że wszystko jest tak, jak powinno być. Wciskam nos w wymęczoną poduszkę i prawie czuję czyjś gorzki zapach.
Mnóstwo u mnie ostatnio silnych emocji, chodzę niezbyt wyspana i trochę otępiała w związku z tym, ale w tym szaleństwie odnajduję spokój. Bo to same dobre emocje. I gdyby kto wziął je pod lupę, zauważyłby, że to nic wielkiego w gruncie rzeczy – czyjś rozkoszny strumień świadomości w siedmiu esemesach wysłanych wieczorem jeden po drugim, obietnica pościelowych uciech, rozbrajający, trochę dzieciacki śmiech w słuchawce, żarty, których nikt inny nie zrozumie. Uwielbiam, jak sprawnie odczytuje sygnały, łamie kody, reaguje na jedno skąpe słowo właśnie tak, jak miałam nadzieję, że zareaguje. I wiem, że jego też to bawi; nieczęsto spotykamy ludzi myślących w tym samym kierunku.

Chyba się starzeję, droga redakcjo. Jeszcze nie tak dawno nęciło mnie uderzanie o skaliste dno, emocjonalny korkociąg i ostre pikowanie w dół. Lubiłam przekonywać odbicie w lustrze, że neurozy są cool, że to właśnie jest prawdziwe życie, na granicy wytrzymałości ciała i rozumu. Teraz widzę, że było to, droga redakcjo, zajebiście durne. Owszem, człowiek uczy się dzięki upadkom, trzeba tylko wyciągać z nich wnioski i pamiętać – tamtędy nie już nie pójdę, bo lawiniasto, tego nie dotknę, bo się poparzę. Ale jeśli rzeczony człowiek ciągle, apiat’ od nowa z żelazną konsekwencją rzuca się z tych samych urwisk, w ten sam ogień, no to…

Gdy wyłączam budzik, za oknem nadal ulewa. Szarpię się z futryną, wreszcie wyciągam ręce, żeby trochę mnie zmoczył ten deszcz. Nie mogę uśmiechać się bardziej, bo pękłyby mi policzki.

Za tydzień będę już w drodze na lotnisko. Na pierwsze z sześciu lotnisk w tej podróży.
Dziwne, dopiero bilet kupiłam. Ciągle pamiętam to leniwe kliknięcie i gwałtowny wzrost ciśnienia, gdy chwilę później w mojej skrzynce pojawił się e-ticket wystawiony na moje nazwisko. FCO-NRT-CDG, magiczny język skrótów uruchamiających wyobraźnię. Od tamtej pory przeczytałam od deski do deski kilkadziesiąt blogów, półtora tysiąca stron w przewodnikach, przeorałam fora internetowe, uzupełniłam wiedzę o liczne absurdy – a na tydzień przed wyjazdem nie wiem absolutnie nic. Czuję się nieprzygotowana. Oglądam mapę tokijskiego metra i śmieję się nerwowo. Uruchamia mi się cykor.
– Nie wiem, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jaka jesteś odważna – mówi moja przyjaciółka. – Większość ludzi w życiu nie wypuściłaby się samotnie tak daleko.
Wzruszam ramionami. Nadarzyła się okazja, więc z niej skorzystałam, to wszystko. Nie wiem, czy to akt odwagi. Ja po prostu robię to, co zrobić zawsze chciałam.
Inaczej do końca świata plułabym sobie w brodę.

Wczoraj się wkurzałam na góralszczyznę, to dziś pochwalę, bo w ździebko innym składzie i pod inną nazwą wróciły moje ukochane dźwięki.

His voice was cloves and nightingales

10 wtorek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll, Z mej książeczki kart

≈ 3 komentarzy

Telefon to ostatnio ważne dość narzędzie w moim życiu, choć nigdy takie nie było – czego dowodzi fakt, że uzbierałam sobie 700 zaległych minut do wykorzystania.
Dzwoni, gdy spod prysznica biegnę do łóżka, z nadzieją na długi sen. Jeszcze nie wiem, jak bardzo naiwna to nadzieja.
– No? – słyszę. – To co mi powiesz?…
Siadam tam, gdzie się zatrzymałam, bo od zmysłowej melodii głosu w słuchawce, brzmiącego trochę jak wiolonczela, kręci mi się w głowie. Jakby mi się gorący miód wylewał na skórę.
Dziwi mnie własny śmiech, zupełnie inny niż zwykle, jaśniejszy, wyższy, jakoś go więcej. Ktoś przysłuchujący się z boku orzekłby pewnie, że głupawy ten śmiech.

