Policzki pieką od słońca.
Fajne, leniwe dni – ale leniwe niegłupio, ze stertą książek na podorędziu, planowaniem przyszłorocznych wyjazdów (oczywiście, że same góry i zadupia), niuchaniem maciejki pod księżycem, obfitymi kolacjami, kozim serem z żurawiną i lampką calvadosu na trawienie, wieczornymi rozmowami z rodziną, z wielogodzinnym zawziętym rżnięciem w badmintona, aż mi o mały włos kolano znów wyskoczyło z zawiasów. Uwielbiam tę grę. Kiedy jeszcze pracowałam blisko krakowskich terenów zielonych, prosto z biura chodziłam tam grywać z przyjaciółką. Niezbyt sportowo, nie na punkty, za to na bosaka. Po dwóch godzinach, rumiane, spływające potem i ogromnie zadowolone z życia, udawałyśmy się na zasłużone zimne piwo. Muszę jej o tym przypomnieć i tego lata, zresztą przechowuje moje rakietki.
Umawiamy się zawsze na babingtona. Tak się mówiło w dzieciństwie. Babington.
W górach Korsyki jest kocioł, który zawsze chciałam zobaczyć – ponoć bardzo trudny do przejścia – a który nazywa się Cirque de la Solitude. Po naszemu Cyrk Samotności. Bardziej romantycznie to brzmi, niż nasza swojska Dupnica czy Durny, prawda?
Czuję, jakbym się w tym Cyrku Samotności już znalazła i siedziała w nim od paru dni z cudowną perspektywą posiedzenia jeszcze trochę.
Przyśnił mi się dziś nad ranem piękny. Byliśmy razem we Francji (oj! ależ bym chciała) i wysłał mnie po zakupy na targ, a sam sobie poszedł uprawiać sport – jakże klasyczny podział obowiązków… Obudziłam się w momencie, gdy pan na straganie z winem podliczył moją należność, wynoszącą 130 euro, a ja wpadłam w panikę.
Jeszcze parę tygodni samych snów mi zostało.
Pociesza mnie myśl, że organy nieużywane jednak nie zanikają aż tak szybko – oraz to, że w przypadku tego dżentelmena moje marzenia prędzej czy później się spełniają, tylko w nieco pokrętny sposób. Zatem kto wie, może i jeszcze mnie pośle z siatami na bazar.
Za to były złożył mi propozycję wspólnego wyjazdu na wakacje.
Musi być bardzo zdesperowany.
Dodał, że mogłoby być przyjemnie. Wolę nie dociekać, co ma na myśli.