Bez napinki

O dziewiątej wróciłam do domu. Dojechaliśmy z Podhala w półtorej godziny, puściuchną zakopianką. Pędziło się fantastycznie, szadź różowiała w porannym słońcu, pierwsze oznaki bytności ludzkiej zaobserwowaliśmy w pobliżu Prokocimia dopiero.
Ale najpierw pojechałam w tamtą stronę. Wesołym autobusem wypchanym do granic ludzkiego pojęcia – głównie narciarzami mającymi nadzieję, że taszczona boazeria do czegoś im się przyda. Im dalej w las, tym bardziej nadzieja bladła. A las ciemniał.
Jakoś udało się dotrzeć. Trzeba było tylko pokonać ostatnią przeszkodę w postaci piaskowego dziadka odgrodzonego szybą od petentów i oczom mym ukazał się apartament.
Wymacałam kontakt, pstryknęłam i usłyszałam buczenie charakterystyczne dla zapalającej się świetlówki.
– Dżizys – jęknęłam. Nienawidzę świetlówek. Człowiek w tym ponurym blasku wygląda jak swój ekshumowany przodek.
Krzyczące lata osiemdziesiąte. W przedpokoju piękne PCV. Woda pod prysznicem zimna – nie macie pojęcia, jak się cieszę z własnej wanny. Ale pościel świeża i co najważniejsze, dobre towarzystwo.
Przyjaciółka pojechała wcześniej, więc dzwoniłam w piątek rano z pytaniem, co jeszcze zapakować lub dokupić po drodze.
– A są tam jakieś sztućce? Szklanki?
– Nie ma.
– A może telewizor? Albo radio?
– Ty i to twoje radio… Nie ma.
Powstrzymałam się przed zadaniem pytania ‚a co jest’.

Troszeczkę już wyrosłam z przaśnych warunków, przyznaję. Korona mi z głowy nie spada co prawda, nie należę do tych, którzy w hotelowym pokoju spodziewają się zastać kapciuszki kąpielowe, zestaw do szycia i czekoladki, a poza tym chwilowo mam wściekle napięty budżet, ale jednak…
Jak już sobie postałam pod świetlówką, popodziwiałam design PRL-u, doceniłam landszafcik na ścianie i poległam na próbie rozkminienia sposobu otwarcia drzwi balkonowych, spojrzałam na framugę, a tam któryś z poprzednich gości starannie napisał czarnym flamastrem SPIERDALAJ.
Nie, żebym w takim miejscu spodziewała się wykaligrafowanych cytatów z Przerwy-Tetmajera, ale resztki makijażu spłynęły mi ze śmiechu.
Poza tym wszystko było cudownie. Padał śnieg, wielkie płatki osiadające na rzęsach. Snuliśmy się po okolicy.


Podhale w pigułce, nie?

Miało być bez napinki, bez brokatu, szampana, szaleństw na parkiecie i sztucznych rzęs. I było. Było zwyczajnie i beztrosko.
Piliśmy piwo. Do śniadania, jak małolaty wypuszczone z domu na wycieczkę. Graliśmy w piłkarzyki. Gadaliśmy i jedliśmy, jedli i gadali. Zostawiłam stanik w łazience brata przyjaciółki, z przyczyn najzupełniej grzecznych, a on bez cienia skrępowania mi go odniósł, rycząc ‚tu mi się jakiś cyc-halter poniewiera!’. Słuchaliśmy namiętnie muzyki (namiętnej również). W piżamach jakoś doczekaliśmy północy, choć łatwo nie było, bo po intensywnym dniu przysypialiśmy na stojąco. Sprawdziłam jeszcze tylko, jak się pracuje nieszczęsnemu panu i władcy – i zaryłam nosem w poduszkę.
O trzeciej obudziło mnie wycie alarmu pożarowego – jakaś smutna idiota zapaliła papierosa w pokoju, nie bacząc na czujnik. O szóstej zadzwonił budzik. Niedługo później rzuciłam plecak na podłogę w moim mieszkaniu i popędziłam wziąć gorącą kąpiel. Siedzę teraz, cucę się niemal wrzącą kawą, słucham Topu Wszech Czasów. Postanowień brak. Chwilowo tylko wydaję się sobie bardzo posunięta w latach, ale może to dlatego, że mało spałam. Życzenie mam właściwie jedno – więcej seksu, mniej napiętych grafików.
Cieszę się, że takich cudnych ludzi mam przy sobie, że chcą ze mną spędzać czas, troszczą się o mnie. Jestem bardzo za nich wdzięczna.

Advertisements

2 thoughts on “Bez napinki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s