Zachodzę w głowę, co wydarzy się dalej. Staram się nie myśleć za dużo, zająć czymś, skierować szalejącą energię w innym kierunku, ale to bardzo trudne. Nie potrafię się skupić, niewiele mnie obchodzi. Dostanę pewnie po uszach za to uciekanie w fantazje, ale nie dbam o to.
Odsłonięta, z wszystkimi emocjami na wierzchu i całkowicie rozebrana ze wstydu czuję się zdumiewająco dobrze, jakbym zrzuciła z siebie gorset, który mnie ciasno krępował.

Po trzech dniach czytania, tarmoszenia psów, długich rodzinnych rozmów o korzeniach (a mam ciekawsze, niż sądziłam – muszę ojca wziąć na długie spytki), wystawiania twarzy do słońca, jedzenia, jedzenia oraz jedzenia jestem – nazwijmy rzeczy po imieniu – opasła. Obiecuję sobie solennie, że od teraz jedynie zielona herbata i ewentualnie jeden sucharek. Tygodniowo.
Wiodąc przez tych kilka dni szczęśliwy żywot kanapowca pochłaniającego pięć tysięcy kalorii na dobę, przerobiłam Wielki bazar kolejowy – i muszę przyznać, że jestem zachwycona, takie pisanie o podróży to ja lubię. Bez wyliczanki odwiedzonych miejsc, bez rozwlekłych opisów tego, co za oknem – takie, którego najważniejszym bohaterem jest podróżowanie samo w sobie i ludzie spotkani po drodze. Zabawni, wzruszający, wkurwiający czasem. To jest najlepszy obraz świata.
We Wracając do moich Baranów obok znanych i lubianych nazwisk piwnicznych znalazłam również nazwisko ojca mojego kolegi ze studiów, a parę stron dalej kolejne, tym razem przodka znajomego z poprzedniej pracy. Grajdołek, mówię przecież.
Bez nowego Stasiuka obyć się nie mogło, więc po drodze na dworzec wbiegłam do księgarni, zgarnęłam i wybiegłam. Grochów jest książką cieniutką, ale tak poruszającą, że trudno przeczytać tak sobie, w autobusie, w poczekalni, przy porannej kawie z mlekiem, przekartkować pośpiesznie, żeby dopisać do listy przeczytanych w 2012, po czym zamknąć i pójść dalej. Proste zdania, niedługie, za to trafiają celnie w bolesne wspomnienia.

Авось

06 piątek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll, Teatr

≈ Dodaj komentarz

Zgubiłam telefon.
Ale nie tak normalnie, po bożemu – w knajpie, w przymierzalni. Nic z tych rzeczy.
Zgubiłam go WE WŁASNYM DOMU. Na własnych 37 metrach kwadratowych, a dokładniej w sypialni.
Wszystko przez wczorajsze świńskie dialogi po nocy. Chciałam tylko podzielić się wrażeniami z ostatniej lektury i poszło. Moje najciemniejsze, najbrudniejsze, najgłębiej poukrywane ciągoty zostały ze mnie wywleczone, przedyskutowane od lewa do prawa i przeanalizowane pod kątem możliwości realizacji. Powinnam sobie wyszorować język mydłem, a następnie wypić szklankę soku z cytryny (jeśli znacie brzydki dowcip o zakonnicy…). Rzecz jasna zasnęłam z telefonem w garści, a gdy po czterech – wzdych – godzinach gromko zaryczał budzik, telefonu nie było. Znikł jak one night stand. Przeryłam pościel, zajrzałam pod łóżko, prawie tam wlazłam z narażeniem życia – nie ma.
Nie wiem, zjadłam go przez sen czy jak. Skoro człowiek zjada w ciągu życia ileś kilogramów owadów, śpiąc…
Szukałam, szukałam, a gdy uciekł mi piąty tramwaj – zrezygnowana opuściłam kwaterę bez telefonu. No i znakomicie. Cały świat może do mnie wydzwaniać, banki nie banki, zarządcy domu, ubezpieczalnie, pokaż SMS przy kasie, wystawiono fakturę, przypominamy o wizycie – proszę państwa, mogą mi państwo dziś naskoczyć.

Nastrój mam o, taki.
I oczywiście wyglądam jak sterany życiem buldog.

