• Stopka

Porta celeste

~ Przewodnik po kobiecie trzydziestoletniej

Category Archives: Z mej książeczki kart

Szlachetne łono

15 wtorek maj 2012

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 4 komentarzy

Tagi

Drive, Japonia, Ryan Gosling, sushi

Zimno, ciemno, zwija się człowiek pod kołdrą, w środku nocy leci na paluszkach włączyć ogrzewanie. Jak żyć, droga redakcjo, jak żyć, gdy taki maj obrzydliwy? Czekam niecierpliwie na słońce i na zniknięcie świeżego śniegu z Tatr. Bo wrócił.
Szczęśliwie jest to pogoda, przy okazji której nie trzeba tłumaczyć się z nieróbstwa i zakopywania pod kocykiem z zapasem niezdrowych przekąsek. Nie ma tego złego…

Obejrzałam wreszcie Drive. Państwo wiedzą, że nie lubię chodzić do kina, wolę w domu, bo nikt mi chipsem nie szeleści, nie całuje się z mlaskaniem, nie atakuje reklamami. Wolę zwinąć się w fotelu, przygasić światła i oglądać.
No, muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Uwielbiam takie historie, takie kadry. W moje poczucie estetyki wpasowało się to idealnie.
Zwłaszcza Gosling.
Nie dość, że piękny, to rozbrajający ma ten nieśmiały uśmiech – szczególnie w połączeniu z tym, jak brutalnie i na zimno jego bohater wymierza karę złym ludziom.
Nęci mnie hybryda chłopca i bestii, Dawid i Goliat w jednym, co poradzę. Nie mnie jedną.
Właściwie dziś mogłabym obejrzeć to znowu.

(Całkiem też fajną ma kapelę ten Ryan. Nie taką, żeby leżeć pod głośnikiem, ale fajną, trochę pachnącą Waitsem. Oczywiście pewnie wszyscy wiedzą to od dawna, tylko ja jestem opóźniona w rozwoju popkulturalnym).

Ponieważ wyraźnie zostawiłam głowę po drugiej stronie świata, do żucia przy oglądaniu nabyłam sobie sushi i to był duży błąd. Od ludzi powróconych z Japonii słyszałam kategoryczne stwierdzenia, że nigdy więcej nie pójdą do susiarni między Odrą a Bugiem – dotychczas wydawało mi się to nieco histeryczne, ale teraz ich rozumiem. Nawet nie o świeżość ryb chodzi, tylko o tę czarowną przyprawę, której tutaj brakuje. Coś jak z rosołem, który najlepiej smakuje u mamy, a wszędzie indziej bywa owszem, przyzwoity, ale to NIE TO SAMO i już.
Jak państwo widzą, nie umiem – a i chyba nie chcę – wyjść z tego klimatu.
Czytam sobie akurat bardzo ciekawą książkę. Wiem, temat może wydać się nieco dziwny i niekoniecznie aż taki ciekawy, ale to naprawdę pasjonująca lektura. Chapeau bas dla autorki za napisanie naukowej monografii o czymś, co zdaje się mieć niewielkie znaczenie dla przeciętnego obywatela Polski, czyli homoerotyzmie 400 lat temu i 9 tysięcy kilometrów stąd w taki sposób, że trudno się oderwać. A pomijając już sam wiodący wątek, mnóstwo można się dowiedzieć o podejściu do seksu, całkowicie innym od naszego, obwarowanego wstydem, grzechem i wydumanymi zakazami, to zboczone, tamtego nie wypada.
(…) Człowiek jest czysty w swej pierwotnej naturze, a więc pociąg płciowy, skoro stanowi podstawę jego życia, też musi być czysty. Ponadto miłość fizyczna pozwala osiągnąć stan umysłu, w którym człowiek jest wolny od wszystkiego (…). Wstydzić się należało raczej unikania tego rodzaju aktów lub sytuacji, gdy akty te nie prowadziły do ekstazy, ponieważ świadczyło to o opieszałości w dążeniu do prawdy, o duchowej niedojrzałości i o słabości serca.
Bardzo, bardzo mi się podoba taki punkt widzenia.
I demiurg Izanagi, czyli Uśmierzający Szlachetne Łono. W jaki sposób uśmierzał, to sobie państwo zapewne mogą wyobrazić, ale tak czy inaczej jedno z jego dzieci przyszło na świat w efekcie czyszczenia nosa. Zostało bogiem burzy – logiczne.

Tymczasem do osobistego uśmierzającego wypadałoby zadzwonić. Poćwiczyć osiąganie właściwych stanów umysłu.
Coś w tym jest. Zawsze krzywiłam się na traktowanie seksu jako czystej biologii. To dużo bardziej skomplikowane. Bardziej niż kilkusekundowy strzał oksytocyny.
Ale najpierw trzeba mi tekst napisać. Nie mam pomysłu, szukam pierwszego zdania. Ratunku. “Ogary poszły w las” nie pasuje, “Billy Pilgrim wypadł z czasu” również nie. Poza tym kołacze mi się, że ktoś już chyba takich użył. Idę szukać dalej.

