Hounds of winter

Gdy tylko wyszłam z domu, poczułam na policzkach drobne płatki śniegu. Pierwszy raz w tym roku.
I Zimistrz natychmiast wrócił.
Śnieg bardzo mocno mi się kojarzy, bardzo. Nie z sytuacją, nie ze stanem ducha, nie z zimnem, szarą breją i marudzeniem, ale z człowiekiem – jedynym znanym mi, który na widok bielejących ulic nie posiada się z radości. Jakiś czas temu zdałam sobie sprawę z tego, że tak już zostanie. Nie umiem oderwać jednego od drugiego. Chyba też nie chcę, bo to przyjemne wspomnienie. Zima do końca świata będzie miała taki kolor oczu.

Ponoć wrócił pomysł bykowego.
(W moim przypadku to by się chyba nazywało krowie?)
Brwi mi podjechały na czubek głowy. Moim zdaniem równie dobrze można opodatkować leworęcznych.
Wiem, że niektórzy są przekonani, że bezdzietność ma związek z modą na bycie trzydziestopięcioletnim singlem, wygodnictwem i miganiem się od zobowiązań, zatem należy Piotrusiom Panom płci obojga wskazać jedynie słuszną drogę. Tymczasem przyczyn, dla których ludzie nie zakładają rodzin, jest od groma. Oczywiście nie każdy musi i chce. Ale nie każdy też może. O tym jakoś często się zapomina, najłatwiej bowiem tkwić w przeświadczeniu, że single to rozbisurmanieni hedoniści, którzy zwyczajnie nie chcą dzielić się kasą (jakby było czym…), a za parę lat obudzą się z ręką w nocniku i nikt im szklanki wody nie poda. Dla wielu takie rozwiązanie byłoby ogromnie krzywdzące. Argumentacja, którą zwykle wyciąga się przy tej okazji, o łożeniu na wspólne dobro, o ‚wszystkie dzieci nasze są’ jest absolutnie nieprzekonująca.
Orędowników idei podatku od staropanieństwa chciałabym jednak uspokoić – od pewnego czasu nie ma dnia, żebym nie myślała o przychówku. Niespodzianka. Tylko sytuacja chwilowo nie sprzyja.
Z pewnością jednak państwo nie musi do niczego mnie namawiać.

Uch.
Przez cały dzień walczę z potrzebą zżarcia całego talerza frytek suto oblanych ketchupem i chyba walczyć przestanę. Moje żyły piszczą z podniecenia na myśl o tłuszczach trans. Jeśli organizm się domaga, to nie wolno się wzbraniać przecież. Od jutra sałata. Po jednym listeczku. Od jutra. Przysięgam.

Advertisements

21 thoughts on “Hounds of winter

  1. Ale jaka sytuacja Ci nie sprzyja? Zarabiasz niezle, dawca jest, a singielka jestes z natury, wiec chyba nie malzenstwo Ci potrzebne do poczecia. Gadanie!

  2. Od wczoraj obowiązuje zasada nieczytania przedmiotowego bloga po godzinie dziewiętnastej.
    Przez te frytki + 10 do obwodu bioder. Super. Po prostu dzięki koleżanko blogowiczko 😉

  3. wlasnie WARZYWA i tej wersji trzymam sie kurczowo :p plus POMIDORY keczup tez warzywa, ale ja do frytek lubie majonez…oops…

  4. Do frytek to my tu mamy cale mnostwo sosow 😦 glownie na bazie majonezu: andaluzyjski, tatarski, samurajski, piklowy, curry, czosnkowy… ) zapraszam 🙂

  5. dla mnie bykowe czy też jałówkowe jest złym pomysłem niezależnie od powodu bezdzietności. człowiekowi należy się prawo do niemania dzieci – bo nie i już, a nie żeby się z tego tłumaczyć. raczej pochwalam ujmowanie tematu od drugiej strony – czyli ułatwień dla tych, którzy jednak dzieci mają. ale też bez przegięć.

    • o, ja się tak właśnie zastanawiam, czy pomysłodawcom nie wystarczą ulgi na dzieci, możliwość wspólnego rozliczania itd? i co by chcieli zrobić z tymi, co dzieci nie mają, bo na przykład nie mogą. albo złożyli śluby dziewictwa z powodów religijnych. albo zwyczajnie nie mają powodzenia u płci pięknej z powodów niezależnych. hm.

