• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Teatr

Dobrem dla złego wojuje

13 piątek kwi 2012

Posted by porta celeste in Teatr

≈ Dodaj komentarz

– Dzień dobry, po ile tulipany?
– Dycha za dwadzieścia sztuk.
– To poproszę.
– Już pakuję młodej panience.
– Żeby tam młodej…
– Odezwała się babcia. A co ja mam powiedzieć, jak dwa lata do setki zostały?
Uroczy staruszek z brodą sięgającą pasa owija kwiaty w papier i wręcza mi. Żegnam się i odchodzę, niosąc je razem z bundzem, małosolnymi, gruszkami, okazałym malinowym pomidorem, dorszem, marynowanymi matjasami, butelką wina, opakowaniem kminkowej soli, płynem do podłóg, bratkami na balkon i nową książką. Czy ktoś dziwi się, że mam dyskopatię? To dlatego, że nie mogę oprzeć się wiośnie.

Miało być grzecznie. Wyszło jak zwykle, skończyło się na przeglądaniu w pękniętych lustrach po północy w Singerze. Cała karczma nasza w otchłań się zatacza…
Jakimś cudem rano wstałam na EKG. Jeszcze większym cudem wyszło wzorcowe, ciśnienie toże 120/80. Czyli być może jednak prawdą jest stwierdzenie, że nic tak człowiekowi nie szkodzi, jak zdrowe życie. Nieprzespane noce, seks i alkohol gwarancją krzepy.
A wieczór był nadzwyczaj udany, omówiłyśmy plany na bałkańskie wakacje, oplotkowałyśmy ulubionych mężczyzn i doszłyśmy po raz wtóry do wniosku, że jednak najlepsze dla nas są samce alfa, co to za włosy i do jaskini. Pewnie dlatego, że wszystkie jesteśmy dość silne i odważne, do wzdychliwych romantyków nie mamy cierpliwości, a poza tym w życiu kuchenno-sypialnianym miło dla odmiany dać się zdominować.
Później natomiast zeszło na życie kulturalne i poleciało trochę ciężkich słów.
Ostatnio w teatrze co premiera, to afera. Z jednej strony to dobrze, z drugiej – jeśli dochodzi do takich sytuacji – to bardzo źle.
Moje uczucia religijne trudno obrazić, albowiem mam ich niewiele. Owszem, mogę zrozumieć, że ktoś o większej w tym szczególnym aspekcie wrażliwości mógł poczuć się dotknięty. Ale przepraszam – nie wiedział, na co kupił bilet? Teatr nie jest od głaskania po główce. Nie musi i nie powinien dbać o to, by przypadkiem widza nie urazić. Widz może wyjść. Może powiedzieć sąsiadce i napisać na Facebooku, że mu się nie podobało. Ale żeby usiłować wpłynąć na kształt spektaklu – to uważam za żenujący zabieg. Jeszcze bardziej żenujące jest to, że dyrekcja teatru jest gotowa ugiąć się przed pokrzykiwaniami raptem trojga widzów, którzy wyraźnie uznają osobisty światopogląd za jedynie słuszny. Tu dobry tekst wyczerpujący temat.
Tak. Świętojebliwość ma się dobrze w narodzie. Coraz lepiej.

z nie całkiem innej beczki – o, tu też interesująca recenzja. Jedyna, w której można przeczytać wniosek, że przedstawienie (ponoć bardzo dobre zresztą) jest paskudną agitką PO i parodią męki pańskiej. Pięknie na tym przykładzie widać, jak niebywale mogą różnić się opinie w tej samej sprawie. Nasze demokratyczne prawo. Byle nim nie celować w innych.
W obu tych przypadkach zdumiewa mnie absolutny brak dystansu do czegoś, co nie jest rzeczywiste. To jest tylko teatr. Przefiltrowana, podkoloryzowana, wzięta w cudzysłów wizja świata. Czasami sięga po nieoczywiste konteksty, daje nam po pysku, każe śmiać się z czegoś, co w gruncie rzeczy jest tragiczne i później nam głupio.
Nie mogę nadziwić się temu upartemu doszukiwaniu się wszędzie antypolskości, antychrześcijaństwa i w ogóle antywszystkiego, bez odrobiny refleksji, że może w tym, co pozornie obrazoburcze, siedzi jednak jakiś głębszy sens. Może czasem warto poluzować kręgosłup i ściśnięte kolana. A najpierw to z nich wstać.
Ech, to jak z krakowską wystawą Katarzyny Kozyry, przeciwko której też bardzo wojowano, a czołowy wojownik przyznał, że wystawy nie widział, ale w gardłowaniu o niemoralności mu to nie przeszkadzało.

Ciasnota umysłowa mnie przeraża, uważam ją za bardzo niebezpieczną.
Zastanawiam się, czemu tych oburzonych nie boli fakt, że ich inteligencja – bardziej jednak człowiekowi potrzebna niż uczucia religijne – jest codziennie obrażana przez telenowele, konkursy radiowe, szwagrów z krokodylami, mięsne jeże i tym podobne. To dopiero powód do protestu, nieprawdaż?

