You need coolin’, baby

Ogromnie jestem wdzięczna komuś, kto rano w Radiu Kraków puścił Whole Lotta Love. W wersji Cornell + Santana, którą – nie odmawiając mocy oryginałowi z ołowianego sterowca – uwielbiam.
Akurat człapałam do pracy, przeraźliwie senna i owładnięta wizją spędzenia kolejnych 48 godzin pod ciepłą kołdrą, i wtem poczułam, jakby mi ktoś solidnego klapsa dał. Uchh. Od razu mnie otrzeźwiło.

(Gdy wracałam, puszczali Fire On Babylon. Też lubię).

Poziom mojej kreatywności znajduje się w tym tygodniu na poziomie miasta Jerycho, czyli poniżej wszystkiego. Piszę mało i krótko, a co najgorsze, w otaczającej rzeczywistości zauważam niewiele inspiracji. A ja jestem kiepska w fikcji. Nie umiem wymyślać. Żeruję na rzeczywistości, wyciągam wątki z cudzych historii, zasłyszanych rozmów, zauważonych kątem oka scen. Obserwuję z nadstawionym uchem. Kradnę ludziom ich słowa.

Najwięcej energii ostatnimi czasy wkładam w obmyślenie możliwie delikatnego sposobu rezygnacji z towarzyskiego sylwestra. Bo jednak nie chcę. Chciałam nawet, ale mi przeszło. Przez ostatnie lata spokojnie szłam spać, wypiwszy wcześniej dwa kieliszki martini. Gdy jeszcze obchodziłam sylwestry, zwykle wracałam do domu bardziej zmęczona niż zadowolona – ktoś się pokłócił, kogoś rozczarowała impreza, ktoś upił się do nieprzytomności i trzeba było go holować do taksówki. Po wszystkim zostawał niesmak, zapach dymu papierosowego we włosach, zawartość torebki rozrzucona na podłodze, poranny kac i próby przypomnienia sobie, o co komu poszło. Pomachałam temu wszystkiemu na do widzenia trzy lata temu, po nieszczęsnej, wymuszonej domówce, na której wszyscy siedzieli smutni, żarli śledzie, część przespała noworoczny toast, bowiem nawaliła się zbyt szybko, w tle smędziło Chilli Zet, a kilka przygarniętych sierotek, które nie miały lepszego pomysłu na spędzenie tej nocy, siedziało po cichu w kącie i dolewało sobie tylko wódki. Uciekłam stamtąd tuż po północy, tłumacząc, że wracam do domu – i pojechałam do ulubionej knajpy, w której spotkałam wielu takich uciekinierów. Od tamtej pory 31 grudnia jest dla mnie tym samym, co – dajmy na to – 12 marca. Mam swoje Bardzo Wyjątkowe i Specjalne Dni, które celebruję z pompą, ale na urok tego jednego jestem akurat odporna.
Jakoś z delikatnością trzeba będzie, z poważaniem i z dobrym wychowaniem, żeby nikt się nie obraził, gdy powiem – wiecie, jednak nie.

Tymczasem na dzielni, pięć minut powłóczenia nogami od moich drzwi, otwierają siłownię. Już nie da rady wykręcać się, że mam daleko, nie po drodze, późno kończę pracę, blabla. Mają być zajęcia z tańca na rurze oraz coś, co się nazywa sala mentalna.
Dobrze, że nie samobójców.

Reklamy

4 thoughts on “You need coolin’, baby

  1. hmm, myślisz, że to źle? w sensie, podsłuchiwania i podkradania cudzych historii? ostatnio wymyśla mi się w głowie bohater, wygląda jak mój profesor od psychologii społecznej, mieszka tam, gdzie profesor od materiałoznawstwa ex-narzeczonego, ciamka przy jedzeniu jak mój ojciec i ma hiperlęk przed przejeżdżającymi tramwajami jak ja 😉

    nie wiem, czy da się inaczej, niż ulepić ze skrawków, wyjść poza własną percepcję. oczywiście, wyobraźnia, ale ona też jest do czegoś przyczepiona, gdzieś umocowana. chyba.

    może to więc nie kradzież, nie żerowanie, a, hm, talent taki? do obserwacji, wyłapywania z tłumu/szumu, do trafnego podsumowania. bardzo dobrze, że nadstawiasz ucho, bez tego by gdzieś uszło, ulotniło się. a tak wciąż żyje.

    no 🙂

    • nie, nie źle. bawi mnie takie podkradanie. wolę opisywać to, co widzę i słyszę niż tworzyć od zera; w sytuacji, gdy rzeczywistość dostarcza naprawdę masy tematów, to drugie wydaje się niepotrzebnym kombinowaniem. wczoraj wracałam do domu z taksówkarzem, który nie dość, że miał głos jak Maciej Zembaty, to jeszcze opowiadał mi wstrząsające historie z czasów pracy w nowohuckim kombinacie. gotowy bohater. jeszcze parę kursów i niezły reportaż mógłby powstać 🙂 mam zresztą taki zamysł, żeby kiedyś pozbierać wszystkie taksówkowe historie…

      • o, taksówkowe historie, fajny pomysł. jeszcze chyba tego nie było. a zdarzają się niezłe. Aż pozazdrościłam, że sama na to nie wpadłam :))) chociaż ostatnio panowie mniej rozmowni, dowiedziałam się jakiś czas temu, że jedna z warszawskich korporacji zabrania taksówkarzom rozmów z pasażerami, chyba, że ten ewidentnie nalega. bez sensu :/

  2. kurka, też przydałby mi się jakiś taki dopalacz
    co do pisania, to moje szufladowe nie jest tak wymagające, i choć mam rozpoczęte opowiadanie, które aż prosi się o skończenie (bo wiem co i jak napisać chcę w nim jeszcze) to za diabła nie mam czasu… może w święta, gdzieś między rondlami, choinką, a samotnym drinkiem

    co do sylwestra… to też jakoś ostatnio bywam w domu, choć miałam ochotę iść w tym roku do kina, tylko samej mi się nie chce, choć lekki i niewyszukany repertuar kusi i brak sztampy, i zwykłe dzinsy i trepy, bez blihtru i pijackich awantur

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s