Tagi
Zimno, ciemno, zwija się człowiek pod kołdrą, w środku nocy leci na paluszkach włączyć ogrzewanie. Jak żyć, droga redakcjo, jak żyć, gdy taki maj obrzydliwy? Czekam niecierpliwie na słońce i na zniknięcie świeżego śniegu z Tatr. Bo wrócił.
Szczęśliwie jest to pogoda, przy okazji której nie trzeba tłumaczyć się z nieróbstwa i zakopywania pod kocykiem z zapasem niezdrowych przekąsek. Nie ma tego złego…
Obejrzałam wreszcie Drive. Państwo wiedzą, że nie lubię chodzić do kina, wolę w domu, bo nikt mi chipsem nie szeleści, nie całuje się z mlaskaniem, nie atakuje reklamami. Wolę zwinąć się w fotelu, przygasić światła i oglądać.
No, muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Uwielbiam takie historie, takie kadry. W moje poczucie estetyki wpasowało się to idealnie.
Zwłaszcza Gosling.
Nie dość, że piękny, to rozbrajający ma ten nieśmiały uśmiech – szczególnie w połączeniu z tym, jak brutalnie i na zimno jego bohater wymierza karę złym ludziom.
Nęci mnie hybryda chłopca i bestii, Dawid i Goliat w jednym, co poradzę. Nie mnie jedną.
Właściwie dziś mogłabym obejrzeć to znowu.
(Całkiem też fajną ma kapelę ten Ryan. Nie taką, żeby leżeć pod głośnikiem, ale fajną, trochę pachnącą Waitsem. Oczywiście pewnie wszyscy wiedzą to od dawna, tylko ja jestem opóźniona w rozwoju popkulturalnym).
Ponieważ wyraźnie zostawiłam głowę po drugiej stronie świata, do żucia przy oglądaniu nabyłam sobie sushi i to był duży błąd. Od ludzi powróconych z Japonii słyszałam kategoryczne stwierdzenia, że nigdy więcej nie pójdą do susiarni między Odrą a Bugiem – dotychczas wydawało mi się to nieco histeryczne, ale teraz ich rozumiem. Nawet nie o świeżość ryb chodzi, tylko o tę czarowną przyprawę, której tutaj brakuje. Coś jak z rosołem, który najlepiej smakuje u mamy, a wszędzie indziej bywa owszem, przyzwoity, ale to NIE TO SAMO i już.
Jak państwo widzą, nie umiem – a i chyba nie chcę – wyjść z tego klimatu.
Czytam sobie akurat bardzo ciekawą książkę. Wiem, temat może wydać się nieco dziwny i niekoniecznie aż taki ciekawy, ale to naprawdę pasjonująca lektura. Chapeau bas dla autorki za napisanie naukowej monografii o czymś, co zdaje się mieć niewielkie znaczenie dla przeciętnego obywatela Polski, czyli homoerotyzmie 400 lat temu i 9 tysięcy kilometrów stąd w taki sposób, że trudno się oderwać. A pomijając już sam wiodący wątek, mnóstwo można się dowiedzieć o podejściu do seksu, całkowicie innym od naszego, obwarowanego wstydem, grzechem i wydumanymi zakazami, to zboczone, tamtego nie wypada.
(…) Człowiek jest czysty w swej pierwotnej naturze, a więc pociąg płciowy, skoro stanowi podstawę jego życia, też musi być czysty. Ponadto miłość fizyczna pozwala osiągnąć stan umysłu, w którym człowiek jest wolny od wszystkiego (…). Wstydzić się należało raczej unikania tego rodzaju aktów lub sytuacji, gdy akty te nie prowadziły do ekstazy, ponieważ świadczyło to o opieszałości w dążeniu do prawdy, o duchowej niedojrzałości i o słabości serca.
Bardzo, bardzo mi się podoba taki punkt widzenia.
I demiurg Izanagi, czyli Uśmierzający Szlachetne Łono. W jaki sposób uśmierzał, to sobie państwo zapewne mogą wyobrazić, ale tak czy inaczej jedno z jego dzieci przyszło na świat w efekcie czyszczenia nosa. Zostało bogiem burzy – logiczne.
Tymczasem do osobistego uśmierzającego wypadałoby zadzwonić. Poćwiczyć osiąganie właściwych stanów umysłu.
Coś w tym jest. Zawsze krzywiłam się na traktowanie seksu jako czystej biologii. To dużo bardziej skomplikowane. Bardziej niż kilkusekundowy strzał oksytocyny.
Ale najpierw trzeba mi tekst napisać. Nie mam pomysłu, szukam pierwszego zdania. Ratunku. “Ogary poszły w las” nie pasuje, “Billy Pilgrim wypadł z czasu” również nie. Poza tym kołacze mi się, że ktoś już chyba takich użył. Idę szukać dalej.