Znalazłam wczoraj na jutubie Ocean niespokojny i obejrzałam w emocjach. Byłam na tym przedstawieniu, gdy miałam bodaj 15 lat – bardzo szybko zeszło z afisza, a mnie się ogromnie podobało, bo było takie… dziwaczne. W niczym to nie przypomina zachodnich rock-oper; to radzieckie dzieło, zresztą wystawiane grube setki razy. Cała ta pokręcona historia – prawdziwa zresztą – o dwóch okrętach wyruszających na podbój Ameryki, śpiewy jakby cerkiewne, religijne nawiązania, jurodiwy podążający za bohaterem jak szalony cień, oniryczna scena z Matką Boską (proszę się nie przerazić w chwili, gdy ona zaczyna śpiewać, to jest głos trochę nie z tej ziemi) – piękne. Chciałabym, żeby gdzieś to ponownie wystawili.
No chyba, że…
Nie, aż takiej turystyki teatralnej na razie uprawiać nie będę, za dużo zachodu z Rosją (właściwie to wschodu). Póki co będzie musiała wystarczyć wyprawa w śląskim towarzystwie do Bielska – bo afera zrobiła się taka, że nie ma co, trzeba zobaczyć.

Then you’ll find your servant is your master

05 czwartek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 4 komentarzy

Czytelnym znakiem tego, że zbliża się Wielkanoc, są kolejki przed cukierniami. Zza mijanych drzwi wionie lukrem i kajmakiem, aż chciałoby się wejść i wskazać paluszkiem – poproszę to, to i to, i trochę tego też, i tamtego jeszcze kawałeczek… albo może dwa. Objeść się po uszy, po czym leżeć z mdłościami od nadmiaru słodyczy i zachwycać urodą życia. Taki właśnie mam plan.
Mimo depresjogennej pogody chodzę cała uradowana, że powietrze już inaczej pachnie, pąki na drzewach, wieczorami słucham rzęsistych ulew, osłabione długą zimą życie towarzyskie nabiera rumieńców, flirtuję niedyskretnie z apetycznymi młodzianami – naganne, ale jakże zdrowe – i mój wyżyłowany, wymęczony motorek pobzykuje z większą werwą.

Nabyta wczoraj – przypadkiem, można by nawet powiedzieć, że niechcący – skórzana sukienusia (bo sukienką nazwać tego nie można, za mało jej) raczej nie pomoże w oczyszczaniu myśli; chyba jeszcze bardziej je zabrudzi. Zamierzam ją przetestować i zobaczymy, jak szeroko otworzą się oczy obiektu badań.
Zawsze mnie to dziwiło – to, jak łatwo w sprawach, w których podszeptów rozumu słucha się mniej chętnie niż lędźwi i/lub serca z myśliwych zmieniamy się w zwierzynę łowną, z uległych w bestie i odwrotnie. Próbujemy kogoś owinąć wokół palca, nie zauważając, że sami już jesteśmy owinięci. Zarzucamy sieć i sami się w niej plączemy. Obsadzamy się w głównej roli w czyichś fantazjach, spychając głęboko osobiste zahamowania. A później okazuje się, że nasze fantazje stały się podejrzanie podobne.
Ostrożnie trzeba grać. Ale trzeba grać.

Piosenka, której kawałek ukradłam do nagłówka, jest oczywiście państwu dobrze znana i jest też w ścisłej czołówce moich ulubionych – nie wyobrażam sobie nie mieć w domu płyty The Police, to jakby łyżki nie mieć. Nie wiem, czy wiecie, ale ten klip nakręcono bez najmniejszego lumenu sztucznego światła, tylko przy świecach.

XX

08 czwartek mar 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 4 komentarzy

Na progu zrzucam buty. Zapalam świece, wrzucam do przysadzistej szklanki lód w nagrodę za trudy tygodnia. Opadam na fotel i w myślach podsumowuję minione godziny. Merlin wyczyszczony z płyt bluesowych w promocji – ileż razy macałam w sklepie Marsalisa z Claptonem, obiecując sobie, że gdy tylko premię dostanę… Zamówiony Japan Rail Pass (a więc to dzieje się naprawdę) i bilet na Ryszarda; w wazonie tulipany od kolegów i pana z banku.