His voice was cloves and nightingales

10 wtorek kwi 2012

Posted by porta celeste in Sex, drugs & rock'n'roll, Z mej książeczki kart

≈ 3 komentarzy

Telefon to ostatnio ważne dość narzędzie w moim życiu, choć nigdy takie nie było – czego dowodzi fakt, że uzbierałam sobie 700 zaległych minut do wykorzystania.
Dzwoni, gdy spod prysznica biegnę do łóżka, z nadzieją na długi sen. Jeszcze nie wiem, jak bardzo naiwna to nadzieja.
– No? – słyszę. – To co mi powiesz?…
Siadam tam, gdzie się zatrzymałam, bo od zmysłowej melodii głosu w słuchawce, brzmiącego trochę jak wiolonczela, kręci mi się w głowie. Jakby mi się gorący miód wylewał na skórę.
Dziwi mnie własny śmiech, zupełnie inny niż zwykle, jaśniejszy, wyższy, jakoś go więcej. Ktoś przysłuchujący się z boku orzekłby pewnie, że głupawy ten śmiech.

Zachodzę w głowę, co wydarzy się dalej. Staram się nie myśleć za dużo, zająć czymś, skierować szalejącą energię w innym kierunku, ale to bardzo trudne. Nie potrafię się skupić, niewiele mnie obchodzi. Dostanę pewnie po uszach za to uciekanie w fantazje, ale nie dbam o to.
Odsłonięta, z wszystkimi emocjami na wierzchu i całkowicie rozebrana ze wstydu czuję się zdumiewająco dobrze, jakbym zrzuciła z siebie gorset, który mnie ciasno krępował.

Po trzech dniach czytania, tarmoszenia psów, długich rodzinnych rozmów o korzeniach (a mam ciekawsze, niż sądziłam – muszę ojca wziąć na długie spytki), wystawiania twarzy do słońca, jedzenia, jedzenia oraz jedzenia jestem – nazwijmy rzeczy po imieniu – opasła. Obiecuję sobie solennie, że od teraz jedynie zielona herbata i ewentualnie jeden sucharek. Tygodniowo.
Wiodąc przez tych kilka dni szczęśliwy żywot kanapowca pochłaniającego pięć tysięcy kalorii na dobę, przerobiłam Wielki bazar kolejowy – i muszę przyznać, że jestem zachwycona, takie pisanie o podróży to ja lubię. Bez wyliczanki odwiedzonych miejsc, bez rozwlekłych opisów tego, co za oknem – takie, którego najważniejszym bohaterem jest podróżowanie samo w sobie i ludzie spotkani po drodze. Zabawni, wzruszający, wkurwiający czasem. To jest najlepszy obraz świata.
We Wracając do moich Baranów obok znanych i lubianych nazwisk piwnicznych znalazłam również nazwisko ojca mojego kolegi ze studiów, a parę stron dalej kolejne, tym razem przodka znajomego z poprzedniej pracy. Grajdołek, mówię przecież.
Bez nowego Stasiuka obyć się nie mogło, więc po drodze na dworzec wbiegłam do księgarni, zgarnęłam i wybiegłam. Grochów jest książką cieniutką, ale tak poruszającą, że trudno przeczytać tak sobie, w autobusie, w poczekalni, przy porannej kawie z mlekiem, przekartkować pośpiesznie, żeby dopisać do listy przeczytanych w 2012, po czym zamknąć i pójść dalej. Proste zdania, niedługie, za to trafiają celnie w bolesne wspomnienia.

Toe story

19 niedziela lut 2012

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 3 komentarzy

Nie wierzę w solidarność jajników. Uważam, że to głupie – stać po czyjejś stronie tylko z tej przyczyny, że ów ktoś jest tej samej płci, co ja. Nie wierzę w nią również dlatego, że ona po prostu nie działa. Coraz częściej mam wrażenie, że w naturze kobiet nie leży granie do jednej bramki.
Ale, ale. Nie chciałam o niczym poważnym.

Halny powiał. Wreszcie chce się wyjść z domu, nie spędzać niedzieli pod kocem, czytając powieści z nieznośnie neurotycznymi bohaterami, tyjąc od przekąsek i alkoholu, i wzdychając do wiosny.
Wyszłam przyjrzeć się trochę światu. Spodobał mi się. Dwie roześmiane staruszki przed witryną cukierni, wystrojeni bracia kurkowi, pary pstrykające sobie zdjęcia, muzyka w słuchawkach zachęcająca do słania buziaków przechodniom. Wisła ciągle zamarznięta, ale już jakby jaśniej.
W taniej książce znalazłam za dychę Yoshiwarę – miasto zmysłów i cała w rumieńcach kartkuję przy obiedzie (krewetki z czosnkiem i limonką, obłędnie pyszne, a najlepsze było w nich to, że obiad zrobił mi się w kwadrans). Yoshiwara była, proszę państwa, dzielnicą Edo – czyli dzisiejszego Tokio – a właściwie zamkniętym światem, w którym żyły setki kurtyzan. To było oczywiście więzienie, kraina kobiecej uległości, ale też miejsce, w którym nie słyszano o niczym takim, jak grzech. Żadnego wstydu i poczucia winy, wszelkie pieszczoty każdego skrawka ciała dozwolone.
Zdążyłam już dowiedzieć się z lektury, że dobrze, jeśli kobieta miała odstający duży palec u nogi – dorośli mogą sobie tutaj zobaczyć – bo świadczyło to o namiętnym charakterze. Hmm.
(Oczywiście, że natychmiast zrzuciłam paputek, by ocenić poziom własnej namiętności).
Bardzo to ciekawe.
Zabawne swoją drogą, że Merlin umieścił ten tytuł w dziale ‘historia sztuki’, acz z drugiej strony trudno się spierać – seks to też sztuka.

