Dlaczego (nie) warto się żenić

Nigdy nie zabieram laptopa na urlop. Nie zabieram też empetrójki, bo łażenie po górach z słuchawkami na uszach to byłby grzech.
Zabieram tylko mój wysłużony notesik. Tym razem przybyło wiele zapisanych maczkiem stron. Pisałam czasami przy obiedzie, czasami wieczorem na balkonie, owinięta w oba polary, z zasłużoną szklaneczką żołądkowej na dobranoc. Razem ze zmrokiem zapadała całkowita cisza. Dopiero przed szóstą rano gdzieś zaczynał piać samotny kogut. Ciemności nieprawdopodobne. Gwiazdy nad głową – również. Dawno nie widziałam takiego nieba.
Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie zapomniała. Padło na piżamę. W domu nie używam, więc łatwo mi o niej zapominać – to nie pierwszy raz. Miałam za to latarkę, nóż, korkociąg i solidne buty, których teraz nie umiem doczyścić. Przynajmniej widać, że wróciłam z gór.
Na przyszły sezon będę musiała kupić sobie nowe, bo te zaczynają mi przemakać. Chyba je dobiły wiosenne Tatry.

Wiem, przewidywalnie, ale trudno – jestem zachwycona, zakochana, wróciłabym pierwszym autobusem. Trudno pozbyć się wrażenia, że trafiło się do innego świata. Wioseczki maleńkie jak dłoń, cebulaste wieżyczki cerkwi wyrastające spomiędzy drzew. Pochylone prawosławne krzyże na leśnych cmentarzach z pierwszej wojny światowej. Walące się chyże. Owocujące zdziczałe jabłonki w zapomnianych sadach.
Na szlakach błoto nieprawdopodobne. Podobno Beskid Niski słynie z błota. Szlaki, no właśnie. Jeśli komuś słowo ‚szlak’ kojarzy się z trasą na Klimczok lub na Halę Gąsienicową przez Królową Kopę – proszę zapomnieć. W Beskidzie Niskim szlak to albo wspomniane błoto po kolana, albo pozarastana chaszczami ścieżynka. Idąc, trzeba nie raz i nie dwa przeskoczyć powalone drzewo lub przeczołgać się pod nim. Gałęzie walą po pysku, a buty zapadają się w mlaskającym błocku. Pysznie, prawda? Co więcej, oznakowanie jest… takie sobie, mówiąc oględnie. Za to bardzo przyjemnie idzie się szlakiem granicznym, mijając słupki to z lewej, to z prawej strony (skutkiem ubocznym było 12 esemesów o treści „Witamy na Słowacji”). Co jakiś czas mija się też słupy, z których zdjęto tablice z napisem POZOR! . Została tylko jedna, chyba na pamiątkę dla turystów.

Gdybym miała euro przy sobie, sturlałabym się na dół do Cigelki po Starą Myslivecką dla taty.

