Spotlight

Moja przyjaciółka zauważyła w sobotę – słusznie zresztą – że ja się bardzo nakręcam. Kiedy coś (lub ktoś) mnie zachwyci, popadam w małą obsesję. Grzebię w temacie, rozgryzam go z każdej możliwej strony, zamęczam towarzystwo gadaniem o tym, trochę wariuję. Nieznajomi mogą być trochę zniesmaczeni trzydziestolatką, która w podekscytowaniu piszczy, gryzie palce i nawija jak potłuczona, ale mam ich niesmak tam, gdzie wzrok nie sięga. Te moje egzaltacje są jak wysokooktanowe paliwo. Nowa miłość śni mi się po nocach, napędza mnie do działania, czuję wiatr we włosach i chce mi się góry przenosić. I jestem zdolna do wielkich poświęceń.
Co najlepsze, te romanse są trwałe. Latanie – już pięć lat. Teatr – prawie dwadzieścia. Rokendrol – nie pamiętam, od urodzenia chyba, bo kołyska bujała się do rytmów Breakoutu. Podróże – od pierwszej zagranicznej wycieczki do Ostravy. Bywa, że na chwilę skaczę w bok, ale przeważnie wracam.
Wiem, że to niezdrowo tak się napalać, ale przyznaję – lubię to. Nie znoszę letnich emocji, męczą mnie. Siedzenie na dupie i cieszenie się spokojem niestety nie jest dla mnie (niestety, bo byłoby lepiej, gdybym w końcu to polubiła). Jeśli brakuje mi mocnych wrażeń, natychmiast znajduję sobie coś, co mi podkręci obroty. Mało tego – sama to prowokuję. Nie potrzebuję nawet zewnętrznych bodźców, żeby mi adrenalina wypływała uszami.
I relaksują mnie te moje obsesje. Restartują umysł zmordowany ogłupiającą pracą. Odcinają od zmartwień.

Wracałam wczoraj na wieś i w przerwach między przysypianiem (skutek trzech dni wstawania o piątej rano – a właściwie przed, bo ja mam wgrany taki program, że budzę się, zanim zadzwoni budzik, wyłączam go od razu i wlokę się pod prysznic – i chodzenia spać o północy) myślałam sobie właśnie o tej mojej teatralnej miłości. Przez parę ostatnich lat pozostawała w uśpieniu, bywałam na spektaklach i owszem, ale bez większych podniet. A później wróciła z taką siłą, że poważnie przemyśliwam dodatkowe studia i jeśli chcę zobaczyć coś interesującego, to nieważne, czy wystawiają to w Łodzi, Wiedniu czy Nowosybirsku – pojadę.

A ja przecież miałam zdawać do szkoły teatralnej. Byłam o włos, miałam przygotowane teksty i stchórzyłam.
Jak miałam czternaście lat, napisałam pierwszą sztukę (i ostatnią na razie), a później wystawiliśmy ją w szkole. Było gdzie, bo w budynku mojej szkoły, zaadaptowanym z nieistniejącego domu kultury, była sala z prawdziwą sceną.
Wszystko zaczęło się od „Księżniczki Turandot” w chorzowskim Teatrze Rozrywki. Może gdyby moim pierwszym zetknięciem z teatrem była poczciwa adaptacja lektury szkolnej, nic by nie drgnęło, opuściłabym widownię przekonana – jak większość naszego narodu – że teatr jest dla nudziarzy. Ale to było przedstawienie zupełnie nietradycyjne, z hiphopowymi wstawkami, klasyka podana w bardzo popkulturowy sposób i w dużej mierze improwizowana. Oszalałam. I zaczęło się ciąganie rodziców na premiery, startowanie w konkursach recytatorskich, ba, ja nawet wagarowałam w teatrze.
(No, wtedy nie było galerii handlowych).
Później trochę odpuściłam. Ale kiedy wybierałam się, żeby coś obejrzeć i wpatrywałam się w opuszczoną kurtynę, nadal czułam regularne podniecenie. Mam to do tej pory. Lubię też bardzo zapach teatru. Nie wiem, czy wiecie, co mam na myśli – taki charakterystyczny, trochę gryzący zapach kurzu, zmieszanych perfum, sztucznego dymu.