Wytropiłam również książkę o historii prostytucji, ale odpuściłam tym razem. Pójdę po nią za tydzień.

Piękny powiadomił mnie z uciechą, że sezon narciarski ani chybi będzie trwał do maja.
Normalnie chyba wezmę i się rozpłaczę ze szczęścia. Gdzie mój kieliszek?

W charakterze

12 sobota lis 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 5 komentarzy

Całą noc nie spałam.
Nabawiłam się bowiem obsesji na punkcie Fitzka, kupiłam prawie wszystko, co w Polsce wydano (brakuje mi tylko książki o radiu, a ta interesuje mnie najbardziej) i czytam. Efekt jest taki, że nie mogę zasnąć, o ile nie zapalę światła i nie przesunę kanapy pod drzwi.
Najpierw się zastanowiłam, dlaczego ze świeżej, przyniesionej ze sklepu książki wypadła mi żółta karteczka z adresem mailowym. Później nie mogłam się oderwać, jadłam i brałam prysznic z książką, a gdy trzeba było iść spać, poszłam i nie mogłam zmrużyć oka, bo strachy mi wyłaziły spod łóżka.
Dlatego nigdy nie oglądam horrorów. Mam zbyt bujną wyobraźnię i jestem świetna we wkręcaniu sobie upiornych scenariuszy, a potem siedzę w kątku z kołdrą na głowie.

Panikę trochę uciszał rosnący zachwyt głównym bohaterem, który oczywiście jest człowiekiem złamanym i zbłąkanym, ale za to nieogolonym i bosym, w związku z czym przywodził mi na myśl faceta, którego niemal zawsze w takim wcieleniu widzę, seksownego do bólu.
Mniam.

Wczoraj w autobusie dziewczyna obok kłóciła się z chłopakiem przez telefon.
– Że co? Chcesz się ze mną zobaczyć? A w jakim charakterze mam przyjść? Jako twoja koleżanka czy była? O nie, stary, ja już mam na to wyjebane. Ja się nie zgadzam, żebyś tyle czasu z kumplami spędzał. ja na ciebie wcale nie krzyczę. Dość już mam tych twoich kumpli. Żegnam. Cześć.
Twarda sztuka, nie?
Też kiedyś taka byłam i niestety nadal – choć już na szczęście nie publicznie – zdarzają mi się histerie, odgrażanie się, że sobie pójdę w siną dal, dużo niepotrzebnych słów, z których po godzinie wycieram sobie język, mając nadzieję, że kolega ich nie zapamiętał. Zrobiłam już duże postępy, ale nadal czasami rozpędzam się za bardzo, emocje biorą górę i łubudu. Bogu dzięki, napady mękolenia zwykle puszczane są mimo uszu. A gdybym wyjechała z tekstem ‘w jakim charakterze’, pan szanowny popłakałby się ze śmiechu.

No dobrze. Wracam do kryminałów – ciągle mi ostatnio mało mrocznych historii, proszę o więcej – i wina porzeczkowego. Tak to lubię leczyć się z przeziębień.

Szpagat

06 czwartek paź 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 10 komentarzy

Wczoraj o niezwykle – nawet dla mnie – wczesnej porze wylądowałam w łóżku z dwoma fantastycznymi mężczyznami.
720 stron uciechy. Mniam.

Wspaniały język. Sto razy lepiej kupić tę cegłę niż stos powiastek, do których nigdy się nie wróci.
(Nie zmienia to faktu, że wracałam do domu z ośmioma książkami w objęciach – bo jeszcze o skład na Grodzkiej zahaczyłam. Pomyślałam sobie, że seksapil aż dymi z okularnicy z paroma kilogramami makulatury pod pachą).

W księgarni tłumek. Para nieopodal gapiła się na półki w dziale erotycznym (zauważyliście, że zwykle, niejako ku przestrodze sąsiaduje z nim dział ‘ciąża i dziecko’?). Na moje oko po trzydziestce oboje. Wybierali prezent dla kogoś, wiadomo przecież, że nic bardziej uciesznego, niż dwunasty egzemplarz światłych porad Watsjajany – który ponoć zachowywał wstrzemięźliwość – najlepiej otrzymany tuż po tym, jak nas rzucił chłopak.
– O, popatrz – powiedział on głośno. – pozycja drzewa na wietrze. A ty mi czegoś takiego nie robisz. Ale może zaczniesz dzisiaj, haha?
Przerzucił kilka stron.
– Za to w takim czymś już cię widziałem! Noo, rewelacja – oznajmił spłoszonej partnerce i pozostałym osobom.
Skąd one biorą takich kmiotów?

Prąd wznoszący

04 wtorek paź 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 8 komentarzy

Przerwa w przerwie, bo gdy na nowo poczułam się potrzebna i zajęta, nagle odzyskałam siły – przynajmniej na tyle, żeby cieszyć się ładnym dniem.
Człowiek jednak potrzebuje pracy.
Ale nie dlatego dziś lewituję.

W samym środku beznadziejnej walki z dołem wysłałam z głupia frant tekst do prasy. Reportaż, który kiedyś wcisnęłam do szuflady.
Do prawdziwej prasy. Takiej, co w kiosku leży. Ogólnopolskiej. Z dużym nakładem.
Dziś odpisali.