Jednego dnia wybrałam się z Wysowej przez Ropki do Bielicznej, nieistniejącej już wsi, stoi tam jedynie cerkiew. Idzie się tam jednak ścieżką bez szlaku, a ja po pierwsze byłam sama, a po drugie – Beskid Niski to góry niewysokie, ale bezludne, są w nich za to i wilki, i niedźwiedzie. To pobudza wyobraźnię, prawda? Zwłaszcza, gdy obok w lesie trzaśnie gałązka, zaszeleszczą liście. Gdy pośrodku dróżki natrafi się na, hm, parujący ślad należący niewątpliwie do jakiegoś zwierzątka. Czytałam swego czasu wywiad z pracownikiem jednego z naszych parków narodowych, który mówił, że chodząc po górach, nie zdajemy sobie sprawy z tego, przez ile par ślepi jesteśmy obserwowani, i to czasem z bardzo bliska.
Poszłam zatem na Ostry Wierch. Nazwa wyjątkowo trafna – podejście co prawda krótkie, ale płuca można wypluć. I proszę sobie wyobrazić, że kogoś jednak spotkałam po drodze. Dogoniłam dwóch starszych panów, którzy zaprosili mnie na herbatę i ciastka, bo – jak to ujęli – dla nich każdy w górach to przyjaciel. Dalej szliśmy już wspólnie. Panowie przesympatyczni, z ogromną wiedzą, przyjemnie było słuchać ich opowieści, a na każdym przystanku częstowali mnie nowymi łakociami. Okazało się, że jeden z nich jest bratem naszego himalaisty.
– On się nie ożenił, to i biega po Himalajach. Ja się ożeniłem, więc po Beskidach…
No proszę! Mam szczęście do takich spotkań.
Opowiadał piękne historie o swojej żonie, którą poznał na szlaku w Tatrach.
– Szedł za mną taki facio, metr pięć w kapeluszu. Patrzę na tego kurdupla, a to dziewczyna. Oglądaliśmy razem jelenie na rykowisku, na Hali Pisanej. No i tak zostało.
Pożegnaliśmy się miło u celu. Może jeszcze kiedyś się spotkamy. Chciałabym.
Następnego dnia za to cofnęłam się z gór – takich niby niedużych, najwyższy szczyt ma 1002 metry. Jak niepyszna wracałam na dół. Wybrałam sobie trasę przez Kozie Żebro, Regietów Wyżny i Obycz. Dotarłam do jednej trzeciej. Na początku było i owszem, uroczo. Piękny las, gęsty jak u braci Grimm. Jeżyny do zrywania garściami. Rydze. Błoto, oczywiście. Im wyżej, tym bardziej gęsta była mgła, a później wiatr rozszalał się tak, że potężne buki gięły się jak trzciny. Huczało, szumiało, coraz mniej było widać. Wrażenie przerażające. Może bym jakoś zalazła na miejsce przeznaczenia, pytanie tylko – po co w takich warunkach. Żadna frajda, tylko strachu można się najeść. Tam nie ma schronisk co parę kilometrów. Tam NICZEGO nie ma, człowiek jest pozostawiony sam sobie, z tym, co niesie na plecach, a ja w tym roku już wystarczająco wiele razy kusiłam los.

Zawróciłam i poszłam otrzeć łzy nad obiadem w słynnej Gościnnej Chacie w Wysowej. Rany boskie, jak oni tam jeść dają… Mam lekkie uczulenie na karczmy regionalne, rzępolenie sksypecków nad uchem i kwaśnicę w wydumanej cenie. Jedliście kiedyś moskola z mikrofalówki? No właśnie. To wiecie, że napastnik trafiony nim w skroń nie dożyłby jutra. Ale to miejsce jest inne. Ryzykując obwodem w talii (poszedł…), przetestowałam połowę menu i polecam, bo karmią pysznie, obficie i niedrogo. I po łemkowsku.
Smutne, jak dużo swego czasu zrobiono, żeby tę kulturę zniszczyć. Nie udało się do końca i pomaleńku to wszystko się odradza.

Wysowa to takie uzdrowisko, po którym biegają gęsi, a jednego popołudnia pod cerkwią w tak zwanym centrum widziałam chłopaka prowadzącego na łańcuchu krowę.
Nie pijcie wody „Franciszek” – słony, żelazisty koszmar. Za to ponoć na kaca dobry.
Z balkonu natomiast widziałam stajnię i pastwisko. Codziennie rano konie były wypędzane na trawkę. Ganiały się tam, bawiły ze sobą, fukały na siebie. Przed zmierzchem wracały do stajni, pędem. Przepiękny widok. Spłukawszy z siebie pot i błoto pod gorącym prysznicem, szczelnie zapięta w ciepłej kurtce, słuchałam słowackiego radia (nie wiem, jaka to stacja, ale grali fenomenalnie – jednego wieczora trafiłam na program z muzyką tybetańską; proszę sobie wyobrazić, jak te gongi brzmiały na tym mglistym pustkowiu) i przyglądałam się tym koniom z zachwytem. To mi wystarczało do szczęścia. Nie chcę brzmieć jak serialowa nawiedzona karierowiczka, co to na zadupiu odkryła sens życia, ale naprawdę czuję się zresetowana.
Muszę tam wrócić.
Mam tylko nadzieję, że nie trafię na tego pana kierowcę autobusu, co przez blisko cztery godziny podróży umilał pasażerom życie muzyką zespołu Baciary. Ktokolwiek z państwa bywa regularnie na południu Małopolski, ten na pewno zna szałowe przeboje tej kapeli. Kto jakimś cudem uchował się przed nimi – proszę, tu jest próbka.