      • imho lepszym pomysłem byłoby ułatwienie adopcji dla osób, które nie mają żony/męża. wsparcie w ponoszeniu upiornie przecież wysokich kosztów leczenia bezpłodności zamiast ględzenia, że to mordowanie zarodków.
        zresztą ba. ludzie, którzy chcą mieć dziecko, będą je mieć niezależnie od tego, czy państwo będzie dla nich łaskawe, czy nie. a tych, którzy nie chcą, żaden system kar i nagród nie przekona do zmiany zdania.

  6. i frytki z pindasosem czyli fistaszkowym w Amsterdamie zaraz kolo Kalvestraat i bliskow flower marketu, najlepsze frytki w A-damie…oboszszszszz jak mi sie ich chce teraz juz natychmiast…

  7. A ja jestem za takim podatkiem. Nie mam dzieci (próbuję bez skutku od 6 lat i chyba nic już z tego nie będzie), koszty ponieśliśmy w związku z tym – ja i mój mąż – dość astronomiczne (przypuszczam, że równowartość jednego, może dwóch nowych samochodów?), i w dalszym ciągu jestem za. Z punktu widzenia społeczeństwa i państwa – każdy bezdzietny będzie już za chwilkę obciążeniem dla zastraszająco małej liczby pracujących. Zarazem dofinansowywanie/ zwrot kosztów in vitro – także z punktu widzenia państwa – nie wydaje mi się sensowne, bo skuteczność tych zabiegów jest po prostu zbyt niska, żeby było to opłacalne.

    • to może lepiej, żeby zamiast płacić dodatkowy podatek, ludzie nieprzyczyniający się do przyrostu naturalnego odkładali sobie więcej na emeryturę? robienie z ludzi ‚obciążenia’ to trochę bezduszne podejście, systemowe, sprowadzające zakładanie rodziny do kalkulacji – posiadanie dzieci się opłaca, nieposiadanie to pasożytnictwo. i to właśnie najbardziej nie podoba mi się w tym pomyśle. równie dobrze ja mogłabym mieć pretensje, że pośrednio finansuję działalność przedszkoli, z których usług póki co nie korzystam.

  8. No cóż, z punktu widzenia państwa nieposiadanie dzieci JEST pasożytnictwem. Odkładanie więcej na emeryturę to bardzo dobry pomysł, tyle, że póki co żyjemy w państwie opiekuńczym, które rości sobie prawo do odkładania na emeryturę za nas, i nie wychodzi mu to najlepiej. Albo więc zlikwidujmy wszystkie podatki i niech każdy radzi sobie sam, albo niech to państwo opiekuńcze, w którym żyjemy, próbuje wszelkimi sposobami obronić się przed skutkami ujemnego przyrostu naturalnego (a te będą za moment katastrofalne). Postrzegam to bowiem bardziej jako obronę przed skutkami nieposiadania dzieci, niż chęć nakłonienia kogokolwiek do ich posiadania.
    Na tej samej zasadzie działały moim zdaniem podatki nakładane na „niewiernych” w imperium osmańskim – skoro nie funkcjonowali w ramach społecznych, nakładających określone obowiązki na muzułmanów (jałmużna, zakładanie szkół) – to dopłacali do społeczeństwa, w którym żyli, w formie podatków.
    Pewnie, że ideałem byłoby państwo nie ściągające podatków, nie utrzymujące tysięcy darmozjadów na zasiłkach. Ale to już chyba w naszych czasach nierealne.

    • dlatego fanką państwa opiekuńczego nie byłam i nie będę, polityka polegająca na dawaniu ryby zamiast wędki nie trafia do mnie zupełnie. zresztą od punktu widzenia państwa znacznie bardziej obchodzi mnie mój własny (co chyba jednak dowodzi, że jestem rozbisurmanionym hedonistą…). i nie wykluczam wcale tego, że po 60-tce, o ile dotrwam, wyprowadzę się na plaże Azji Południowo-Wschodniej 😉

  9. To też jakaś opcja… Tyle, że przypuszczam, że będziesz musiała pożegnać się z hobby, jakim jest regularne uczęszczanie do teatru – zgaduję, że rzeczone plaże nie dysponują nadmiarem placówek kulturalnych (w Polsce, było nie było, dofinansowywanych przez państwo opiekuńcze na dość dużą skalę)….
    Coś za coś.

    • cóż, może wtedy już nie będzie mi się chciało i skupię się na wygrzewaniu starych kości; przeżyję jakoś. większość Polaków przecież znakomicie daje sobie radę bez teatru, statystycznie bywają raz na 7 lat.

  10. Jeśli ten bykowy pomysł nabierze realnych kształtów, to zrobię zadymę lepszą niż tę w dzień niepodległości. O.
    A nieposiadanie dzieci będące pasożytnictwem… bez komentarza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s