Moja pierwszą – bardzo nastoletnią – miłością był aktor, który prowadził w moim liceum warsztaty. Gdyby się zastanowić, wszystkie późniejsze zakochania (te po uszy) miały wspólny mianownik. Zwykle mniej lub bardziej artysta, niesforny włos, ostre rysy, przenikliwe spojrzenie jasnych oczu, ustawiony głos, nieco wystudiowany sposób bycia. Zatem ta moja pasja ma też całkiem cielesny, żeby nie powiedzieć – fizjologiczny wymiar.
Widziałam go ostatnio w reklamie banku czy czegoś. No, wygląda jak czterdziestoparolatek.

Ludzie czasem mówią, że w teatrze przeszkadza im sztuczność (bo w filmie to niby jej nie ma, my arse…). Mnie nie. Co więcej, najbardziej podobają mi się przedstawienia, w których tej sztuczności się nie ukrywa – w których widać kable, reflektory i to, że scenografia jest z płyty pilśniowej. W których ktoś ze sceny bezczelnie patrzy wam w oczy albo do was – jak ostatnio – niedyskretnie mruga.
Bo teatr – inaczej niż kino – nie usypia wyobraźni, tylko zmusza ją do ciężkiej pracy. To nie tak, że widz sobie siedzi i się gapi. On też musi popracować. Nad sobą zwykle.

O jednym jestem głęboko przekonana.
Gdyby nie te moje obsesyjne zakochania, gdyby nie to, że czerpię z nich energię do działania – bo tyle mam dzięki nim do zobaczenia, do zrobienia, do przeżycia – byłabym dużo bardziej sfrustrowana i nieszczęśliwa. Być może stałabym się jedną z tych kobiet, które niespełnienie i żal maskują agresją. A ja po prostu ciągle mam nowy plan. Oczywiście to też rodzi pewnego rodzaju frustracje (a nawet frustrancje, jak mówi najzupełniej serio moja koleżanka z pracy), bo nie mam szans zrobić, zobaczyć i przeżyć nawet połowy tego, o czym marzę. Ale same marzenia są nieprawdopodobnie napędzające.
Dzięki temu wszystkiemu dowiaduję się też coraz więcej o sobie, coraz lepiej siebie poznaję.

Reklamy

17 thoughts on “Spotlight

  1. „To niezdrowo tak się napalać” – brzmi jak kokieteria, zwłaszcza w kontekście przedostatniego akapitu, z którym się jak najbardziej zgadzam i zazdroszczę, bo mnie byle głupota jest w stanie przygnieść i już nic nie cieszy, jak powinno. Mam nadzieję, że Ci się nie odmieni i jako osiemdziesięcioletnia staruszka będziesz planowała podbijanie morskich głębin i wybierała najbardziej twarzowy strój do nurkowania 🙂
    „Ubogaciło” – ble! Pierwszy raz zwróciłam uwagę na to słowo w felietonie bodajże prof. Bralczyka, który pisał, że zostało wprowadzone przez kościół, w kazaniach (kardynała Glempa? boże, moja pamięć do nazwisk) i mierzi mnie strasznie.

    • nurkowanie raczej nie – już raz niechcący zanurkowałam tak, że mnie później reanimowali…
      ale skydiving jak najbardziej 🙂

      ja lubię czasem takie okropne słowa. często z lubością wtrącam sformułowania pod każdym względem niepoprawne, mówię komuś, że ma słuszną rację, Wałęsowską ‚puszkę z Pandorą’ też przyswoiłam sobie na dobre. i do moich krakowskich znajomych mówię ‚suejżee’. nic nie poradzę, że śmiertelnie poważna poprawność nie jest w moim stylu…

  2. oraz „po pierwsze primo” mówione z kamienną twarzą 😉

    a porpos frustraNcji: moja ciocia swego czasu chwaliła się, że położyli w domu na podłodze PAMELE.
    🙂

  3. a ja niedawno, wyjątkowo będąc w kościele – na chrzcinach – słyszałam jak pewna starsza już kobita, wyjątkowo serio, głośno i dobitnie mówi „amenT!” :D. nie przesłyszałam się!
    ja rozumiem – jakieś nowe słowa, jakieś frustrancje, pamele i inne schozofreMie, ale ament? rozbawiło mnie to.

