• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Wieś

Cyrk

11 poniedziałek lip 2011

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 7 komentarzy

Policzki pieką od słońca.
Fajne, leniwe dni – ale leniwe niegłupio, ze stertą książek na podorędziu, planowaniem przyszłorocznych wyjazdów (oczywiście, że same góry i zadupia), niuchaniem maciejki pod księżycem, obfitymi kolacjami, kozim serem z żurawiną i lampką calvadosu na trawienie, wieczornymi rozmowami z rodziną, z wielogodzinnym zawziętym rżnięciem w badmintona, aż mi o mały włos kolano znów wyskoczyło z zawiasów. Uwielbiam tę grę. Kiedy jeszcze pracowałam blisko krakowskich terenów zielonych, prosto z biura chodziłam tam grywać z przyjaciółką. Niezbyt sportowo, nie na punkty, za to na bosaka. Po dwóch godzinach, rumiane, spływające potem i ogromnie zadowolone z życia, udawałyśmy się na zasłużone zimne piwo. Muszę jej o tym przypomnieć i tego lata, zresztą przechowuje moje rakietki.
Umawiamy się zawsze na babingtona. Tak się mówiło w dzieciństwie. Babington.

W górach Korsyki jest kocioł, który zawsze chciałam zobaczyć – ponoć bardzo trudny do przejścia – a który nazywa się Cirque de la Solitude. Po naszemu Cyrk Samotności. Bardziej romantycznie to brzmi, niż nasza swojska Dupnica czy Durny, prawda?
Czuję, jakbym się w tym Cyrku Samotności już znalazła i siedziała w nim od paru dni z cudowną perspektywą posiedzenia jeszcze trochę.

Przyśnił mi się dziś nad ranem piękny. Byliśmy razem we Francji (oj! ależ bym chciała) i wysłał mnie po zakupy na targ, a sam sobie poszedł uprawiać sport – jakże klasyczny podział obowiązków… Obudziłam się w momencie, gdy pan na straganie z winem podliczył moją należność, wynoszącą 130 euro, a ja wpadłam w panikę.
Jeszcze parę tygodni samych snów mi zostało.
Pociesza mnie myśl, że organy nieużywane jednak nie zanikają aż tak szybko – oraz to, że w przypadku tego dżentelmena moje marzenia prędzej czy później się spełniają, tylko w nieco pokrętny sposób. Zatem kto wie, może i jeszcze mnie pośle z siatami na bazar.

Za to były złożył mi propozycję wspólnego wyjazdu na wakacje.
Musi być bardzo zdesperowany.
Dodał, że mogłoby być przyjemnie. Wolę nie dociekać, co ma na myśli.

Masza już nie jest leniuszkiem

30 poniedziałek maj 2011

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 13 komentarzy

Siedzę na kanapie i próbuję zdjąć kupione parę godzin wcześniej buty, ale nie mogę poradzić sobie z zapięciem wokół kostki. Mój towarzysz pochyla się i sprawnie wyplątuje mi stopy z rzemyków.
– Piękne – mówi po chwili, odstawiając sandałki na bok.
– Buty? Dziś kupiłam…
– Nie, nie. Twoje stopy.

No i co z takim począć.

Biorę się ostro do roboty nad sobą, a na początek idę zapisać się do teatru – jednak wygrał z podyplomówką. Nieśmiało zaczynam też biegać, choć lekarz od kolana nie zalecał. Zanim wprowadzę dryl na dobre, troszkę pobujam się na hamaku, bo mam dziś wolne. Obok hamaka położyłam stertę egzemplarzy NPM z paru ostatnich lat i przewodniki, układa mi się powoli trasa po Spiszu i Wysokich Tatrach na sierpniowe wakacje. Jedyną ciemną chmurą na moim beztroskim niebie (kocham takie poniedziałki) jest sąsiad, słuchający głośno RMF Maxxx przy układaniu dachówki, umc umc on da densflor. Ale nawet mi to zbytnio nie przeszkadza. Zakładam kapelusz i idę się podsmażać.
Schronisko nad Popradzkim Stawem wśród starannie przetłumaczonych na polski atrakcji wymienia lot na rogalu. Wybuchnęłam śmiechem. Oczywiście chętnie spróbuję.

A ja w lesie

22 niedziela maj 2011

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 9 komentarzy

Wiem, że się powtarzam, ale nic mnie tak nie relaksuje (no dobrze, prawie nic), jak poranny spacer przez las. Ptasie radio, wilgotny mech pachnący w słońcu. I to nic, że wlazłam buzią w pajęczynę.
Ulubiona ścieżka zarosła pokrzywami, które wysmagały mnie po gołych łydkach. Ojojoj! Ależ będę zdrowa!
A wieczorem, po całym dniu na słońcu, chłodny prysznic jak zbawienie. Po przeczytaniu dwóch stron książki odpłynęłam.
Śniło mi się, że uciekałam przed policją i wydało mi się sprytne podszycie się pod kogoś, w związku z czym ukradłam dokumenty panu i władcy. Brawa za logikę. Jak łatwo się domyślić, jesteśmy łudząco podobni do siebie, zwłaszcza w temacie biustu i zarostu. Każdy by się nabrał.

Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie pewna smutna moda.
Okolicę upodobali sobie quadowcy i crossowcy, a ja serdecznie nie znoszę tego rodzaju atrakcji, nie podoba mi się hałasowanie motorem w lesie i rozjeżdżanie szlaku. Nie wiem, co może być fajnego w smrodzeniu i warczeniu. Quadem jechałam raz w życiu, GOPR-owskim, jak mi się noga zgięła w drugą stronę i musieli mnie dotransportować do ambulatorium. Wystarczy.
Nieopodal domu moich rodziców też jest las i ciągnące się łąki, na których dla odmiany korposzczury co jakiś czas urządzają sobie zawody paintballowe. Emocje, wiadomo. Ja też mam emocje, dużo emocji, gdy później idę przez te łąki. Państwo menedżerowie po zawodach pozostawiają bowiem przysłowiowy syf i malarię. Rozbite butelki po wódce pośledniego gatunku, pety, wdeptane w trawę pudełka po papierosach, opakowania po chipsach oraz produktach z cyklu ‘prędzej ci serce pęknie’ (widocznie dziewczyny też przyjeżdżają dopingować swoich bohaterów).
Nie pojmuję dostarczania sobie wrażeń w tak karczemny sposób.

Przewodniki po nowych miejscach właśnie zamówione, więc chyba naprawdę będę jechać na urlop.

I’m bringing sexy back

08 niedziela maj 2011

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 4 komentarzy

Bardzo dziękuję za życzenia, bardzo.
Wstałam wczoraj rano i skonstatowałam, że skóra twarzy nadal na swoim miejscu. Wszystko tak samo.
(Nie byłabym sobą, gdyby nie opadł mnie lekki smutek, że niektórzy już nie zadzwonią, choć zawsze robili to rano. Skasować numeru nie umiem. Nie umiem też zresztą myśleć, że ich już nie ma. Ot, chwilowo są… poza zasięgiem).

Stopa opakowana w całkiem gustowny stabilizator – proszę państwa, jestem niezbyt dumną posiadaczką stabilizatorów na wszystkie stawy; na bal mogłabym się przebrać za Blaszanego Drwala – i zamrożona jakimś cudownym wynalazkiem, i cóż, no. Turla się człowiek. Właściwie to głównie leży. Wynosi sobie przed południem do ogródka stos książek oraz kieliszek zimnego prosecco i leży. Co jakiś czas tylko sprawdza, czy równo brązowieje na słońcu.
Oba tomy “Małpy” pochłonęłam w tempie zatrważającym (lubię pamiętniki), “Drabinę Dionizosa” trochę męczę, chyba nastrój nie całkiem na tę książkę. Takie straszne historie najlepiej podchodzą mi w górach, gdy za oknem ciemno, mgła, w ciszy tylko wiatr zaszeleści gałęziami, drzwi zaskrzypią. Raz zabrałam w Tatry jakąś okropną książkę o duchach i wskutek tego całą noc spędziłam zamknięta w śpiworze po czubki włosów.

Nie chce mi się wracać.
Mam tu niesamowite sny. Dziś na przykład (w prezencie?) przyśniło mi się, że dostałam karnet na seks grupowy z Justinem Timberlake’iem. Zachodzę w głowę, czemu taka obsada, bo on zdecydowanie nie jest w moim typie, zbyt wymuskany. Ani też nie słucham go za bardzo. Oczywiście obudziłam się, zanim nastąpił gwóźdź programu. Żałuję, inaczej dopiero miałabym co opisywać!
Taki karnet to bym z chęcią przyjęła – tylko żeby z kimś innym… No, ale on w podróży akurat i gdy wróci, to ja wyjeżdżam. Nic nowego. Jak to Osiecka pisała, do pary, nie w parze, bezsenni żeglarze.

Sometimes it’s hard to be a woman

18 poniedziałek kwi 2011

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 8 komentarzy

Z tą zimą jest tak, że mój bardzo specjalny wysłannik donosił wczoraj, jakoby wiosenny śnieg był cudowny. Przyjęłam do wiadomości i wyciągnęłam grzeszne ciałko na leżaku.
– Uważaj na siebie na tej szreni.
– A ty się opalaj.
Ale że narobił mi apetytu, zdjęłam z półki podniszczony, przemoczony i wytarty przewodnik Nyki – i zaplanowałam sobie trasę na późną wiosnę.
Jeszcze ze dwa sezony i będę musiała kupić nowy egzemplarz. Wiecie, że ani razu nie trafił mi się w Tatrach idealnie pogodny dzień?