Przypomniało mi się, jak w odpowiedzi na moje mękolenie, że chciałabym, a boję się, tylu lepszych wyrosło, redakcje z pewnością co dnia są zalewane hektolitrami grafomanii, a w ogóle to głupio się za to zabierać po tylu latach przerwy, powtarzał przez długie miesiące – pisz, walcz, wracaj oknem. Jeśli nie odpowiedzą, męcz do oporu. Jak umiesz, to rób swoje i już.
Nie pojmował moich obaw przed porażką. Wcale nie wiedział, czy umiem, bo nigdy nie czytał moich wypocin, ale ponieważ jest wręcz fizycznie niezdolny do powściągania czyjegoś zapału, podkopywania naiwnej wiary, to tak optymistycznie założył.
Pewnie, że to było wielkie wsparcie, ale tylko ja wiem, ile przełknęłam komentarzy z gatunku ‘łatwo ci mówić’.
I dlatego najpierw do niego chciałam zadzwonić, zanim powiedziałam komukolwiek innemu.
Na razie nie powiedziałam nikomu. Wypiłam tylko z tej okazji musujące żelazo z kwasem foliowym. Może wieczorem, gdy już uwierzę, że to naprawdę i odeślę podpisy do fotografii, wzniosę jakiś toast w wannie…

Najśmieszniejsze jest to, że wysłałam ten tekst, bo nie mogłam znaleźć innego. Myślałam, że tamten jest naprawdę dobry, a ten ewentualnie obleci.

Zanim przegląd skrzynki pocztowej podniósł mnie na duchu (a właściwie wystrzelił w kosmos), nie rozstawałam się z ponurymi kryminałami. Podczas, gdy literaturę kobiecą, melodramaty i wszelkie lukrowane historyjki omijam szerokim łukiem, plugawym opowieściom nie mogę się oprzeć. Fitzek i Nesser idealnie wpasowali się w moje samopoczucie. Jest krwawo, brudno, perwersyjnie, wszyscy mają ostrą skoliozę moralną. Poza tym lubię bohaterów, w których odnajduję kawałek siebie, a dziewczyna z Kolekcjonera oczu ma ze mną coś wspólnego, i owszem…

Przewróciłam się w grobie

28 niedziela sie 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 6 komentarzy

Mein Gott.
Dałam jednak wyciągnąć się na tę imprezę i był to błąd okropny. Albowiem minęły już czasy, gdy człowiek okupował bar do piątej rano, a następnie świeżutki maszerował na wykład. Czasy, które nadeszły, to czasy porannego okupowania czegoś zgoła innego niż bar. To czasy słabej herbaty i spuszczonych rolet. To czasy głośnego tupania kotów.
Żenujące.
Najgorsze było to, że dzień wcześniej umówiłam się z kurierem na dziewiątą rano. Kurier był niestety punktualny. Drzwi otworzyły mu blade zwłoki. Wymamrotały ‘zzińbry’, wyrwały przesyłkę i zniknęły kontynuować cierpienie.
Za to przeczytałam 200 stron książki. Tylko na to znalazłam siły.

No cóż. If you wanna run cool…

Mogę sączyć wino na własnej kanapie, opierając stopy o atrakcyjnie umięśnione udo. Lub spędzać z dziewczynami leniwe popołudnia na Kazimierzu – cappuccino, piwo, obiadek. Ale na imprezowanie jako takie jestem chyba już za stara.
Za to poranki jak dzisiejszy – uwielbiam. Chłodny wiatr, świeże pączki i kawa czekoladowa parząca w wargi, i Cuba de Zoo w odtwarzaczu. Podoba mi się ta płyta, bardzo dynamiczna.

Pisarza, który nienawidził kobiet zmęczyłam do końca z niemałym trudem. Nie dlatego, że książka zła, bo dobra. Tylko bohater budził we mnie odrazę.
Spotkałam kiedyś faceta, który podobnie złe emocje we mnie wywoływał. Było w nim coś psychotycznego, bałam się zostawać z nim sama.

Nad wreszcie wylicytowaną książką Kukuczki zalewam się łzami, więc dawkuję oszczędnie.
A Mulata w pegeerze rzeczywiście wchłonęłam niemal w całości, we wczorajsze katzenjammerowe popołudnie. Wyborne reportaże. Groteska na każdej stronie – aż trudno uwierzyć, że taki kraj istniał naprawdę.
Obiecałam sobie, że w tym miesiącu już żadnej książki nie kupię. Może z wyjątkiem jednej. Autora bardzo cenię i co tydzień słucham.

Kiedyś wspomniałam – przy okazji Balkonu chyba – o facecie ujeżdżającym kobietę i teraz ciągle ktoś tu trafia, zapytawszy wyszukiwarkę, jak to zrobić.
No, panowie, żebym ja to miała tłumaczyć…

Z pijanym żeglarzem co zrobimy

29 piątek lip 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 1 komentarz

Tagi

Big Zbig Show, de Sade, Księgarnia Hetmańska, Leopold von Sacher-Masoch, szanty

Czuły barbarzyńca jedzie na jeziora, na męski weekend pod żaglami.
Obawiam się, że mogą one, te żagle, wyglądać następująco (swoją drogą, czy to nie jest cudownie wykonane?).
Niech sobie jedzie. Będzie musiał wrócić i już się na to cieszę.