Dzień jak cukierek. Nie uważam go za relikt minionej epoki ani za męski wyrzut sumienia. Nie widzę sensu w uprawianiu zabawnych bojkotów i upartym podkreślaniu, jaka to żenująca szopka, bo ten nieszczęsny goździk nikomu krzywdy nie robi, za to ktoś może się uśmiechnie. Owszem, nie obchodzę walentynek, sylwestry wolę spędzać w łóżku, ale nigdy nie czułam potrzeby udowadniania reszcie świata, że moja racja w sprawie świąt jest najmojsza. Jeśli komuś przyjemnie świętować, na zdrowie.
Lubię ten dzień, bo jest znakomitą okazją, żeby zrobić coś miłego dla siebie samej; siebie samą docenić. Przez parę godzin nie musieć nikomu niczego udowadniać. Powiedzieć sobie komplement, mrugnąć do odbicia w lustrze i westchnąć, że niebywały cud Panu Bogu wyszedł, kupić nową torebkę, dać zaangażowanego buziaka przystojnemu koledze z biura wręczającemu badylek.
Właściwie to powinnyśmy częściej o tym pamiętać. Nie oszczędzać uśmiechów na jeden dzień. Cieplej o sobie myśleć. Łagodniej.

Nie zdarzyło mi się jeszcze żałować, że urodziłam się kobietą – a znam dziewczyny, które mają do losu wielkie pretensje o swoją płeć. Nie zawsze jest łatwo. Nie jestem ślepa na ciemniejsze strony. Czasami boli i wkurwia. Mimo wszystko za żadne skarby nie chciałabym być kimś innym. Wierzę w babską moc, w nasze czary. Osobistą kobiecość lubię i akceptuję w całości – choć, jeśli mam być szczera, nie zawsze ją rozumiem.
Nigdy nie marzyłam, by przez godzinę być mężczyzną (mogę sobie zresztą wyobrazić, co bym wtedy robiła…). Zresztą ba, w pewnym sensie przez chwilę byłam. Miałam wtedy osiem lat, rodzice zawozili mnie do sanatorium. Parę dni wcześniej obcięli mi włosy na zapałkę. W przerwie podróży fiatem 125p, z taką właśnie śmiałą fryzurą i w koszulce z Melo-Śmiaczem wparowałam do toalety publicznej, a tam pani bramkarka rzekła:
– Chłopczyku, ale to jest ubikacja dla pań!
Dotknęła mnie do żywego, obraziłam się na cały świat i od tamtej pory nie wychodzę z domu bez kolczyków.

Kreple

17 piątek lut 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 16 komentarzy

Co tam walentynki. Nuda, panie. Tłusty czwartek to zupełnie inna sprawa, naprawdę ważne święto. Co roku obchodzę je z wielką pompą (stali czytelnicy wiedzą, że pączki to ja mogę pochłaniać kilogramami, choć zazwyczaj staram się nie), a wieczorem leżę, zdycham z przeżarcia, biję się w piersi i solennie obiecuję, że już nigdy.

W księgarni ona do niego:
– O patrz, Szymborska. Kurcze, zafoliowana. Bez sensu, człowiek kupi, przyniesie do domu i się rozczaruje.

Skończyła mi się ulubiona kawa, kończy krem do powiek, a jedno i drugie na gwałt mi dziś potrzebne.
Do pierwszej w nocy szalało się z panem i władcą. Jak zwykle, trochę niegroźnych przekomarzanek, łapania się za słówka, bawienia dwuznacznościami, niby nic, niewinne ćwiczenia z ciętości języka, a nagle biustonosz na żyrandolu. Jak zwykle, nie mogłam później zasnąć i tylko drzemałam płytko. O wpół do czwartej zrobiło mi się gorąco i podreptałam uchylić ukradkiem okno. O piątej łopata gospodarza jęła szurać po chodniku, torując przejście w zaspach. O szóstej poddałam się i wstałam na herbatkę.
Zazdroszczę facetom. Zasypia taki na rozgwiazdę i żadne łaskotanie, podskakiwanie ani odpalanie młota pneumatycznego go nie rusza.
A mam wolne.
Idę do kina – na dwa seanse zresztą – to może trochę odeśpię.

And our little life is rounded with a sleep

15 środa lut 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 2 komentarzy

Trzeba być mną, żeby w środku wieczornej śnieżycy wybrać się do domu okrężną drogą, bo tak pięknie, bo płatki wirują, a świat cichnie i łagodnieje. Byłoby wspaniale, gdybym wcześniej zorientowała się, że będę szła pod wiatr.
…
Ale i tak mi się podobało. Lubię śnieg na rzęsach.