Авось

06 piątek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll, Teatr

≈ Dodaj komentarz

Zgubiłam telefon.
Ale nie tak normalnie, po bożemu – w knajpie, w przymierzalni. Nic z tych rzeczy.
Zgubiłam go WE WŁASNYM DOMU. Na własnych 37 metrach kwadratowych, a dokładniej w sypialni.
Wszystko przez wczorajsze świńskie dialogi po nocy. Chciałam tylko podzielić się wrażeniami z ostatniej lektury i poszło. Moje najciemniejsze, najbrudniejsze, najgłębiej poukrywane ciągoty zostały ze mnie wywleczone, przedyskutowane od lewa do prawa i przeanalizowane pod kątem możliwości realizacji. Powinnam sobie wyszorować język mydłem, a następnie wypić szklankę soku z cytryny (jeśli znacie brzydki dowcip o zakonnicy…). Rzecz jasna zasnęłam z telefonem w garści, a gdy po czterech – wzdych – godzinach gromko zaryczał budzik, telefonu nie było. Znikł jak one night stand. Przeryłam pościel, zajrzałam pod łóżko, prawie tam wlazłam z narażeniem życia – nie ma.
Nie wiem, zjadłam go przez sen czy jak. Skoro człowiek zjada w ciągu życia ileś kilogramów owadów, śpiąc…
Szukałam, szukałam, a gdy uciekł mi piąty tramwaj – zrezygnowana opuściłam kwaterę bez telefonu. No i znakomicie. Cały świat może do mnie wydzwaniać, banki nie banki, zarządcy domu, ubezpieczalnie, pokaż SMS przy kasie, wystawiono fakturę, przypominamy o wizycie – proszę państwa, mogą mi państwo dziś naskoczyć.

Nastrój mam o, taki.
I oczywiście wyglądam jak sterany życiem buldog.

Znalazłam wczoraj na jutubie Ocean niespokojny i obejrzałam w emocjach. Byłam na tym przedstawieniu, gdy miałam bodaj 15 lat – bardzo szybko zeszło z afisza, a mnie się ogromnie podobało, bo było takie… dziwaczne. W niczym to nie przypomina zachodnich rock-oper; to radzieckie dzieło, zresztą wystawiane grube setki razy. Cała ta pokręcona historia – prawdziwa zresztą – o dwóch okrętach wyruszających na podbój Ameryki, śpiewy jakby cerkiewne, religijne nawiązania, jurodiwy podążający za bohaterem jak szalony cień, oniryczna scena z Matką Boską (proszę się nie przerazić w chwili, gdy ona zaczyna śpiewać, to jest głos trochę nie z tej ziemi) – piękne. Chciałabym, żeby gdzieś to ponownie wystawili.
No chyba, że…
Nie, aż takiej turystyki teatralnej na razie uprawiać nie będę, za dużo zachodu z Rosją (właściwie to wschodu). Póki co będzie musiała wystarczyć wyprawa w śląskim towarzystwie do Bielska – bo afera zrobiła się taka, że nie ma co, trzeba zobaczyć.

Ja jestem samotny

25 niedziela mar 2012

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 2 komentarzy

Tagi

Ryszard III, Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Są mężczyźni, dla których mogę dużo zrobić. Pojechać do Nowej Huty w środku nocy albo do Łodzi. W hotelowym pokoju starannie rozprostowywać pogniecioną w drodze sukienkę. Wdychać czyjeś duszące perfumy. Zachodzić w głowę, czy aby na pewno nie można było spędzić inaczej tak słonecznego weekendu. Ale nie, nie można było.
Spodziewałam się – oczywiście – królestwa za konia i tragicznego końca, dostałam zupełnie inną opowieść. Toczoną w półmroku, odbitą w krzywym zwierciadle. I przyznam, że dawno nie widziałam – w teatrze to nigdy chyba – tak obrzydliwego skurwysyna. Odrażający świr. Ludzi zużywa i wyrzuca. Włoski ulizane, jedna brew uniesiona. Co gorsza, na swój chory sposób jest fascynujący. Chwilami nawet można go polubić. Można zrozumieć, dlaczego kobiety pożądają morderców z obsesją władzy.
Z każdą sceną coraz więcej szaleństwa w tym eleganckim mężczyźnie. Ulizane włoski coraz bardziej zmierzwione. Twarz, na której w pierwszych minutach ani śladu emocji, żadnej mimiki – wykrzywia się w nerwowych uśmieszkach.
Nie ma sprawiedliwego zakończenia, jest zwycięstwo chichoczącego psychopaty, stojącego wreszcie w ostrym świetle, w białym garniturze, żeby jeszcze lepiej było go widać.
W garniturze, ale w jednym bucie. Koszmarna groteska.
Dlatego na wszystko, co mniej mi się podobało, przymykam oko. A otwieram je szeroko na Matyldę Paszczenko, w której się zakochałam. W innych zresztą też, choć w niektórych znowu.