Cieszę się również na to, że się wyśpię dziś – mam zresztą plan zaraz czmychnąć w pościel z opasłym tomiszczem, niech tylko ściemni się trochę. Tak, wiem, wstyd w piątek z kurami chodzić spać, ale przez ostatnie dni nieustannie brałam się z życiem za bary, ratowałam świat, czułam trzask wypruwanych żył. Muszę odwiesić na kołek pelerynę i maseczkę, przebrać się w puchaty szlafrok, wetrzeć oliwkę z ziaren pszenicy w zesztywniałe stawy i paść na pysk. Jakoś wolę być odpoczynkiem wojownika niż samym wojownikiem. To drugie szkodzi na urodę. Nie jestem stworzona do heroicznych czynów, wolę je w spokoju podziwiać z bezpiecznej odległości i rzucać się na szyję zwycięzcom.

W Hetmańskiej zniżka na książki górskie – wreszcie złowiłam za śmiszną cenę “Wołanie w górach” – i biografię Kaliny Jędrusik, głupio byłoby nie skorzystać, więc znowu wracałam do domu objuczona makulaturą. Zainteresowało mnie jeszcze to i pewnie wrócę kupić, przyda się na zimowe wieczory… Mam wszak na półeczce markiza de Sade, “Historię O” i “Wenus w futrze” (skromny ów zestaw stoi zresztą pomiędzy science-fiction a podręcznikami do nauki niemieckiego), taka drobna słabość. Będzie do kompletu.

Pod gruszą

12 niedziela cze 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 13 komentarzy

Dawno nie wracałam do domu na bosaka, ze szpilkami w ręce.
Pan i władca byłby zachwycony widokiem.
Wielkie nieba, jaka to ulga – pozbyć się wysokich obcasów, na których spędziło się osiem godzin tańcząc, stojąc w kolejce do baru i toalety, przechodząc po kocich łbach z knajpy do knajpy, i przebiec do domu skrótem przez skwerek cały już w porannej rosie. Sąsiad wychodzący do pracy na szóstą posłał mi ucieszne spojrzenie.
Nieźle się bawiłam, mięśnie brzucha bolą od śmiechu, ale już mnie imprezy nie cieszą. Naprawdę wolę sobie w góry pojechać. Jeśli nieprzespana noc, to przegadana z przyjaciółką przy winie albo z miłym w pościeli, a nie na parkiecie. Był moment, gdy siedziałam, patrzyłam na kotłujący się tłum, dudniącą muzykę czułam w klatce piersiowej, buty kleiły się do zalanej alkoholem podłogi i myślałam – dlaczego ja nie jestem w domu? A kiedyś to było dla mnie naturalne środowisko.

Przed knajpą stało paru Brytyjczyków z kuflami w dłoniach. Sezon na stag nights w pełni. Jeden z nich zlustrował mnie od stóp do głów i by wyrazić aprobatę, wykonał jednoznacznie kojarzący się gest. Stojący obok mnie kumpel grzecznie spytał faceta, czemu obraża kobietę. Angol zarechotał, zatoczył się i pociągnął z kufla kolejny solidny łyk.
Znam mężczyzn, który w podobnych okolicznościach nie zadają żadnych pytań, tylko od razu walą w mordę. Trochę dobrze, że żadnego z nich w pobliżu nie było, ale też trochę szkoda.

Do wczoraj jechałam do Irlandii z biletem w jedną stronę, ale kupiłam już sobie powrotny, dla odmiany z Dublina.
Rezerwowanie biletów w Ryanair to jakiś koszmar. Czy chcesz walizkę? Czy chcesz samochód? Czy chcesz pierwszeństwo wejścia na pokład? Na pewno nie chcesz? A może jednak? A może chociaż ubezpieczenie?
I znów będę przez trzy godziny słuchać o zdrapkach, a na tradycyjny kieliszek wina na pokładzie wydam sześć euro. Ale co mi tam, jadę na wakacje. Ogromnie się cieszę.
Później jeszcze Budapeszt i wytrwały marsz przez słowackie Tatry, już dostałam potwierdzenie ze schroniska. Szykuje się urlop męczący, ale piękny. Nie wiem, na co narzekam, jeśli co chwila dokądś wyjeżdżam – może i na krótko, ale jednak.
Pochłonęłam dziś Witajcie w raju Jennie Dielemans. Groteskowe, momentami przerażające. Miłośnikom zorganizowanego wypoczynku nie polecam, bo w tej książce takie ‘podróżowanie’ odarte jest z całej połyskliwej otoczki. Bohaterów nie bardzo interesuje, gdzie właściwie są ani co jest za murami hotelu. Byle było ciepło, byle był alkohol, a jeśli jeszcze seks, to już w ogóle cudownie. Bieda, zniszczenia wojenne, wszechobecna bezpieka, małoletnie prostytutki – ot, atrakcja turystyczna, której trzeba zrobić zdjęcie i odjechać. A gdyby kto myślał, że pieniądze wydane na all inclusive nad basenem zostają w kraju, do którego przyleciał czarterem, to jest w błędzie.
Pamiętam, jak w pierwszej połowie lat 90. jeździłam z rodzicami na pierwsze zagraniczne wakacje. Kierowcy w bagażnikach autokarów wozili też z Polski wieprzowinę i ziemniaki, żeby turyści mogli we Włoszech jeść to, co znają i lubią. Jesteśmy już chyba troszkę bardziej otwarci, ale nie do końca.