To nie są góry dla celujących w zdobywanie szczytów. Z pewnością nie góry dla lubiących przylansować trekkingowym ciuszkiem z najwyższej półki – zniszczy się. To nie jest miejsce dla ludzi, którzy boją się samotności. To jest miejsce dla ludzi, którzy chcą ze sobą pogadać, odkupić może jakieś winy, zmęczyć się mocno i oddalić od wszystkiego. Bo jedynym towarzystwem zwykle jest nasz własny cień, ewentualnie krowa lub przysypiający w rowie lokalny pijaczek.
Teraz muszę wszystko wyprać i powoli, ostrożnie wrócić na ziemię.
Dom przywitał mnie korkami, zgiełkiem, rozjeżdżonym przez machiny budowlane skwerem i wiadomością od właściciela uroczo owłosionych łydek, że niniejszym wyjeżdża z wycieczką zakładową na festiwal do Opola. Że niby służbowo. W proteście nie zamierzam tego oglądać. Telewizji właściwie nie oglądam i tak, ale przez najbliższe wieczory nie będę oglądać jeszcze bardziej.

Reklamy

17 thoughts on “Dlaczego (nie) warto się żenić

    • jesssu Rydze! dawno nie jadlam i az mi sie lezka zakrecila na wspomnienie. z opisow rowniez bom tez z beskidow ale bardziej turystycznych, nie-stety? coz bym dala zeby tam znow byc i odkryc nie widziane przeze mnie miejsca, choc tak blisko bylo ale kielbie w elbie wtedy mialam…

    • moja przyjaciółka ma dom w Ropkach … jak raz szłyśmy po ciemku od autobusu przez las, to nie tylko wilki, ale i jelenie na rykowisku brzmiały dość strasznie 🙂

  1. az mi sie zrobilo piekniej jak przeczytalam
    a tu dupa zbita, pojechalismy szukac fal i nie bylo
    bo teraz dobra pogoda oznacza fale i odpowiedni wiatr :p
    reszta jest malo istotna chociaz oczywiscie przyjemniej jak sloneczko przygrzewa :p
    sie mi porobilo,oj…

  2. love beskid niski! to miejsce zawsze będzie kojarzyło mi się z końcem świata i zawsze, gdy jestem skrajnie zmęczona wielkim miastem, ludźmi i pracą, myślę o tych przyjaznych chatkach, błocie i małych, łagodnych górach. planujemy za tydzień Tatry, ale nie jestem pewna, czy nie wybierzemy właśnie jakiejś spokojnej beskidzkiej wiochy.

  3. Jak zawsze z uwagą czytam ,mieszkam na wsi więc te opisy to tak jak bym był u siebie ale nie mam żadnego netu nawet tego mobilnego ha 😉

  4. Niniejszym uprasza się wszystkich o niereklamowanie KIEDYKOLWIEK i GDZIEKOLWIEK Beskidu Niskiego. No chyba, że za parę lat nie chcecie już tego mieć tylko drugą Krynicę albo nawet i Zakopcone.
    A tak btw – dobrze, że nie zeszłaś do Cigelki – to cygańska wioska i tam nawet w trójkę na rowerach jest nieswojo (wracaliśmy inaczej, nadkładając parę km) a idąc samemu…. to już lepiej spotkać się z misiem. Droga do Ropek to chyba nie taka bezludna ? przecież tam nawet jakiś warszawski (znaczy regionalny) pension jest.

    No, a w ogóle to na Beskidy to kup sobie rower 😉

    • To był wrześniowy dzień powszedni. Żywego ducha nie spotkałam, ucieszyłam się na widok tych panów, bo miałam za sobą 3 godziny samotnego marszu.
      Właśnie czytałam, że tam masa cygańskich dzieci poluje na turystów.
      Ale wiesz, myślę, że drugiego Zakopain to z tych okolic nigdy nie będzie. Zresztą ja Zakopiec lubię, przyznam bez bicia 😉 gdyby tylko nadal wyglądał jak w latach 20…

  5. zawiść podła ściska potężnie me trzewia, gdy czytam – chodzi o miejsca i saytuacje, ale i sposób ich widzenia, jakże bliski memu.
    ale jeszcze się wróci w obieg, oj wróci się!

  6. Tam są moje korzenie … moje dzieciństwo … każdy wolny czas … i tęsknota bo juz rzadko udaje mi sie tam uciec …bo bliscy przeniesli się gdzieś w niebyt … bo domy jakieś obce i nie tak pachnące …

  7. o tak, pamiętam jak się w zeszłym roku we wrześniu przebijałam GSB przez Beskid Niski. Nie powiem, generalnie nie mam problemu ze znalezieniem drogi, wtedy miałam, ale jeszcze dało radę, trochę nadrobiłam, ale w końcu trafiłam 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s