No, takiej recenzji, z brzydkimi słowami i wystukanej na ekraniku telefonu podczas siedzenia na parapecie nad łódzkim podwórzem, w fachowej prasie nie będą cytować, ale jaka radość tak pisać, jeszcze na gorąco. Jutro do domu, 200 kilometrów stąd czeka kręta lista obowiązków, a tu parapet, kieliszek wina, lekki dreszcz, bom tylko owinięta ręcznikiem i powolne otrząsanie się z wrażeń. Kocham to, używam tego słowa z całą odpowiedzialnością. Kocham to. Mocniej żyję dzięki temu.

Odstawię wino czerwone co wieczór, a nawet odstawię w weekendy

19 poniedziałek mar 2012

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 4 komentarzy

Tagi

Łaźnia Nowa

Mam złamane serce.
Ale tak złamane, że już bardziej się nie da. Pęknięte. W drobny mak, jakby ktoś kryształowy wazon cisnął z całych sił na podłogę.

Stali czytelnicy wiedzą, że autorka dysponuje kieszonkową listą mężczyzn, w których skrycie się kocha.
I autorkę szlag trafił (i wspomniane serce się roztrzaskało), gdy stojąc na przystanku i czytając z nudów afisze na słupie ogłoszeniowym uświadomiła sobie straszną prawdę, że w sobotę, w tę, co właśnie minęła, w Krakowie był Jacek Hugo-Bader. A autorki nie było.
Bardzo rzadko wracam do przeczytanych książek. Gdy skończyłam Dzienniki kołymskie, przewertowałam pośpiesznie i zaczęłam czytać od nowa (tu też można).
Nad Białą gorączką gryzłam palce po nocach. W rajskiej dolinie wśród zielska mam w starym wydaniu, troszkę się już rozkleja.
Zawsze chciałam być reporterem – beletrystyka nigdy mnie nie pociągała, męczę się z nią od dwóch lat ze średnim efektem. Reportaż uważam za znacznie większą sztukę. A Hugo-Badera ogromnie cenię za to, że potrafi być przezroczysty. I że podchwytuje język rozmówców. Nie robi z siebie wielkiego pana dziennikarza, pije z ludźmi wódkę, klepie po ramionach i zaprzyjaźnia.
On mnie nauczył nadstawiać ucha, bo każdy napotkany człowiek może mieć do opowiedzenia historię znacznie bardziej fascynującą niż wszystko, co nam podsuwa wyobraźnia. To dzięki niemu zawsze słucham opowieści odwożących mnie do domu taksówkarzy, staruszek w poczekalni u doktora; strzygę uszami w wieczornym autobusie z Nowej Huty.

A skoro już o niej mowa – gdy sprowadziłam się do Krakowa, Huta była ciemną plamą na skraju mapy. Dziś, gdybym miała wynieść się z Podgórza, to li w pobliże Placu Centralnego; kupiłabym sobie mieszkanie na najwyższym piętrze i stamtąd oglądała świat.
Miałabym też blisko do teatru. I jeszcze gdzieś, ale to już osobna historia.
O W imię Jakuba S. mądrzejsi ode mnie napisali już swoje recenzje.
Można sobie w teatrze zobaczyć swój kredyt hipoteczny, obrotowe krzesełko w korporacji, wieczorne odpędzanie stresów butelką wina i wspomnienie ostatnich wakacji w ciepłych krajach – roześmiać się przy kilku scenach, ale ten śmiech na ustach zamrze, gdy widz, który prosto ze szklanego biura wpadł do teatru uświadomi sobie, że oto śmieje się z samego siebie. Zbuntowałby się przeciwko pańszczyźnie i szubienicy, przeciwko kieratowi, w który sam wlazł, żeby spłacić długi zaciągnięte na meble z Ikei, ale może jednak nie. Bo niby co innego miałby porabiać. Bo całkiem mu wygodnie z tą kawą z papierowego kubka, z myślą, że jest wielce światowy, a nie pszenno-buraczany. I nie lubi, gdy mu przypominać, że kiedyś miał bilet miesięczny na PKS do rodzinnego miasteczka, a w lodówce zamiast truskawek w occie balsamicznym – gołąbki przysłane przez mamę, które jadł, chociaż się wstydził.
Nie są to może prawdy objawione, ale jest to świetnie zagrana rzecz. ŚWIETNIE.

Przyjechałam do Łaźni godzinę wcześniej, żeby odebrać bilety i usłyszałam przez ścianę fantastyczne, ciężko dudniące Ederlezi – chyba załapałam się na fragment próby. A gdy chwilę po dziewiętnastej zobaczyłam tę scenę, Krzysztof Dracz – śpiewający wśród rusztowań, w kożuchu z zadziornie postawionym kołnierzem, z ostrym spojrzeniem prosto w publiczność – natychmiast trafił na moją wyżej wspomnianą listę. Perła. Wielka klasa. Same zresztą perły są w tym przedstawieniu i nawet, jeśli taki teatr nieszczególnie do was trafia, to dla tytanicznej pracy i nie mniejszego talentu ludzi, których przez dwie i pół godziny będziecie oglądać – trzeba.

A płatki sztucznego śniegu przyniosłam do domu na marynarce.