Grzeszne ciałko zasłużyło na leżakowanie pod bezchmurnym niebem (tym bardziej, że kręgosłup napieprza aż miło – dyskopatia lubi o sobie przypominać). Poezja – kwitnące tulipany, brzęczące pszczoły, koncertujące donośnie kosy na jabłoni, spacer z psem przez pachnący las. Mam ochotę zostać tu na zawsze. Kiedyś byłam niemożliwym mieszczuchem, który panikował na myśl o spędzeniu weekendu z daleka od kawiarni, kina i nadajnika telefonii komórkowej. Od pewnego czasu z dużą radością, proszę państwa, pielę grządki, a gdy wychodzę do tutejszego sklepu, nie zawracam sobie głowy makijażem – ot, trampki, koszulka i można iść. Przed sklepem budują chodnik, bo nie było. Długo budują, już ze trzy tygodnie, tutaj nie ma się do czego śpieszyć. Ktoś dowcipny na stercie płytek chodnikowych przykleił kartkę ‘budowa autostrady A6′.
Nie tęsknię za miastem ani trochę. Dojrzewam za to do myśli o własnym kawałku chaszczy zamiast większego mieszkania.

Wieczorem siedzę w ogródku i słucham tych kosów. Otwarta książka leży na kolanach.
– Włóż coś na siebie, zimno się robi – ojciec podąża w moją stronę, dzierżąc w dłoniach swoją wysłużoną, kraciastą koszulę.

Słyszałam w radio o kryzysie męskości i trochę się zamyśliłam.
Policzyłam znanych mi – wybaczą państwo tautologię – męskich mężczyzn i zamyśliłam się jeszcze bardziej. Bo rzeczywiście nie znam zbyt wielu facetów stabilnych emocjonalnie, pewnych siebie, zdolnych samodzielnie podejmować trudne decyzje, pogodzonych ze sobą, budzących zaufanie, a nie obawę z gatunku ‘Jezu, co on znowu wymyśli’ i takich po prostu silnych. Co nie znaczy, że gruboskórnych.
Sprawę posługiwania się lutownicą i siekierą przemilczę, bo nie o to chodzi.
Mężczyźni w mojej rodzinie tacy są. Opoki w niemal biblijnym wydaniu. Pozornie szorstcy w obejściu twardziele, na których można całkowicie polegać. Tyle, że to panowie pod sześćdziesiątkę. W rocznikach bliższych mojemu trochę z takimi gorzej (choć dwie moje największe miłości nieprzypadkowo też są takimi chłopami, krzepkimi, konkretnymi, prawo i pięść). Większość moich znajomych ma ślicznie wypielęgnowane dłonie, kitesurfing uprawiają, ale za nic nie chciałabym zgubić się z nimi w lesie. A nic tak mnie nie zniechęca do faceta, jak rozedrganie, niepewność i podkulanie ogona w trudnych sytuacjach. Kiedy okazuje się, że z naszej dwójki to mnie przypadło w udziale pokazanie cojones, pokazuję, robię na zimno co trzeba, tylko że współgracza nie umiem już potem traktować jak partnera do czegokolwiek. Ja nie jestem bluszczem, świetnie radzę sobie sama, nie wpadam w histerie, mam dość mocną psychę – ale czasem potrzebuję czuć, że ktoś mnie zasłoni przed wichurą, przyjmie ją na własną klatę. Gdy nie czuję, żegnam się bez sentymentów.

– Kryzys męskości – westchnęła nasza bohaterka, skosiwszy trawnik, po czym zdjęła robocze rękawice, odkapslowała piwo i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku wróciła na leżak.

On that hallelujah day

05 niedziela gru 2010

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 4 komentarzy

Na Podhalu rozpoczął sezon narciarski, głosiła w piątek wesoło Wyborcza.
Widocznie ten ktoś, kto rozpoczął, jest tak znany, że nawet nie trzeba nazwiska podawać…
Zresztą to niezupełnie prawda, bo wiem z pewnych źródeł, że pierwsze narty były tam przynajmniej tydzień temu. Za to wczoraj połowa mojej firmy pchała się do Białki, bo darmowe wyciągi na otwarcie sezonu. Panom ratownikom tym samym życzę spokojnego weekendu.
Brnąc wczorajszego ranka przez moją śląską wiochę po kolana w śniegu, zazdrościłam piekielnie wszystkim, którzy już śmigają na deskach i złościłam się na siebie, że mam niedoleczoną kontuzję, zanikające od tkwienia za biurkiem mięśnie i w ogóle jestem tu, a nie tam. Ale nie, żebym marudziła po próżnicy. Napisałam do instruktora – prowadzi też szkolenia skiturowe, w czym pokładam pewne nadzieje na przetrwanie kolejnych zim. A później zabrałam psa i poszłam na długi spacer przez zaśnieżony las, wyglądający zupełnie jak Narnia, jak scenografia baśni Andersena. Towarzyszyły nam tylko sikorki.

