– Dzień dobry, po ile tulipany?
– Dycha za dwadzieścia sztuk.
– To poproszę.
– Już pakuję młodej panience.
– Żeby tam młodej…
– Odezwała się babcia. A co ja mam powiedzieć, jak dwa lata do setki zostały?
Uroczy staruszek z brodą sięgającą pasa owija kwiaty w papier i wręcza mi. Żegnam się i odchodzę, niosąc je razem z bundzem, małosolnymi, gruszkami, okazałym malinowym pomidorem, dorszem, marynowanymi matjasami, butelką wina, opakowaniem kminkowej soli, płynem do podłóg, bratkami na balkon i nową książką. Czy ktoś dziwi się, że mam dyskopatię? To dlatego, że nie mogę oprzeć się wiośnie.
Miało być grzecznie. Wyszło jak zwykle, skończyło się na przeglądaniu w pękniętych lustrach po północy w Singerze. Cała karczma nasza w otchłań się zatacza…
Jakimś cudem rano wstałam na EKG. Jeszcze większym cudem wyszło wzorcowe, ciśnienie toże 120/80. Czyli być może jednak prawdą jest stwierdzenie, że nic tak człowiekowi nie szkodzi, jak zdrowe życie. Nieprzespane noce, seks i alkohol gwarancją krzepy.
A wieczór był nadzwyczaj udany, omówiłyśmy plany na bałkańskie wakacje, oplotkowałyśmy ulubionych mężczyzn i doszłyśmy po raz wtóry do wniosku, że jednak najlepsze dla nas są samce alfa, co to za włosy i do jaskini. Pewnie dlatego, że wszystkie jesteśmy dość silne i odważne, do wzdychliwych romantyków nie mamy cierpliwości, a poza tym w życiu kuchenno-sypialnianym miło dla odmiany dać się zdominować.
Później natomiast zeszło na życie kulturalne i poleciało trochę ciężkich słów.
Ostatnio w teatrze co premiera, to afera. Z jednej strony to dobrze, z drugiej – jeśli dochodzi do takich sytuacji – to bardzo źle.
Moje uczucia religijne trudno obrazić, albowiem mam ich niewiele. Owszem, mogę zrozumieć, że ktoś o większej w tym szczególnym aspekcie wrażliwości mógł poczuć się dotknięty. Ale przepraszam – nie wiedział, na co kupił bilet? Teatr nie jest od głaskania po główce. Nie musi i nie powinien dbać o to, by przypadkiem widza nie urazić. Widz może wyjść. Może powiedzieć sąsiadce i napisać na Facebooku, że mu się nie podobało. Ale żeby usiłować wpłynąć na kształt spektaklu – to uważam za żenujący zabieg. Jeszcze bardziej żenujące jest to, że dyrekcja teatru jest gotowa ugiąć się przed pokrzykiwaniami raptem trojga widzów, którzy wyraźnie uznają osobisty światopogląd za jedynie słuszny. Tu dobry tekst wyczerpujący temat.
Tak. Świętojebliwość ma się dobrze w narodzie. Coraz lepiej.
z nie całkiem innej beczki – o, tu też interesująca recenzja. Jedyna, w której można przeczytać wniosek, że przedstawienie (ponoć bardzo dobre zresztą) jest paskudną agitką PO i parodią męki pańskiej. Pięknie na tym przykładzie widać, jak niebywale mogą różnić się opinie w tej samej sprawie. Nasze demokratyczne prawo. Byle nim nie celować w innych.
W obu tych przypadkach zdumiewa mnie absolutny brak dystansu do czegoś, co nie jest rzeczywiste. To jest tylko teatr. Przefiltrowana, podkoloryzowana, wzięta w cudzysłów wizja świata. Czasami sięga po nieoczywiste konteksty, daje nam po pysku, każe śmiać się z czegoś, co w gruncie rzeczy jest tragiczne i później nam głupio.
Nie mogę nadziwić się temu upartemu doszukiwaniu się wszędzie antypolskości, antychrześcijaństwa i w ogóle antywszystkiego, bez odrobiny refleksji, że może w tym, co pozornie obrazoburcze, siedzi jednak jakiś głębszy sens. Może czasem warto poluzować kręgosłup i ściśnięte kolana. A najpierw to z nich wstać.
Ech, to jak z krakowską wystawą Katarzyny Kozyry, przeciwko której też bardzo wojowano, a czołowy wojownik przyznał, że wystawy nie widział, ale w gardłowaniu o niemoralności mu to nie przeszkadzało.
Ciasnota umysłowa mnie przeraża, uważam ją za bardzo niebezpieczną.
Zastanawiam się, czemu tych oburzonych nie boli fakt, że ich inteligencja – bardziej jednak człowiekowi potrzebna niż uczucia religijne – jest codziennie obrażana przez telenowele, konkursy radiowe, szwagrów z krokodylami, mięsne jeże i tym podobne. To dopiero powód do protestu, nieprawdaż?