Weź se Gienia siądź

29 niedziela sty 2012

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 4 komentarzy

Czerwone paznokcie, haftowany szal, błyszczące kolczyki i wielka futrzana czapa, w której wyglądam jak baba z Magadanu, pozwalają przetrwać mrozy. Lubię taką zimę, ostre kolory nieba i śniegu, rumiane policzki. Smutki won.
Przyjmowane w piątkowy wieczór komplementy też pomogły. Co prawda prawiły mi je lesbijki, ale…

Kto z państwa nie widział jeszcze Hotelu Babilon – proszę w te pędy bilety kupować, albowiem jeśli coś może wyciągnąć was za uszy z letargu, deprechy i podobnie przykrych stanów, to na pewno ten monodram. Zagrane to jest tak, że chapeau bas. Fenomenalnie. Jak powiedział dyrektor Neinert – mięso aktorskie. Właściwie trudno uwierzyć, że to monodram. Popłakałam się ze śmiechu, choć momentami trochę tej biednej Zuzance, wykiwanej przez buraczanego górala-podrywacza współczułam. Ech, jak my się głupio zakochujemy czasami. Tak, o sobie też mówię.

Znakomita rzecz, naprawdę. Pójdę jeszcze raz. Familię wysyłam w piątek na Ojca Boga – też w ramach Karnawału Komedii. Fajna inicjatywa na styczeń, gdy człowiek zwykle umęczony i ponury. I znowu mam wrażenie, że w moim niepięknym, kominami stojącym Heimacie dzieje się więcej niż w rzekomo kulturalnej stolicy Polski.

Leci do mnie 2300 stron o Japonii, Albert Kuvezin (ciekawe, czy ktoś na świecie ma niższy głos? nie mogę otrząsnąć się z nieprzystojnych skojarzeń, słuchając go) i cudowne M83. Nie chcę myśleć o niczym przykrym, mam plany do zrealizowania. Kropka. Plan to podstawa.

Imtymne stosunki

18 niedziela gru 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 1 komentarz

Jadę na Śląsk, nad autostradą niebo ciemnieje, pada drobny śnieg. Radio wrzeszczy, że w Tatrach z godziny na godzinę coraz gorsze warunki, wichura, zagrożenie lawinowe, żeby nie wychodzić powyżej schronisk, że kogoś zdejmowali z Rysów.
Przez ciebie dorobię się trzeciego siwego włosa, myślę i na wszelki wypadek sprawdzam telefon. Milczy.

W Korezie fantastyczny Pojedynek. Dwóch mężczyzn tylko, maleńka scena, a emocje, że aż iskrzy. Zakończenie jest takie, jakie w komediach najbardziej lubię. Nie mogę za dużo napisać, żeby zmyślnej intrygi nie zdradzić, ale Artur Święs w tym przedstawieniu oszałamia i bardzo zaskakuje. I nie dlatego, że żonglerka idzie mu całkiem nieźle. W każdym razie granica między śmiechem a psychozą jest bardzo, bardzo delikatna. Znakomicie to zagrane, bez szarży. Z wielkim zaciekawieniem człowiek obserwuje, jak role się odwracają; jak z grzecznego, trochę nieciekawego blondynka wyłazi psychopata, a jedno i drugie udawane. A później w korezowym korytarzu mija mnie drobny, płowy chłopak w swetrze i okularach…
(Rocznik ’66? Wolne żarty).

Plakat w stylu kryminalnych komiksów z chęcią powiesiłabym w domu na ścianie.

Na razie to raczej powieszę tego gamonia. Mógłby się interesować, nie wiem, klejeniem modeli żaglowców…

When everyone’s lost the battle is won

15 wtorek lis 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 2 komentarzy

Tagi

Scena na Sarego, Teatr Bagatela

Ja mam w mózgu napisane jedno wielkie słowo: CZEBA!

Ihihi, uwielbiam to przedstawienie, mogłabym łyżkami i ciągle od nowa. Nie rozumiem, czemu spektakli teatralnych nie wydaje się na DVD (no dobrze, trochę rozumiem, niektóre byłyby nieoglądalne). Puszczałabym to sobie w smutne wieczory, przewijała w przód i tył.

Dziś natomiast szczególnie uradowała mnie pani z publiczności, która zaangażowała się całym sercem i niespodziewanie wdała w żywiołową rozmowę z aktorem, aby finalnie mu zarzucić, że sugeruje, iż jest ona stara. Nieliczni, którzy już wcześniej oglądali, chichotali cichutko, ciekawi dalszego obrotu sprawy. Szczęśliwie jakoś się z tego wywinął i dalej poleciało już gładko.
Rozumiecie teraz, dlaczego nie lubię chodzić do kina?…
Fajni są tacy ludzie.
Różnych się spotyka. Z prawdziwą trwogą wspominam jejmość, która przez kwadrans grzebała w torebce, po czym wyjęła wachlarz i z jednostajnym, donośnym świstem wachlowała się przez dwie kolejne godziny, narażając sąsiadkę na zapalenie ucha, a całą widownię na rozglądanie się w poszukiwaniu źródła tego wkurwiającego dźwięku.