Świat jest czasem zdumiewająco piękny i zachowuje się tak, jakby chciał was przytulić. Gdy wylądowałam piekielnie niewyspana w Katowicach, akurat wstawało słońce (nauczona doświadczeniem poprzedniego wieczoru, wstałam o 4:30, żeby wydostać się bez atrakcji z tego cholernego Krakowa). Zaspy skrzyły się w porannym świetle. Lekki mróz szczypał przyjemnie w policzki. Radio w słuchawkach schowanych pod za dużą czapką grało tę piosenkę i nagle wszystko stało się proste (specjalnie zalinkowałam tę wersję, a nie wyjącej Marysi Carey, bo to mój ulubiony wątek z tego filmu).
A później zgubiła mi się częstotliwość i naciskając w panice guziczki, trafiłam na jakąś lokalną stację, która – bo Barbórka przecież była – nadawała swinga w wykonaniu górniczych orkiestr dętych. I wiecie co? Nie przełączyłam. Podgłośniłam i pomaszerowałam przez budzące się miasto, które w tych okolicznościach przyrody wyglądało olśniewająco. Nie zdarza mu się to często…
Przez całe lata nie znosiłam orkiestr dętych. A pewnego poranka wysiadłam – skacowana po piątkowej sutej imprezie, bo studiowałam jeszcze wtedy – z pociągu na stacji Katowice-Szopienice i idąc na przystanek tramwajowy, nagle usłyszałam muzykę. Pomyślałam, że chyba jednak wypiłam za dużo. Ale jednak obejrzałam się – bo muzyka była coraz głośniejsza – i zobaczyłam maszerującą orkiestrę górniczą. Grali When The Saints Go Marching In. Cała ulica zamarła, a panowie, dmąc w trąby z powalającą energią, przeszli i znikli za rogiem, jakby nigdy nic.
Pamiętam, że sąsiad mojej babci grał w orkiestrze (bodaj KWK Wieczorek) i każdego roku 4 grudnia wychodził rano w mundurze, z pióropuszem, dźwigając wielką tubę. To już też odchodząca tradycja.

A później radio zagrało jeszcze to i prawie się załzawiłam z zachwytu w pustym autobusie jadącym przez śląskie, słoneczne bezdroża, tupiąc rytmicznie obutą w śniegowca nóżką.

Tak namodziłam, że w styczniu mam tylko jeden wolny weekend i raduje mnie to niezmiernie. No bo najpierw znowu do Łodzi, tydzień później do Madrytu, pomiędzy być może w góry, a uprzednio też w góry, choć to jeszcze muszę dograć, bo oczywiście w moim babskim rozumku już się tli pewien bardzo ostrożny, choć nieszczególnie grzeczny PLAN. Udaję, że mi na tym ani trochę nie zależy i nie zamierzam poruszać tematu przed świętami. Mam tak dobry humor, że chwilowo nawet wierzę, że mi się uda.

Mój uskrzydlony nastrój jutro weźmie i pójdzie w pizdu, bo korki, ścisk w tramwajach, huk roboty, festiwal złych wiadomości, chlapa i paskudnie, ale dzisiaj to zupełnie inna para kaloszy, szczęśliwa para, o – właśnie taka.

W promieniach słonecznych opalamy się

09 sobota paź 2010

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 10 komentarzy

Tagi

blues, damsko-męskie

Miałam wielkie plany na ten weekend, tak wielkie, że mnie przerosły. Koniec końców znowu przyjechałam na wieś. W autobusie, do którego ledwo się zmieściłam (a miałam nadzieję, że studenty nie wstają tak wcześnie) czytałam NPM. Zgadzam się całkowicie z dość gorzkim wstępniakiem o serialowych ucieczkach ‘z miasta do Zakopanego’.

Znowu siedzę w ogródku, na niebie ani jednej chmury, policzki lekko pieką od słońca. W katowickim Empiku, w którym tradycyjnie przeczekuję czas do drugiego autobusu, nie dość, że masa fajnych książek, to jeszcze z głośników przygrywali Fun Lovin’ Criminals. W Trójce w maminej kuchni – Paolo Nutini śpiewający New Shoes. Koncert życzeń mam jakiś?

Rawa Blues mnie ominie, bo nikt nie chciał ze mną pójść. Ani jedna cholerna sztuka znajomego. Wszyscy na słowo ‘blues’ mają sztampowe skojarzenie – kudłate dziady charczące o tym, że piją, bo baba odeszła. Duży błąd. Mogłam dać ogłoszenie na forum. Blondynka, prawie 90-60-90 i tak dalej, na pewno znaleźliby się chętni melomani do zaopiekowania mną… Z tym 60 niestety ostatnio mam problem – będzie ostra zima, bez przerwy jem. W pracy mogłabym zjeżdżać do stołówki co godzinę.

