Obudziłam się dziś o trzeciej w nocy – choć na dobrą sprawę żadna to była noc, słońce wstawało, a ptaki koncertowały głośno. Wstałam przed budzikiem, posnułam się po moim przepastnym apartamencie, wypiłam herbatkę, wytłumaczyłam sobie, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia i wmusiłam w siebie skąpego pomidorka.
Uśmiechnęłam się do rozczochranego stworzenia w lustrze i pomyślałam: o rety.
Cztery lata temu – bez jednego dnia – było dokładnie tak samo. Ptasie trele nad ranem, bezsenność, ściśnięty żołądek.
A jednak te dwa obrazki czymś się różnią.
I to jaskrawo.
Życie przedziwnie się plecie. Zresztą może plotę je w ten sposób sama. Trudno tylko czasem uwierzyć, że sprawy dzieją się, bo mniej lub bardziej świadomie je popychamy – a nie dzięki interwencji palca bożego, przeznaczenia, układu gwiazd. Często nie rozumiem mechanizmów rządzących tym, jak ludzie w ogromnym świecie na siebie trafiają, zupełnie wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa. Ani tego, jakim cudem takie przelotne błyski zadomawiają się w naszym życiu, jakby mieszkały w nim od zawsze – choć przecież żyliśmy bez nich całkiem nieźle. Tylko jakoś trudno sobie to przypomnieć.
Tymczasem lody, książka i sen, w takiej właśnie kolejności. Trzeba mi chwilkę odpocząć…