Niby nic się nie stało. Włożyłam tylko mój ulubiony oczojebny płaszczyk i sukienkę z dekoltem może trochę zbyt głębokim jak na wtorek. Ktoś się do mnie uśmiechnął szeroko. Ktoś mówił do mnie, zdrabniając moje imię tak, jak lubię. Spędziłam parę godzin w miejscu, za którym przepadam. Między jednym a drugim zakrętem przyszło mi do głowy, jak skończyć moją książkę, a przez ostatnie tygodnie tkwiłam w punkcie martwym jak Prypeć.
Wróciłam taksówką do domu, ciesząc się, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, a nie na przedmieściach w połowie drogi do Nowego Sącza (choć tam miałabym ładniejsze widoki zapewne) i wieczorem po długim dniu mogę w 10 minut dotrzeć z Rynku na mój kochany fotelik. Taryfa zasuwa mostem, gapię się na podświetloną kładkę, jej łuki odbijające się w ciemnej wodzie, migoczące światła Podgórza – i przez chwilę myślę, jak bardzo sympatyczne mam życie. Może ja zwyczajnie zbyt prosta jestem, zbyt płytka, zbyt mało mi trzeba, zbyt gwałtownie mnie nachodzi uczucie szczęścia. Ono czasem trwa sekundę. Ba – ono zawsze trwa sekundę, szczęście jest błyskiem, nie betonowym silosem o trwałości obliczonej na dekady, z powłoką antykorozyjną i gwarancją na 20 lat bezawaryjnego użytkowania. Ale te sekundy są, kurza stopa, całkiem częste jak na kogoś, kto potrafi zalać się łzami, oglądając dziennik telewizyjny.

Lubię wyjeżdżać, ale od dawna tak bardzo nie czułam, że pcha mnie w świat, że muszę natychmiast, teraz, już zamknąć drzwi i złapać taksówkę na dworzec, wsiąść do telepiącej się kolejki, odstać swoje na lotnisku, a gdy w samolocie zgasną światła, uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć ‘znowu’. W podróży zawsze czuję się o połowę lżejsza i nieważne, co mówią o tym, że smutki człowiek zabiera wszędzie ze sobą. Niech sobie mówią.
Jeszcze parę dni. Już przebieram papućkami w bloku startowym. Wolałabym tylko, żeby media odpuściły już temat awaryjnych lądowań i nie robiły halo z każdego przyziemienia, bo rodzice – choć wiedzą, że z dalszych wypraw wracałam caluśka i nie sposób skłonić mnie do siedzenia na tyłku – pytają, czy to naprawdę konieczne, żeby w taki mglisty czas wyjeżdżać.
Konieczne. Bo ja muszę.

Czy to prawda, że ciebie można zabić tylko w piętę?…

Teoria głasków

23 niedziela paź 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 4 komentarzy

Tagi

Jan Klata, Stary Teatr

Państwo wiedzą, że uwielbiam lody. Latem mogłabym się nimi żywić, zimą właściwie też, bo zawsze mam w domu pudełko lodów i niestety zeżarcie całego naraz nie jest ponad moje siły.
A później płacz, zgrzytanie zębów i nadprogramowa seria brzuszków na siłowni.
Lodami można mnie przekupić. Tylko nie czekoladowymi, bo to jedyny smak, którego unikam. Jeśli kto chce mnie zmiękczyć, to wystarczy, że mnie zaprosi na parę gałek.
Bardziej zaprzyjaźnieni mają inne sposoby, a ten najbardziej zaprzyjaźniony ma jeden, którym mnie rozkłada na łopatki (często dosłownie), nawet jeśli pięć minut wcześniej myślałam: ‘ale mu powiem, aż mu w pięty pójdzie, ale mu wygarnę, ale go kopnę w zadek’.
Od progu obejmuje i trzyma – tak długo, jak trzeba.
To nie tylko rozbraja, ale działa trochę jak masaż. Od razu czuję, jak mi ciśnienie opada.
Wcześniej nie byłam osobą szczególnie rozmiłowaną w przytulasach, a teraz troszkę jestem uzależniona nawet. Z radością wciskam nos w gorzko pachnący obojczyk. I tak tkwimy przez kwadrans czasem, a wszystkie moje ‘ale mu powiem’ jakoś wylatują mi z głowy. Sztormy zostają za drzwiami.
To przebiegłe, wiem. Ale też i po rybiemu empatyczne.
Zdarza mi się za tym piekielnie zatęsknić.
Tu ziemia, koleżanko, tu ziemia. Pralkę lepiej nastaw.

Widziałam Oresteję i oszalałam.
To bardzo atakuje zmysły, za bardzo może, bo pod koniec łzawiły mi oczy od dymu, którym gęsto spowita jest calutka scena, tak gęsto, że ludzie w tej mgle znikają. Ostre światło. Głośno. Fenomenalna muzyka.
To taki film katastroficzny łamany przez grę komputerową.
Dojmująca scena z Kasandrą, która swoje koszmarne wizje wykrztusza jak osoba z afazją, jęczy, wyje, zacina się, jakby się słowami dławiła.
No i gdyby Robbie Williams to obejrzał, zrezygnowałby z dalszej kariery (efektowny dowód bliżej końca filmu – czekałam na niego od pierwszej minuty).