Jeśli już o robocie mowa. Gdy człowiek pracuje na stanowisku kierowniczym, prędzej czy później przenosi ‘fabryczne’ zachowania na życie prywatne. Widzę po sobie. Stałam się wymagająca. Lubię wszystko wiedzieć. Kiedy coś jest nie tak, jak oczekiwałam, protestuję i domagam się poprawek. A parę lat temu można było wleźć mi na głowę.
Wiem, co pozwala najłatwiej uzyskać nad kimś przewagę. Niedopuszczenie go do głosu.

Tak właśnie zrobił. Jest wytrawnym socjotechnikiem, trzeba przyznać. Ma też niebywale dominującą osobowość, która nie od razu ujawnia się w całej krasie, siedzi przyczajona pod tym firmowym niewinnym uśmiechem, pod dość anielską powierzchownością – ale gdy już wylezie na wierzch, człowiek nie ma w starciu z nią najmniejszych szans. Nie ma dyskusji, nie ma negocjacji. Walka o swoje odbywa się na zasadzie kropli drążącej skałę, trzeba więc mieć w cholerę cierpliwości. I fajny biust, choć i ten nie zawsze pomaga.
To, co mam do powiedzenia, nie jest ani niemiłe, ani zaskakujące. Jest – tak przynajmniej mi się wydaje – pozytywne. Bardzo mnie już gryzie w język. Chciałabym to z siebie wyrzucić, no. Może jeszcze nadarzy się szansa. W filmach i piosenkach zawsze się nadarza.
W ogóle tyle mam historii, których jeszcze nie słyszał, tyle wrażeń, którymi chciałabym się podzielić, tyle pomysłów, które zawsze były wysłuchiwane bez cienia pobłażliwości, i co ja mam z tym wszystkim teraz zrobić…
Wcale nie chcę, żeby znikał na zawsze, choćby nie wiem jakim był skurwlem.

Na razie tylko boli mnie głowa. Planuję Tatry albo Spisz w przyszły weekend – bez szaleństw, raczej w stylu ‘to ja tu sobie posiedzę i popatrzę’. Bilet kupiłam do Bolonii za całe 32 złote (plus dwa razy tyle za opłatę kartą, śmiech pusty i wkurw ogarniają). Ale, drogie panie z ojczyzn leprechaunów i Flamandów, co podobno nierozmowni są, to jeszcze nie koniec zakupów, bo nadal mam niezły zapas urlopu.

Niby czuję się nieszczęśliwa, momentami bardzo. Zwykle mi wtedy głupio, bo wiem, że są ludzie, którym gorzej, bardziej pod górkę, którzy rzeczywiście mają o co mieć pretensje do Wielkiego Szefa czy kogo tam. A ja mam właściwie sympatyczne życie, tylko kiepską rękę do miłości.
Z drugiej strony – dopiero od niedawna daję sobie prawo do czucia się źle, do smutku, do wzdychulstwa, do ain’t no sunshine when he’s gone. Już nie chcę udawać największej twardzielki na osiedlu. Czasem człowiek po prostu musi posiedzieć, ponicnierobić, poużalać się nad sobą.

My bonnie is over the ocean

02 sobota paź 2010

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 11 komentarzy

Pewne dziewczę z miasta pod kopcami
Wielkie miało problemy z samcami
Aż raz nie wytrzymało
I z nerw eksplodowało.
Niechże samcy radzą sobie sami
.

Gdy się nudzę, to wymyślam limeryki. Wczoraj wieczorem w autobusie na wieś bardzo się nudziłam, jak widać.
Na dworcu okropna chwila wątpliwości, czy może jednak nie pojechać w przeciwnym kierunku. Bardzo bym chciała znowu iść wieczorem tą błotnistą uliczką, na zakręcie zadzwonić, że już docieram i zobaczyć zapalające się w oknach światło. Marzę, żeby tam wrócić. Tyle chwilowo mogę. Pomarzyć.

Przyjechałam, po czym okazało się, że koni nie będzie, bo instruktor się rozchorował.
Nici z zakwasów. Szkoda.
Nasłoneczniam się za to, siedząc w ogródku w grubym polarze (tak, lansuję się po wsi w Grifone – ale z przeceny). Glajciarz latał nad pobliskimi łąkami tak nisko, że obstawiałam zawiśnięcie na przewodach wysokiego napięcia, ale się wykaraskał i dokądś go poniosło. Zazdroszczę.
W niebo lecą smugi dymu z palonych liści. Lubię ten zapach i trzaskanie ognia, choć jesieni nie znoszę, przeczekuję ją. Na kolanach laptop, obok autobiografia Agathy Christie. Fenomenalnie napisana, trudno się oderwać.