Mark Lanegan w marcu gra w Warszawie i jestem z tej przyczyny bardzo smutna, bo gdybym postanowiła się wybrać, to musiałabym chyba ciałem zapłacić. Podobnie sprawy się mają z krakowskimi koncertami, które nęcą mnie z plakatów. Tylko w przyszłym tygodniu Deriglasoff i Poluzjanci. Serce mi pęka, a portmonetka niestety wprost przeciwnie, zapadła się w sobie. Jeśli już umyśliłam sobie podróż na koniec świata, będę musiała tymczasowo schamieć, innej rady nie ma.

O dalszych orgazmach – Bat For Lashes na Open’erze, Sigur Ros z Kronos Quartet na Sacrum Profanum – już nawet nie myślę, tylko zastanawiam się po cichu, gdzie można spotkać arabskiego szejka na wydaniu.
A najbardziej mnie kręci Słownik Chazarski, podobno to oszałamiające przedsięwzięcie. Sam pomysł, żeby taką literaturę na scenę zaadaptować, to z motyką na słońce i tym razem motyce się udało, sądząc po recenzjach. Cóż. Późną wiosną wskoczę w pociąg, mam nadzieję.

Wiecie, nawet gdy płaczę przed afiszem z żalu, że mnie niekoniecznie stać, że praca nie pozwoli, że coś tam – to i tak cieszę się, że w naszym zaśnieżonym kraju coraz trudniej się nudzić. Trzeba bardzo się postarać, żeby narzekać, że nic się nie dzieje.

Sny zupełnie niezimowe, ekscytujące i tylko się zastanawiam, dlaczego śnię o człowieku, z którym właściwie nic mnie nie łączy, znam go bardzo słabo, widuję rzadko, ale zwykle nie mogę oderwać od niego oczu, choć bardzo się staram. Raczej o nim nie rozmyślam – natomiast śni mi się często, intensywnie, to nie są romantyczne historyjki, ale serie wyrazistych obrazów bardzo dla dorosłych. Mocne, mięsiste, brzydkie. Zmysłowość z gatunku uderzającej w twarz, nie głaszczącej po włosach.
I cóż pan na to, doktorze Freud.

Sny są bezpieczne – ale wiem, że gdyby poza nimi nadarzyła się okazja, to bym z niej skorzystała, nie oglądając się na nic. Własne zobowiązania głęboko do kieszeni, cudze jeszcze głębiej. I nie – nie jest mi wstyd, że nachodzą mnie takie myśli. Wzorem cnót bywam od 9 do 17, później kręgosłup gwałtownie mi mięknie i wygina się w kierunkach, które akurat mu się podobają.
Życie bez pieprzu owszem, da się przełknąć, ale przecież nie o to chodzi.

Odchodząc, zabierz mnie

03 piątek lut 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ 5 komentarzy

Szłam rankiem do pracy i radio podało wiadomość, która mnie zmroziła bardziej niż małopolskie -13 stopni. Stacja ogólnopolska, nazwę pomińmy. Wiadomość dotyczyła włoskich pomysłów marketingowych i brzmiała jak następuje. Sobie zapamiętałam.
Przychodząc do restauracji w samych majtkach, kolacja jest gratis.
Brawo.
Parafrazując – dobrze, że słuchając newsów podawanych po polskiemu, nie przejechał mnie autobus. Bue.

Dziwacznych snów ciąg dalszy. Jednej tylko nocy przyśniły mi się wyścigi ślimaków – bardzo a propos pewnej sfery mojego życia – a ponadto kupiłam sobie mieszkanie na Salwatorze, z pięknym widokiem na przyrodę (och, daj Boże milion albo dwa!), a pan i władca wydał pasjonującą autobiografię, w której wspominał o swojej karierze muzycznej w latach 70. Był już wtedy na świecie, ale miał około metra wzrostu, więc przypuszczam, że wątpię, by robił karierę inaczej niż w rajstopkach i z tamburynem na przedszkolnych jasełkach.

Przyśniło mi się też, że brałam udział w dość dziwacznym przedstawieniu, które rozgrywało się wśród publiczności i w jego ramach piłam wódkę (ze szklanek…) z moim jakże ulubionym aktorem, gapiąc się w jego zielone oczy. Byłam bardzo rozczarowana, gdy pisk budzika wyrwał mnie z tych bachanaliów.