Urlop przełożyłam na przyszły rok, teraz tylko weekendowy wyskok dokądś wykonam. A w lutym chyba wreszcie uda się ruszyć dalej, bo ku memu ogromnemu zdumieniu daję radę coś w skarbonkę wrzucić mimo, że znowu tuzin książek zamówiłam – no, zima przecież idzie, jakoś trzeba będzie spędzać czas…
Nie mam planu. Zdaję się na los. Zobaczymy, jaki bilet upoluję.

Tak dziwnie patrzy mój pies

17 poniedziałek paź 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 8 komentarzy

Tagi

Teatr Bagatela

Stoję o świcie na przystanku z ludźmi zamieszkującymi sąsiedni blok i słyszę, jak utyskują:
– Widziała pani, a ten dom na końcu ulicy, co do niego dojazdu nie ma (to mój – przyp. aut.) odmalowali (na majtkowy róż – przyp. aut.).
– A ten nasz już taki brudny. Pewnie tam mieszka jakiś ważniak, to sobie załatwił.
Oczywiście.

Wkurza mnie niezmiernie w narodzie naszym wiara w ‘załatwienie’. Pokutujące przekonanie, że jak nie ma się wujka w zarządzie, kochanka w telewizji i siostry w ZUS-ie, to niczego się nie osiągnie, nic się nie da zrobić, najlepiej usiąść, założyć rączki i patrzeć zawistnie na tych, co mają lepiej (dzięki wujkowi/kochankowi/siostrze, niepotrzebne skreślić). A nie przyjdzie do główki zasromanej, że mają lepiej, bo sami się o to postarali. Wydeptali to sobie, wymęczyli.

Nienawidzę różowego. Nie mam żadnych ubrań różowych. I teraz mam różową chałupę.

Byłam na Barbelo, o psach i dzieciach – i…
Kurcze, no, trochę mi się momentami rozmywało.
Ale były i momenty mocne.
Bardzo podobało mi się zamienianie ról. Męskie role nie są trwale przypisane do aktorów, oni pojawiają się w kolejnych scenach na zmianę jako synek, ojciec, kochanek, znowu synek… wszyscy jacyś krzywi, trochę odpychający. Za to dzięki temu, że się zamieniają, ich słowa nabierają dziwnej wieloznaczności.
Zrobiło mi się nieprzyjemnie, gdy chłopiec (?) opowiadał, że czasami zabiera sukę do lasu, przywiązuje ją do drzewa i odchodzi, chowa się gdzieś. Wraca dopiero, gdy suka piszczy.
Wtedy wie, że ona go kocha.
Dreszcz mnie obleciał.
No chyba, że to tylko moje kiepskie doświadczenia z mężczyznami wykrzywiły odbiór…

Siedząc w foyer i gapiąc się na wchodzących widzów, doszłam do smutnego wniosku, że jeśli miłośniczka teatru szuka narzeczonego, powinna błyskiem zmienić zamiłowania.
Babiniec, że matkobosko. Próbowałam policzyć znanych mi facetów zainteresowanych teatrem i długo nie liczyłam.
1.
A i to w dużej mierze dlatego, że dziedzicznie obciążony.
Może sobie lepiej kupię karnet na rugby?

Wasza sytuacja jest patowa

10 poniedziałek paź 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ Dodaj komentarz

Tagi

Oblężenie, Teatr Bagatela

Miałam nadzieję, że mnie przeciągną za włosy po podłodze, jak lubię, no i na nadziei się skończyło.
Bo na początku jeszcze chichotałam dyskretnie w kułak, ale później już nie mogłam powstrzymywać wybuchów śmiechu.

Szłam do teatru wkurzona na część ludzkości obdarzoną jabłkiem Adama i życzyłam jej szczęśliwego powrotu na Marsa. Po drodze, w przejściu pod Dworcem Głównym byłam świadkiem groteskowej dość sceny – nikczemnego wzrostu kobieta okładała pięściami swojego partnera, również metr pięć w kapeluszu. Oboje mieli nosy fioletowe i sądzę, że nie od zimna.

Dwie kolejne godziny przyszło mi spędzić – jak na złość – w towarzystwie pięciu facetów i jednej tylko kobiety, która prawie się nie odzywała. Właściwie to była jak rekwizyt. Pozytywka taka nakręcana, laleczka.
A przedstawienie jest o wojnie.
O każdej wojnie. O potrzebie wojowania, którą mężczyźni mają w krwiobiegu. Musi być wróg, musi być szturm, walka, na pohybel, trzeba stawiać sprawę na ostrzu noża, żadnego tam ‘porozmawiajmy’. Matka Boska na sztandar i jazda. W imię nie całkiem wiadomo czego i nie wiadomo, po co, ale ze zbyt wielkimi słowami na ustach.
Dlatego właśnie człowiek czuł się troszkę dziwnie, bo temat taki podniosły, Bóg honor ojczyzna i gdzie są kwiaty z tamtych lat, a tu śmiać się chciało na całe gardło. Albowiem ci wielcy bohaterowie są karykaturalni – momentami rozczulający, ale głównie karykaturalni.
Chyba pójdę jeszcze raz. Nawet, jeśli coś tam mi się nie spodobało, to dla kuriozalnych utarczek wojowników, opowieści o bocznym wzroku, który jest bardzo ważny na wojnie, a przede wszystkim dla tych pięciu chłopa, z których każdy jest zupełnie inny, a razem brzmią bardzo harmonijnie – warto.
(Jedynym skutkiem ubocznym jest to, że od wczoraj w kółko gra mi w głowie Kalinka, bo Michał Kościuk to z takim zapamiętaniem śpiewał, że daj mu Boże zdrowie…).
Oficjalna premiera w listopadzie, wtedy też pewnie ruszy recenzencka machina i okaże się, jak bardzo się nie znam.