Znowu mi się śniło, że ktoś mi się oświadczył i znowu był to zły sen. Panikowałam. Chciałam odmówić.
Mam chyba jakąś nie do końca uświadomioną obsesję wolności.
W ogóle ostatnio wyraźnie zauważam, że u innych najbardziej drażnią mnie cechy, które sama po tym łez padole obnoszę. Taką Amerykę odkryłam na własny użytek. Najgorsze jest to, że sama zrobiłam to, czego nie lubię w wykonaniu innych. W sytuacji, gdy ktoś na mnie naciska, zawsze reaguję obronnie. Nawet, gdy naciskającego lubię i nawet, gdy naciska w przyjemnej sprawie (wyjścia do kina, wspólnego piwa etc.). Mam wtedy taki dziwny odruch – nie tak prędko. I hamuję, i unikam konkretnej odpowiedzi… Nie mam złych intencji, nigdy nikogo nie spuszczam po brzytwie, po prostu lekko się wiję. Po pierwsze lubię, kiedy piłka jest po mojej stronie. Po drugie natomiast – nie potrzebuję częstych kontaktów z ludźmi, nawet bliskimi. Zdarza mi się odmawiać spotkań nie dlatego, że mam sto innych spraw, ale dlatego, że po prostu chcę sobie pobyć sama. Jestem raczej zdystansowana i nie mam ochoty tego zmieniać. Trudno mnie sobie owinąć wokół palca.
Skądś to znam. I teraz rozumiem, jak duży popełniłam błąd, wiercąc dziurę w brzuchu. Ta metoda nie miała szans zadziałać.

Dogoterapia

28 sobota sie 2010

Posted by porta celeste in Wieś

≈ 8 komentarzy

Wspaniale sobie drzemać w ciepłej pościeli, gdy za oknami szumi deszcz.
I tylko ekran telefonu dyskretnie błyska od czasu do czasu, czemu jeszcze nie śpisz?…
Pysznie.
Nie byłabym sobą, gdybym nie obawiała się, że coś znienacka pieprznie. Bo coś mi za dobrze. Nie jest łatwo, ale jest dobrze. Ostatnio nieustannie się uśmiecham. Nieznajomi mi mówią, że ładnie wyglądam. No, między Bogiem a prawdą ci nieznajomi to podgórskie żuliki sępiące pod spożywczym na “Leśny dzban” :)

O siódmej rano ze snu o przystojnych krakusach wyrwało mnie dotknięcie zimnego, mokrego nosa na policzku. Ziewnęłam, wciągnęłam na tyłek gatki i ruszyliśmy na spacer.
Psisko jest niebywale towarzyskie, ze wszystkimi musi się przywitać. Zauważył, jak młody sąsiad moich rodziców wychodzi na uliczkę przed domem i natychmiast do niego pobiegł.
– No cześć, piesek!
– Dzień dobry panu – mówię, gdy piesek, mizerne 52 kilogramy kudłatego szczęścia, macha ogonem i domaga się pieszczot.
– Dzień dobry. Ja dziś niestety nie mam czasu na przytulanki – mówi sąsiad, patrząc na mnie. Hę?
Chyba muszę zacząć dłuższe gatki po wsi nosić.

Jeśli już mowa o tym, w co odziewam 214 centymetrów moich nóg (tak, właśnie w kolejce po nie stałam, gdy rozdawali rozumy) – proszę sobie wyobrazić, że weszłam w posiadanie pierwszych skórzanych spodni. Tak właśnie wygląda moje oszczędzanie na dalekie podróże. Spodnie nie są tak naprawdę skórzane, ale wyglądają całkiem, jakby były. Dokupię sobie jeszcze parę pieszczoszków i jak słowo daję, pójdę tak kiedyś do biura w ramach casual Friday.

Tymczasem pismo dla panów lansuje turystykę górską za pomocą miałkiego tekściku. Rozwaliło mnie napomknienie o sushi w kontekście Bieszczad, a wymienianie Orlej Perci na pierwszym miejscu w artykule wyraźnie przeznaczonym dla ludzi, co wcześniej zdobyli najwyżej Szyndzielnię kolejką, jest – delikatnie mówiąc – nieostrożne.
Znam ja takich, co to biorąc się za sporty wszelakie, kupują najsampierw wyczynowy sprzęt, więc nie poszliby w Beskid Sądecki, tylko od razu na Granaty, a w kieszeni noszą zawsze gumę do stylizacji włosów. Są to ostatnie osoby na tym łez padole, z którymi chciałabym pojechać w góry.
Pomyśleć, że kiedyś umawiałam się z podobnym. Brr.
Niezły przeskok wykonałam – od wina śliwkowego sączonego w wytwornym lokalu, w towarzystwie dżentelmena w gustownych okularach i modnej koszuli, do piwa pitego z gwinta w drewnianej chałupce, w której zimno jak w psiarni, a w tle, zamiast zmysłowego chilloutu, sączą się rubaszne dźwięki nadawane przez jedyną stację radiową, jaką da się złapać w środku niczego, kręcąc pokrętłem wysłużonej Szarotki.