  4. to ja też poproszę o sugestie ws niestandardowego ustawienia dźwięku. ja się żywię dźwiękiem, chętnie bym sobie urozmaicił menu. a wynalazki w sprzętach większych i mniejszych typu „efekt live” czy „poszerzone stereo” okazują się po paru sekundach do dupy.
    impresje nt. teatru – bardzo sugestywne. teatroman ze mnie mizerny, ale faktycznie, tak to właśnie wyobraźnię pobudza zaczarowaną dyktą, a nie mami.
    a propos nowego planu – znasz kawałek the bill „kibel”? może niezabyt „ą ę”, ale niegłupi.

    • no ja właśnie efekt live wysiudałam w kosmos, nie lubię domyślnych ustawień – ale byłam wychowywana w otoczeniu, w którym szczytem męskości było samodzielne zmontowanie sobie wypaśnego sprzętu ze wzmacniaczy produkcji radzieckiej 🙂
      trzeba zacząć od kabli, miedziane muszą być.

      a kawałka nie znam, ale zaraz sobie znajdę.

      zaczarowana dykta – no właśnie.
      lubię, jak mnie teatr stymuluje, jak mnie zmusza do grzebania w sobie, czasem bardzo nieprzyjemnego. jak mi mówi: ‚nie skupiaj się na tym, co widzisz, tylko na tym, co czujesz’. osobliwy sadomasochizm być może…

  5. W sprawie nowo-mowy niesamowicie smieszy mnie modny w sferach
    rzadowych wyraz „zniesmaczyc” mam nadzieje ze po zniesmaczeniu
    nastapi u delikwenta zniewydolnosc.
    Odnosnie dzwieku ,akustyki, elektroniki ,itp. moglbym ” za duzo”
    jako ze za mlodu skonczylem tech.Lacznosci w dziale elektronika
    radio & TV,akustyka., studia ukonczylem jako „mechanik”

    Pare rad:jesli to mozliwe uzywajcie wzmacniaczy lampowych ale tych
    nowo projektowanych i wytwarzanych w Chinach, Honk-kongu.
    Dzwiek jest o niebo lepszy niz w sprzecie”siliconowym”.
    Jest to wynikiem o niebo lepszej jakosci opornikow,kondensatorow,
    a szczegolnie transformatorow produkowanych obecnie.np:
    http://cgi.ebay.com/YAQIN-MC-10L-EL34-Class-Integrated-Tube-Amplifier-GB-/260725095781?pt=LH_DefaultDomain_0&hash=item3cb46d3d65
    no oczywiscie glosniki niestety drogie i o duzej sprawnosci.
    cecha typowa dla dobrych gosnikow kazdy glosnik unieszczony w
    oddzielnej obudowie nastepnie polaczony w calosc.
    kolumny w ktorych wszystkie gosniki znajduja sie w jednej skrzynce
    znamionuja mierna jakosc.
    Jesli juz uzywamy sluchawki to polecam Sennheiser lub Sony.

    Oczywiscie sprzet powinno sie zaczac od kupna sluchawek lub
    glosnikow potem cala reszte.

  6. a ja mam ostatnio uczulenie na anglicyzm „na koniec dnia”. rozplenia się w zastraszającym tempie, równym chyba tylko postępowi geometrycznemu, w jakim przyrasta ilość kozaków muszkieterek na warszawskich ulicach… jedno i drugie ble.

  7. u nas w domu mowi sie na to, ze ktos „ma osiolka”
    kiedy moj brat cioteczny byl maly, to wymyslil, ze chce miec osiolka
    czytal wszystko o osiolkach, rozmowa na jakikolwiek temat zawsze zawierala osiolka, wiedzial co osiolki jedza, ile itp itd
    osiolka brat nie nabyl, ale powiedzenie zostalo
    przy czym w „osiolkach” nadal celuje tenze brat..i ja :p
    :)))))))))))))))))))))))))))
    no
    to masz osiolki, a jak nie masz osiolka, to szybko jakiegos znajdujesz
    tez tak mam 😀

    • natychmiast sobie znajdę 🙂
      człowiek musi coś takiego mieć. może niekoniecznie powinno od razu rozwijać się w takiej formie jak u mnie (gdy każda rozmowa musi koniec końców zejść na temat mojego ostatniego bzika, a ja jestem w stanie wydać każde, ale to każde pieniądze na zrealizowanie marzeń z tym bzikiem związanych, nie śpię po nocach i jestem nabuzowana bardzo), ale trzeba takie coś mieć 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s