Tym sposobem mogę płynnie przejść do ostatniego tematu.
Wszyscy dookoła się zakochują albo przynajmniej czują lekką miętkę. Odrobinę zazdroszczę. Znalazłoby się na tym łez padole kilku mężczyzn, do których mam słabość i gdyby mi zaproponowali oglądanie znaczków, to bym spiekła raczka w zachwycie, niemniej jest ich kilku, a ja zakochuję się bardzo rzadko i opornie. Zawsze podziwiałam kobiety, które po dwóch miesiącach od zakończenia jednego związku już siedziały w kolejnym. Dla mnie to niewykonalne.
Nie to, że tęsknię za tym w tej chwili. Po prostu czasami zazdroszczę ludziom łatwości, z jaką zapadają się w tę słodką chmurkę. Bo mnie musi walnąć, aż nakryję się nogami – a wali bardzo, bardzo rzadko.
Za to gdy już walnie, to znowu zazdroszczę innym. Tym razem motyli w brzuchu, takich pospolitych, albowiem sama mam w nim wtedy stado albatrosów walących wściekle skrzydłami.

I don’t think you know what pain is

28 środa gru 2011

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll

≈ Dodaj komentarz

Dom.
Cudownie.
Zimno, bo w roztargnieniu zostawiłam otwarte okno w sypialni. Leję gorącą wodę do wanny, dodaję jałowcowy olejek i – oj, po kwadransie mam wrażenie, że kąpię się w hektolitrach ginu. Trzeba było kupić sosnowy.
Podkręcam ogrzewanie, zapełniam lodówkę, rozwieszam pranie.
Trochę kurzu zebrało się na porozkładanych książkach. Studenci z góry katują hip-hop, tak podejrzewam, dwa piętra niżej słychać tylko miarowe dudnienie, więc szybciutko włączam płytę, której słuchałam przed wyjściem z domu. Porządne to Superheavy. Nawet mnie w nim Jagger nie drażni, a mam z nim kłopot od zawsze, bo nie znoszę jego maniery wokalnej. Dorobiłam się na tym polu drobnego konfliktu z panem i władcą, który wielbi Stonesów, postawiłby im kościół i codziennie odprawiał w nim msze. Ja ich uprzejmie doceniam, kanon znam, ale nie słucham.

Rozsądek nakazuje ostrożnie szukać nowego mieszkania, trochę większego, w którym zmieści się solidny kuchenny stół i w mniej przygodowym budownictwie, bez regularnego rozkuwania ścian w poszukiwaniu awarii.
Na razie odsuwam tę myśl. Dobrze mi tu. Zresztą jestem pewna, że dzielnicy nie zmienię, Podgórze jest mi najmilsze i koniec. Owszem, mogłabym ewentualnie przeprowadzić się w pobliże Wzgórza Świętej Bronisławy, ale to jak poślubię tego milionera, którego jeszcze nie poznałam.
Właściwie to jednego raz poznałam. Nie wyglądał.

Ktoś mi tu często wchodzi, szukając informacji na temat obywatela von Sacher-Masocha, autora znanej powiastki o mężczyźnie lubiącym kobiety z pejczami. A dziś właśnie toczyłam ze znajomym niewinną rozmowę o upodobaniach seksualnych – zaczęło się od słynnych japońskich automatów z używaną bielizną, później jeszcze opowiedziałam mu o ichniej sztuce wiązania, bowiem naród spod Fuji-san sprytnie wymyślił, że krępowanie w sposób taki, by węzły uciskały strefy erogenne, może wzmagać doznania. U niektórych. Gdyby kto chciał zobaczyć – ale uprzedzam, nie dla każdego to obrazki – to tutaj film z wystawy fotografii znawcy tematu. Jak na ironię, wyrosło to ze sztuk walki, których cała osobna gałąź zajmuje się wiązaniem przeciwnika i jest to zajęcie dla osób o precyzji neurochirurgów, inaczej można niechcący człowieka sparaliżować.

No i tak sobie gawędziliśmy o tym, co ludziom zdarza się robić, gdy nudzi im się na misjonarza lub gdy po prostu trafiają na kogoś, kto uważa, że fantazje warto poddać próbie ognia, aż wtem kolega rzekł z ulgą:
– Dobrze, że my jesteśmy normalni, nie?
Patrzyłam na niego przez chwilę w milczeniu.
– Taak – odparłam wreszcie. – Dobrze.
Normalni? Define: normalni.
Wydaje mi się, że to słowo powinno być zabronione w łóżku. Albo inaczej. Dla mnie normalne jest to, co nie jest chamskim najazdem granic partnera. Jeśli ludzie się dogadają i jedno drugiego nie krzywdzi, to cokolwiek postanowią zrobić, JEST normalne.

← Older posts

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.