Od Turbacza wieje wiatr

16 poniedziałek sie 2010

Posted by porta celeste in Góry, W drodze, Wieś

≈ 8 komentarzy

Po nieprzespanej – bo smutno – nocy rankiem budzi mnie olśniewająco błękitne niebo, pachnące słono powietrze. Tak sobie myślę – choć nie chcę tu brzmieć jak nawiedzona popłuczyna po Coelho – że matka natura jednak kocha swoje dzieci, mnie też, i wie, jak mnie rozchmurzyć.
Aż chciałoby się wybiec boso na mokrą trawę. Tylko że, prawda, osiedlowi sąsiedzi troszkę by się zdziwili…

Planuję wrześniowy urlop. Kierunek – Podkarpacie. Zobaczymy, dokąd dokładnie mnie zaniesie; może uda się minąć granicę. Na razie czytam o bieszczadzkich wiochach i rozpromieniam się, gdy dział ‘Atrakcje’ na stronie internetowej takiego miejsca głosi: ‘Sklep, bar, przystanek PKS’.
Moja przyjaciółka niedawno wróciła z Suwalszczyzny. Opalona, ubłocona, przeszczęśliwa. Mieszkała we wsi składającej się z trzech domów. W jednym z nich znajdował się – powiedzmy – pensjonat, sklep z częścią barową, okręgowa komisja wyborcza i ogólnie wszystko. W części barowej piwa typu Żywiec czy Tyskie nie uświadczysz – tylko jakieś lokalne browarne specjały za złoty pięćdziesiąt. Rankiem przed – powiedzmy – pensjonatem po łące spacerowały klekoczące bociany.
– Byłabyś zachwycona – stwierdziła. Ma rację.
Właśnie takie wakacje lubię najbardziej. Czuję się najlepiej w lekko zapyziałych dziurach z jedną ulicą, bo tam rozkwita moje zamiłowanie do przebywania w swoim własnym towarzystwie. Splendor kurortów spływa po mnie jak woda po gęsi. Męczę się w takich miejscach, za dużo hałasu, za duży ścisk. Urlopowe spełnienie marzeń to dla mnie kwitnąca hala bez cienia człowieka na horyzoncie.

Sama chcę jechać. Ale sama się nie boję. Już nie, bo dobrze pamiętam, jakim wyzwaniem była pierwsza samotna wycieczka – a nie był to Azerbejdżan autostopem, tylko Francja pociągiem.
– No to jedź – usłyszałam kiedyś, od kogoś, kto mnie bardzo obudził i uświadomił, że wiele spraw jest prostszych, niż się wydaje. – Co za problem? Ja prawie zawsze jeżdżę sam, bardzo lubię. Tylko czasem po drodze nie ma z kim pogadać…
Widząc, jak buzia mi tężeje, szybko dodał:
– Ale zawsze można pogadać trochę do siebie.
Gadałam więc do siebie i jakoś się udało. Jeszcze lepiej pamiętam pierwszą samotną wyprawę w góry – też nie jakąś szaloną, z Kowańca do Rabki przez Turbacz. Poczucie triumfu, gdy siedziałam w pociągu wiozącym mnie z powrotem do Krakowa – nie do opisania. To był jeden z moich pierwszych Everestów. Ciekawam, ile ich jeszcze przede mną.
Jeśli już o Everestach mowa – pokazałam mamie stronę z trekkingami i mama stwierdziła, że od dziś rodzina przechodzi na przymusową dietę złożoną z suchych bułek, bo ona oszczędza na marsz wokół Manaslu.
Niech sobie tylko nie myśli, że pojedzie tam sama.
Uwielbiam wspomnienie mojej mamy w Alpach, brnącej w upale przez śnieg pod Grossglocknerem z miną zdobywcy. Wcześniej raczej w górach nie bywała – no, trochę w Beskidach – a tam znalazła w sobie taką pasję, że miło było patrzeć, jak twardo prze pod górę zasapana.
– Jak wysoko weszłyśmy? – spytała wieczorem, gdy siedziałyśmy pod pierzynami w pensjonacie (alpejskie noce w lipcu są bardzo zimne) i piłyśmy wino z kartonika.
– Dwa tysiące osiemset metrów.
Rozjarzyła się jak żarówka.
– W życiu bym nie pomyślała…

Odpowiadając na pytanie, dzięki któremu ktoś tu trafił z wyszukiwarki – dwie godziny, najwyżej trzy…

Can’t help but wonder

15 niedziela sie 2010

Posted by porta celeste in Gadka szmatka, Wieś

≈ 10 komentarzy

Zastanawiam się.
Taki dzień. Deszcz pada od wczesnego ranka. Nad naszym pagórkiem krąży burza. Pięknie jest, ale od czasu mojej niezapomnianej przygody na Łomnicy boję się burz. Łypię co chwila na otwarte drzwi na taras. Czy pioruny kuliste naprawdę wpadają do domów? Koniecznie muszę to wiedzieć, jak pisywał Tadziu do Ani.