Backpackerom też dostaje się za swoje, słusznie skądinąd. Kiedyś rozmawiałam z jednym takim – dość znanym dzięki internetowi – i spytałam, czy naprawdę uważa, że te nasze wyjazdy, z obowiązkowo wytartym Lonely Planet pod pachą (wydawanym przecież w grubych tysiącach egzemplarzy), śladami wielu innych plecakowiczów istotnie jakoś bardzo się różnią od masowej turystyki. Obraził się.

Znakomita książka, ale bardzo nieprzyjemna.
Mimo wszystko wolę zabrać Lonely Planet – bo to jednak nadal najlepsze pod względem merytorycznym przewodniki – i ruszyć samodzielnie, niż dać się zapuszkować w wycieczkowym autobusie i przeżyć tydzień w kombinacie z czterystoma pokojami. Od dawna nie byłam na takich wakacjach i nie sądzę, bym prędko się na nie wybrała, choć rozumiem, że w epoce ciągłego niedoczasu mają swoje zalety. Wiem też, że niektórzy ludzie zwyczajnie boją się obcego, a wczasy zorganizowane od pierwszej do ostatniej minuty są po prostu bezpieczne, niewątpliwie mniejszy stres. Podsłuchałam ostatnio w pociągu rozmowę dwóch kobiet, z których jedna planowała akurat podróż poślubną.
– Sami jedziecie?
– Coś ty, z biurem.
– No pewnie, też bym wolała. Jak trzeba wszystko samemu zorganizować, to połowa przyjemności odpada.
Ja tam uwielbiam długie zimowe popołudnia spędzane przy stole zaścielonym książkami i wydrukami stron internetowych, nakreślanie planów, szukanie tanich lotów, rezerwowanie hoteli, długie godziny pogaduszek ze znajomymi, którzy już tam byli, widzieli, przeżyli, polecają albo nie. Obmyślanie podróży – niechby pięciodniowej, niechby na Mazury – jest często większą radością niż ona sama.

Frizzante

20 piątek maj 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 7 komentarzy

Chyba robię się dziwna.

Zamiast iść na branżowy melanż, kupuję białe musujące wino, parę książek (Matrasie, nie znoszę cię za te ciągłe obniżki) i jadę do domu posłuchać Trójki, posiedzieć na moim barowym stołku.
Coraz trudniej wyciągnąć mnie z domu.
Nie tak dawno dziwiłam się znajomym, którzy mówili, że w piątkową noc wolą sobie poleżeć na własnej kanapie, pijąc własny alkohol i słuchając własnych płyt. A teraz proszę. Oczywiście gdy uda się komuś namówić mnie na opuszczenie czterech ścian, nadal wstępuje we mnie szatan, tańcuję, flirtuję i wracam o szóstej rano, ale – nie pamiętam, kiedy to było ostatnio…

Chyba robię się dziwna, bo wczoraj – i to mnie samą zadziwiło – spędziłam wieczór, słuchając w radiu retransmisji z Festiwalu Miłosza. Poeci czytali wiersze swoimi upajająco spokojnymi głosami, leżałam w pościeli jak zahipnotyzowana i wzdychałam, jak to fajnie być poetą. Jeden z wierszy sprawił, że usiadłam na łóżku i zapatrzyłam się nabożnie w odbiornik, myśląc – o rany, to jest właśnie to, co zawsze chciałam powiedzieć, to, co mnie tak męczy! I w tak niewielu słowach!
Jane Hirshfield. Przeczytajcie sami, zacytować sobie pozwolę, wiersz nazywa się Vilnius.

For a long time
I keep the guidebooks out on the table.
In the morning, drinking coffee, I see the spines:
St Petersburg, Vilnius, Vienna.
Choices pondered but not finally taken.
Behind them – sometimes behind thick fog – the mountain.
If you lived higher up on the mountain,
I find myself thinking, what you would see is
more of everything else, but not the mountain.

Poszukałam sobie jej zdjęć i filmów w internecie – wygląda dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Emanuje takim przyjemnym spokojem.
Jedyny jej tomik wydany w Polsce od dawna niedostępny, ale jak pojadę gdzieś w anglojęzyczne kraje, to sobie kupię. A pojadę, bo wydębiłam urlop – krótki, niemniej na skok za kanał wystarczy.

Kocham łapać w księgarni nowego Pratchetta i rozpakowywać jeszcze w drodze do domu, i już w tramwaju zaśmiewać się ku zgorszeniu obserwatorów. Tiffany Obolała, moja ulubiona bohaterka.
A właśnie, zaśmiewać…
Widziałam dziś na mieście dziewczynę, która szła szybko ulicą i okropnie płakała. Cała buzia we łzach, tusz na policzkach, ledwo łapała oddech. Przejmujący widok i filmowy zarazem.
Nie mogę pozbyć się myśli o niej.

Mam nadzieję, że zaśnie dziś spokojnie.

About a boy

19 sobota mar 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 8 komentarzy

Tagi

Nick Hornby

Za dwa tygodnie o tej porze będę wracać z Łodzi, ale nie na długo.
Tymczasem pomyślałam, że skoro już tam będę, to sprawię sobie takie coś i będę później dumnie nosić wpięte w biurową marynarkę. Bunt we mnie wzbiera.
Zanim jednak to – nabyłam nową torebkę. Miała być duża i przydawać się do roboty (bo ja lubię torby, w których oprócz błyszczyków w przynajmniej dwóch kolorach, szczotki do włosów i paczki gum do żucia mieści się jeszcze kilo ziemniaków i butelka bordeaux – i książka), jest kolejną śliczną i nieprzydatną kopertówką, mam już takich z osiem. Leżakują w szafie i czekają na swój wielki wieczór. Niekiedy im się zdarza.