Uwielbiam chwile, gdy nie wiem, czy coś dzieje się jeszcze na niby, czy już na serio (albo odwrotnie). Czy jest wyreżyserowane, czy wymknęło się spod kontroli – zresztą daję się łatwo nabrać. Bardzo mnie nęci zatarcie granic między rzeczywistością, z której przyszłam i fikcją, w którą wchodzę.
W kinie tego nie ma. Nikt do was z ekranu nie mrugnie ani was nie opieprzy.

Swoją drogą – czytałam artykuł o tym, że teatry coraz częściej odmawiają wpuszczania spóźnialskich, a w kinach przyłażenie po kwadransie to prawdziwa plaga. Było trochę oburzonych głosów, ale osobiście jestem bardzo za. Coraz częściej wchodzenie na widownię jest już częścią przedstawienia (albo i przedstawienie wychodzi do foyer), więc głupio całą tę misterną strukturę rozwalać, psuć komuś pracę, bo musiało się jeszcze poprawić makijaż w łazience i trochę zeszło.

Wracając wczoraj do domu, włączyłam radio w telefonie i odetchnęłam – może nie z wielką ulgą, ale jednak. Znowu głosowałam przeciwko i siedziałam nad kartą przez parę minut niepewna, na kogo powinnam oddać głos, stukając obcasem pod stołem. Niektórzy wszak takich wątpliwości nie mieli i proszę, agent Tomek dostał się do Sejmu. Ręce opadają.

Przyjdzie do ciebie kukurydza-nindża

23 piątek wrz 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 7 komentarzy

Tagi

Błażej Peszek, Jan Peszek, Nowa Huta, wushu, Łaźnia Nowa

Mam fatalną orientację w przestrzeni, a w Nowej Hucie fatalność tej orientacji pogłębia się w sposób niesłychany. Toteż gdy szłam pierwszy raz do Łaźni, w kieszeni niosłam narysowaną mapkę z zaznaczonym przystankiem, na którym powinnam wysiąść i trasą do przemaszerowania.
Uwielbiam to miejsce. Huta kojarzy mi się z samymi przyjemnościami i mam nadzieję, że tak zostanie.

Smok wszedł.
Ja bawiłam się przednio, ale podejrzewam, że jeśli ktoś nie lubi sztuk walki, to może troszkę się znudzić – za to jeśli przyszedł tylko na nie, to może się zdziwić, że to niezupełnie spektakl o kung-fu. No i, rzecz jasna, jeśli spodziewa się wielce egzystencjalnej głębi, to się rozczaruje. Momentami jest bardzo zabawnie (gość przychodzący na casting z magnetofonem – nie powiem więcej, żeby nie zepsuć; żałosna i prześmieszna scena erotyczna), momentami wcale nie.
Kobiety nielubiące teatru pragnę dodatkowo zachęcić mnogością młodych, a jakże imponujących męskich torsów na scenie. Właściciele torsów robią szpagaty, salta, machają nunchaku i są naprawdę wspaniali. Wushu – oszałamiające.
Jęczałam z zachwytu i zazdrości. Kiedyś też biegałam w kimonie, mam blizny po rzutach, salta uczyłam się dwa lata. Umiałam. Już nie umiem.
Do rzeczy.
Były takie chwile, gdy nie mogłam pozbyć się wrażenia, że oglądam monodram.
Błażej Peszek. Ukradł wszystkim przedstawienie.
To jest cud i fenomen. Nie dość, że przystojny, to jeszcze ma taką charyzmę, że przyciąga uwagę i bardzo trudno na niego nie patrzeć, nawet jeśli stoi i nic nie mówi. Między ojcem a synem (grającymi ojca i syna – zdjęcie znalazłam na fejsbuku córki i siostry) chemia aż iskrzy.
A jak śpiewa!
Bardzo mnie zdumiała jego data urodzenia. To najwyraźniej jeden z tych mężczyzn, którzy w szafie trzymają swój starzejący się portret.

Wiecie, gdybym zaniosła taką recenzję do jakiejkolwiek redakcji, człowiek za biurkiem zaśmiałby mi się w twarz i zasugerował, bym zajęła się może bukieciarstwem.
Na nieszczęście poważnych znawców mam blogaska i mogę do woli wypisywać, czyje muskuły najbardziej mi się podobały.