Przyjechałam sobie odpocząć. Wyniosłam wczoraj – gdy jeszcze świeciło słońce – do ogródka miskę śliwek, szklankę ze słabym szprycerem, książkę i pragnienie świętego spokoju. Ledwo rozsiadłam się na huśtawce, usłyszałam zza płotu donośne:
– Kurwa żesz w pizdę jebana twoja mać!!
Sąsiad remontuje dach. Złamało mu się wiertło.
Potem wydarzyło mu się jeszcze kilka dramatów, więc nasłuchałam się dużo. Zawsze podziwiałam umiejętność takiego spiętrzania przekleństw, bo ja się wstydzę. Lowelas tak potrafi – jak się zezłości, wyrzuca z siebie zdania wielokrotnie złożone, zbudowane z samej tylko kuchennej łaciny. A że zwykle jest człowiekiem bardzo grzecznym i kulturalnym, wrażenie jest dość wstrząsające.
Ilekroć zabierałam się za czytanie, sąsiad zarzucał nową litanią, jeszcze bardziej rozbudowaną i obraźliwą dla wszystkich świętych. Wreszcie się poddałam.

Nie będę musiała jechać w Pieniny, bo Skrzek za tydzień gra na Laubie Pełnej Bluesa w skansenie. Łaskawie pozwoliłam tacie zaprosić się na tę imprezę. Bardzo się cieszę.
Pozwolę się też zaprosić do Międzybrodzia Żywieckiego na piknik lotniczy – najfajniejszy, bo bez zadęcia. Przepiękne miejsce, jezioro, góry. Przyjemna impreza dla samych swoich, z leżeniem na trawie, tańcami w hangarze, szeleszczącymi glajtami i szybowcami śpiewającymi nad głową. Bo szybowiec, gdy leci, tnie powietrze tak, że ono furczy miło, jak w muszli. Nie znoszę pokazów lotniczych, ale gwiazdą tej właśnie imprezy będzie Jurgis Kairys, który swoim lataniem wszelkie prawa fizyki podważa.
A pokazów lotniczych nie znoszę dlatego, że trzy lata temu właśnie na Żarze rozmawiałam z uroczym młodym człowiekiem w kombinezonie Żelaznych. Przepuścił mnie w kolejce do bufetu.
– Ja mam czas – powiedział.
Okazało się, że tylko tydzień tego czasu miał.

O czym to ja?
A tak, że zastanawiam się.
Zastanawiam się, jak to jest, że ja za wszelką cenę próbuję doszukać się w ludziach pozytywnych cech. Jestem z natury przyjaźnie nastawiona. Jeśli mężczyźni naprawdę kochają zołzy, to mnie nie pokochają nigdy, bo zołzą być nie umiem. Czasami lepiej byłoby umieć. Moja przyjaciółka zwykła powtarzać, że jestem dla ludzi za dobra.
– Ale – dodawała po namyśle – wszyscy do ciebie lgną.
Są plusy, oczywiście. Nie mam wrogów. Nikt na mój widok nie przechodzi na drugą stronę ulicy i odwrotnie. Moi byli, dowiadując się, że wyjeżdżam na wakacje, życzą mi świetnej zabawy. Pomagają zawiesić żyrandol po remoncie.
Umiem lubić człowieka nawet, gdy niekoniecznie łatwo mi się z nim współżyje. Wiem, że to jest dziwne i że to może trochę masochizm. Nasłuchałam się dość kazań o tym, że nie powinnam, że niektórych trzeba kijem pogonić. Nie zawsze mi się podoba to moje bycie dobrą samarytanką, poczciwym psiskiem machającym ogonem, ale taka już jestem. Cenię sobie moje znajomości i chcę je utrzymywać, a nie wymieniać na kolejne, może łatwiejsze. Nie usprawiedliwiam niczyich nałogów, trudności komunikacyjnych, zamiłowania do samotności, skłonności do znikania i zaszywania się w sobie tylko znanej jaskini, nieumiejętności okazania uczuć. Widzę to wszystko. Ale widzę też, że ktoś pod całym ciężarem swoich wad jest porządnym, uczciwym człowiekiem, który potrafi zaskoczyć zdumiewającą serdecznością, a z każdego dobrego słowa – z głupich życzeń imieninowych – cieszy się jak dziecko z nowej zabawki. A ja wolę skupiać się na pozytywach i zapamiętywać czyjś słodki uśmiech, niż wszystkie dziwne zachowania i nieodebrane telefony. Bo też sama czasem dziwnie się zachowuję i telefonów nie odbieram.
Rzadko, naprawdę rzadko podejmuję wobec ludzi kroki ostateczne w stylu ‘zjeżdżaj z mojego życia’. Uściślając – zrobiłam to raz.
I wiecie co? To wraca. Naprawdę wraca do nas to, co oddajemy innym.

Że naiwna jestem? Być może. Że dostanę w dupę? Mnóstwo razy dostałam. I proszę mi nie mówić, że lepiej byłoby, gdybym dopuściła cynizm do głosu. Nie chcę go.

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.