Wyjechałam na chwilę do domu, żeby nie szaleć z nadmiaru dobrych wrażeń. Kiedyś rzucałabym się w nie po uszy, dziś wolę policzyć od dziesięciu do jednego, odłożyć telefon na najdalszą półkę i zająć się sobą.
W domu śniegu po kostki. Nawet mnie to ucieszyło.
Czuję się troszkę dziwnie, bo oto sobota wieczorem, a ja nic nie robię.

Skończyłam “Juliet, nagą” z dużą ulgą, bo choć opowieść niezgorsza, to bohater doprowadzał mnie do szału. Gdyby trafił mi się taki Duncan, zatłukłabym kapciem. Obracając się od szczeniaka wśród muzyków i facetów, którzy chcieli nimi zostać, ale coś tam im nie wyszło, zdążyłam nabrać alergii na ten typ. Wiecie – Metallica skończyła się na Kill ‘Em All. Nikt tak dobrze nie zna się na muzie, a kobiety to już wcale. Nikt lepiej nie wie, jak pięknie cierpi się przy dźwiękach ukochanych smętów. Jestem głęboki, nikt mnie nie rozumie.
Nie znoszę takich wrażliwych marud. O ile mogę zdzierżyć taką w roli kumpla, o tyle nie wyobrażam sobie takiego partnera. Fochy odejmują męskości.
A znałam niegdyś gościa wypisz, wymaluj. Nie sposób było zaprzeczyć jego wyjątkowej czułości, nerwom na wierzchu, talentowi. Rzeczywiście znał się na rzeczy, umiał podrzucić wyśmienitą płytę, której nie znał nikt oprócz jego i paru znajomków. Był jednak przy tym istotą niemożliwie rozmemłaną i zagubioną, a pobłażanie, z jakim odnosił się do pospolitych Ziemian słuchających pospolitego radia, było nieznośne.

While my guitar gently weeps

03 czwartek mar 2011

Posted by porta celeste in Z mej książeczki kart

≈ 4 komentarzy

Tyle ulubionych piosenek radio mi puściło dziś w drodze do pracy, że uwierzyłam, że to będzie znakomity dzień. Niniejszym składam reklamację.
Nie lubię ostatnio czytać gazet, bo gdy czytam, to myślę, że coraz lepsze towarzystwo tam u góry. A nam tu na dole coraz szarzej.

Poczytałam sobie również o tej sprawie z cytatem z Kazika.
Hm, zafrasowała się nasza bohaterka. Hmm.
Idąc tym torem, należałoby 90% blogerów pociągnąć do odpowiedzialności, łącznie ze mną, bo lubię wykorzystywać cytaty z piosenek. A żaden twórca – niestety – nie ma wpływu na to, gdzie go cytują. Nie wydaje mi się, żeby w tak banalnej sprawie gra w ciąganie po sądach była warta świeczki. Co innego, gdyby bezczelnie podkradać owoce czyjejś pracy i prezentować jako własne.
Zresztą kurza noga. Cała popkultura jest jednym wielkim zapożyczeniem, a rozpoznawanie przemycanych w niej cytatów może przecież dostarczyć nieprzeciętnej radości.

Poszłam do księgarni po biografię Kaliny Jędrusik, wyszłam z biografią i owszem, ale Doroty Terakowskiej. Musiałam.
Wszak byłyśmy – krótko, czego żałuję – sąsiadkami. Maciej Szumowski raz mi korki w domu naprawiał. Balansował dzielnie na oparciu krzesła; bezpieczniki były mądrze zainstalowane na wysokości osiągalnej być może dla Goliata.
Dołączył do żony parę tygodni później. Pomyślałby człowiek, że takie rzeczy się nie zdarzają. To było siedem lat temu, a do tej pory pieką mnie nieco powieki, gdy o tej historii myślę. Przy lekturze jednak się uśmiecham – choćby dlatego, że ja też płynnie czytałam, gdy poszłam do szkoły i też okropnie nudziłam się na lekcjach. I też prawie wyleciałam z liceum. I też, i też…
Ani mi w głowie zachwalać tę książkę czy też krytykować, bo dziwnie czytać o kimś, kogo się poznało i to nie jako osobistość ze świecznika, ale jako osobę, po prostu, noszącą rano bułki ze sklepu. Bo gdy się sprowadziłam na Osiedle Podwawelskie, nie miałam pojęcia, że energiczna pani z naprzeciwka to Ta Pisarka.

Pierwszy raz od dwóch miesięcy nie wiem, co będę robiła w sobotę. Czuję się z tym trochę dziwnie. Proszę mi zaplanować sobotę.

Krzysieńku

15 wtorek lut 2011

Posted by porta celeste in Gadka szmatka, Z mej książeczki kart

≈ 6 komentarzy

Życie jednak nie przestaje zaskakiwać. Wczorajszą nerwicę i chęć odwinięcia się paroma grubszymi słowami wymiotło poczucie swoistego triumfu.
Parę miesięcy temu poniosłam niewąską życiową porażkę – tak to przynajmniej wówczas odbierałam. Dziś okazało się, że ta porażka wyszła mi na bardzo dobre i że paradoksalnie miałam wtedy wielkie szczęście.