Bywajcie, ludzie, w teatrze. Gdy zapalą się światła i trzeba wyjść, świat wygląda inaczej. Jakoś łatwiej go znieść.

My eyes already like you

22 piątek lip 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 4 komentarzy

Uwielbiam adrenalinę, ale nie w robocie.
Tym samym chyba wyszłam dziś na sukę.

Naprawdę bardzo nie lubię na ludzi krzyczeć, w żołnierskich słowach dzielić się opinią i zaznaczać, że opinia ta nie zmieni się pod wpływem jęczenia, marudzenia, obrażania się ani jakichkolwiek innych form szantażu emocjonalnego, którego serdecznie nie znoszę. Opieprzanie nie jest moją ulubioną metodą komunikacji – ale, psia jucha, jest niestety metodą skuteczną.
Trochę mam po tym kaca.
Ale – ygh – i satysfakcję pewnego rodzaju.

Super Susan ech, Bogiem a prawdą takie sobie. Zabawne, ale nie żeby spazmy. Chodzi o tekst, nie o wykonanie. Towarzystwo bardzo się śmiało, ja jakoś mniej. Ale może do mnie po prostu bardziej przemawiają spektakle ponure i takie, po których chce się pić alkohol, wzdychając nad zagadką życia. Lubię, jak się mnie przeciągnie za włosy po podłodze i trzaśnie między oczy bolesną prawdą lub dwiema.
Tak czy inaczej, przyjemnie było się odprężyć, a Ewa Kasprzyk jest absolutnie cudowna. Charyzma po sufit. I piękna kobieta.
– Zawsze się mylę w tym miejscu – przyznała rozbrajająco, gdy gdzieś po drodze przekręciły jej się słowa. Sztywna krakowska publiczność oszalała z zachwytu.

W tramwaju uwożącym mnie do domu parka naprzeciwko oblizywała sobie języki i wymacywała wzajemną gotowość do podjęcia bardziej zdecydowanych akcji. Co jakiś czas łypali na boki, jakby chcieli się upewnić, że wszyscy pasażerowie widzą ich szaleńczą namiętność.
Zawsze się zastanawiam, po co ludzie to robią. Rozumiem, że w otoczeniu innych chce się wyraźnie oznaczyć terytorium, to mój samiec, to moja samica, nie podchodź. Ja też to mam. Też kładę dłoń na miłego udzie i lubię, gdy stoi tak blisko mnie, że niemal następuje mi na stopy. Ale jeśli człowiek czuje, że wolałby udać się pod kołdrę, posyła drugiemu Spojrzenie – i po prostu wychodzi się łapać taksówkę, po czym prosi taksówkarza, żeby jechał szybko.
Nigdy nie kręciło mnie harcowanie na oczach całej wsi. Uważam, że to dość obleśne. Nie interesuje mnie seks obcych ludzi i wcale nie chcę słyszeć ich tkliwego mlaskania, gdy wracam do domu po 14 godzinach nieobecności głodna, spocona i marząca o długiej kąpieli.

(Jeszcze dodam, że dziś dwukrotnie usłyszałam w radio nowy kawałek Red Hotów i och, usłyszałam też klasę. Bez Frusciante dają sobie znakomicie radę, tylko pewnie w samych mitycznych skarpetkach na przyrodzeniach występować już nie będą, bo to panowie – matkobosko! – pod pięćdziesiątkę. Z drugiej strony kto ich tam wie, wyznawcy kościoła rock’n'rolla starzeją się opornie).

Studium upadku

11 środa maj 2011

Posted by porta celeste in Teatr

≈ 9 komentarzy

Otwieram oczy. Najchętniej przekręciłabym się na drugi bok i spała dalej, lekko szumi mi w głowie wczorajszy pinot, ale już jestem wszędzie spóźniona, a pan i władca robi się w łazience na bóstwo z takim pluskiem, jakby go było dwunastu.
Siadam na łóżku i gapię się na stertę leżących obok książek. Ta na wierzchu nosi znaczący tytuł PATOLOGIA SPOŁECZNA.

Dzięki.
No wiem, wiem przecież, droga opatrzności.

Galgenberg wyśmienity.
Owszem, wykształceni teatralnie panowie recenzenci czepili się, że w oszałamiającej formie gubi się treść, ale ja to uwielbiam, co poradzić. Bardzo mi się podobał pomysł z osobnymi opowieściami wyciągającymi na wierzch ludzką świętojebliwość, rozmodlenie, okrucieństwo, wściekły pęd do władzy, a koniec końców – paniczny strach przed śmiercią.
Motyw z Holding Out For A Hero rozłożył mnie na łopatki.
Kuzyneczka machała mi darmowym biletem przed oczami przez dwa lata, ale oczywiście zawsze miałam ważniejsze sprawy do zrobienia, wstyd mi bardzo.

A teraz ulubiona audycja i wanna z pianą pachnącą imbirowo, bo w taką śliczną pogodę jakoś udało mi się nabawić kataru. Może nawet będę spać w piżamie.

← Older posts

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.