W torebce rewelacyjne Balladyny i romanse, od których trudno mi się oderwać. Powtarzaj za mną – nie kupię już żadnej nowej książki w tym miesiącu, nie kupię już żadnej…
Jeśli wszak mogą państwo – inaczej niż ja – pozwolić sobie na zakup jeszcze jednej książki, proszę kupić właśnie tę. Znakomita.
Autor musi mieć niebywały zmysł obserwacji, bo wszyscy bohaterowie są jak żywi, bardzo wyraziści – nawet w przeciętności. Każdy mówi swoim językiem.

Za jakiś czas muszę wykonać telefon, o którym sama myśl już teraz przyprawia mnie o mroczki przed oczami. Chyba wolałabym wyjść nago na Rynek i odśpiewać Habanerę.
Ale zrobię to, zrobię.
W sensie zadzwonię. O paradowaniu na golasa porozmawiamy później.
Przypomniało mi się, jak bohater Kolegi Mela Gibsona – osobnik, któremu nie brakowało pewności siebie, lokalna wielka gwi(a)zda teatru grająca od 30 lat tę samą rolę – zadzwonił na bezczela do Cugowskiego z Budki Suflera i powiedział mu, Krzysieńku, my to jesteśmy właściwie starymi znajomymi, bo byliśmy w gazecie na sąsiednich stronach. Krzysieniek się rozłączył.
– Pola pewnie nie ma – skwitował niezrażony bohater.
Chciałabym tak. Niestety znając moją dziwaczną fobię telefoniczną, pewnie będę musiała wcześniej napisać sobie na kartce, co powiedzieć. Zawsze panikuję, że przeszkodzę rozmówcy w zawieraniu ślubu, wynoszeniu dzieci z pożaru lub czymś o zbliżonej wadze. Już próbowałam kombinować, czy tego aby na pewno nie da się załatwić jakoś inaczej. Dżizys, jak ja nienawidzę gadać przez telefon. Co więcej, nie lubię i nie umiem prosić o przysługę, wykorzystywać znajomości (zwłaszcza tych niezbyt bliskich) do załatwiania sobie różnych rzeczy, ością mi to w gardle zawsze staje. Sprawa może być drobniutka, ale w moich oczach urasta przynajmniej do rozmiaru oddania szpiku i pożyczenia stu tysięcy jednocześnie.
Marzę, żeby rozmówcę przypadkiem spotkać w supermarkecie, przyszpilić na pięć minut, załatwić swoje i zwiać.
Och, przestań dziewczyno. Spadać z 4000 metrów z kawalątkiem szmaty na plecach to się nie boisz. W góry sama łazisz. I trzęsiesz portkami przed mówieniem do pudełka. Żałość.
(Notabene wspominany Krzysieniek, sławny kumpel ze strony obok, ma chyba do siebie niebagatelny dystans, sądząc po jego – nazwijmy to – roli w tym przedstawieniu, ale więcej nie powiem, bo nie pójdziecie zobaczyć).

A jutro chyba pójdę na ten koncert, zgodnie z nową polityką nieodmawiania sobie niczego. W czwartek – oczy na zapałkach i czarna kawa dożylnie, ale nie mogę przecież przez cały czas prowadzić się wzorowo…
Robię sobie tydzień lekkiego przekraczania dozwolonej prędkości.

♣ Się bywa

  • Moja dzielnia
  • Teatr dla ludzi
  • Jara mnie
  • Łaźnia
  • Barakah
  • STU
  • Klasyka gatunku
  • Bunkier
  • Przerwa
  • Owczarnia
  • Słowacki
  • Bomba
  • Rozrywek ile wlezie
  • Klimaty
  • Winoman
  • Nie taka znowu bagatela…
  • W domach z betonu
  • Nowe idzie

♣ Blues o starych sąsiadach

  • Helena
  • Nielot
  • Cloudy
  • Donpepego
  • Karkontka
  • Ognik
  • Od właściwej strony
  • Kay
  • Kontretykieta
  • Pan tu nie stał
  • Kobieta i wino
  • Lubię go
  • Naosei
  • Demi-sec
  • Nektar
  • Siberry
  • Kroniki egipskie
  • Wszystkich audycji słucham

♣ Radio tylko gra od niechcenia

  • Magda Piskorczyk
  • Lykke Li
  • Jasiek
  • JJ Grey & Mofro
  • Limboski
  • Na Drodze
  • Deriglasoff
  • L.U.C
  • Żywiołak
  • Joanna Słowińska
  • Wilco
  • Los Agentos
  • Tom Waits
  • 16 Horsepower
  • Sunday Nights – Songs of Junior Kimbrough
  • The Black Keys
  • Kto?
  • Julia

♣  

Czerwiec 2012
P W Ś C P S N
« maj    
 123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930  

♣ Kategorie

  • A ja sobie gram na gramofonie (21)
  • Gadka szmatka (206)
  • Góry (16)
  • Kraków (52)
  • Sex, drugs & rock'n'roll (57)
  • Teatr (23)
  • W drodze (14)
  • Wieś (11)
  • Z mej książeczki kart (13)

Blog na WordPress.com. Theme: Chateau by Ignacio Ricci.