Stars to fill my dream

Dowiedziałam się, kto stracił ile kieliszków, kto złamał obcas, czyj chłopak się upił, a do czyjego dobierała się znajoma blondynka i zdecydowanie wolę moje noworoczne toasty.
Cały wczorajszy dzień spędziłam przy głośniku i zastanawiam się, co w tym Topie Wszech Czasów robi Gotye. Rozumiem, że to fajna piosenka, w ucho wpada, a nie przeszkadza zarazem – ale wielkie nieba, epokowe to nie jest, nawet nie stało obok Archive. Ani obok paru innych numerów, które przeskoczyło na liście (Dżem to jeszcze mogę zrozumieć, ale Innuendo i Purple Rain?). To jest znakomity dowód na łatwość, z jaką można gusta narodu kształtować.

Powrót do nieświątecznej rzeczywistości całkiem był gładki.
Zabawnie słucha się mężczyzn rozprawiających z zapałem o porodach, znieczuleniach i wadach cesarskiego cięcia. Ale właściwie to wiedzą o tym więcej niż ja. Bo ja to tylko czytałam na razie, a oni są już po drugiej stronie barykady. Przynajmniej się przyglądali. Choć i tak kategoryczność ich sądów mnie zdziwiła.
W sobotnią noc przyjaciółka zapytała mnie, czego bym chciała w nowym roku. Zagapiłam się w ciemność za oknem – w pobliżu nikt nie wystrzeliwał fajerwerków, wieś zasnęła.
Czego bym chciała? Chyba już tego właśnie, ale daleka jestem od gwałtownych ruchów.

Czytam sobie o Tokio i ogarnia mnie delikatna panika. Mapka stacji kolejowej, przy której mam mieszkać, wygląda jak splątane jelita. Exit 1, exit 2, exit 3, exit 4, exit 5, exit 6, exit west, exit east. Moja orientacja w przestrzeni jest poniżej wszelkich wyobrażalnych poziomów, lubię, gdy istnieje jedno wejście i również jedno wyjście, więc istnieje duża szansa, że znaczny kawał urlopu spędzę na próbach wydostania się na ulicę. O znalezieniu hotelu nie wspomnę.
Tak, wiem, przesadzam. Wszystko dlatego, że od dziewięciu dni czytam i myślę niemal tylko o tym. Nakręcam się, jak to ja. Nie umiem nie popadać w egzaltację, wariować i chodzić po ścianach, a chciałabym. Zakochuję się w dokładnie ten sam sposób. Nie dla mnie staranne, chłodne planowanie sobie życia, śmigam od jednego uderzenia pioruna do drugiego.
I nic dziwnego, że kompletnie nie potrafię dostroić się do osób oglądających raczej ciemną stronę księżyca, że męczy mnie przebywanie wśród nich, tracę szybko cierpliwość – tak, jak do wiecznie słabujących mimoz. Niestety łatwiej ode mnie usłyszeć ‚nie marudź’ niż ‚ojej, biedactwo’. Ale to dlatego, że siebie samą też traktuję dość surowo. Z drugiej strony domyślam się, jak upierdliwe może być dla osób postronnych moje latanie pod sufitem z motorkiem w tyłku i przeżywanie na modłę nastolatki.

Advertisements

9 thoughts on “Stars to fill my dream

  1. Smells like teen spirit ;>

    myślę, że ten Gotye to obecność chwilowa, za rok nikt nie będzie o tym kawałku pamiętał. a popularność wynika z bardzo chwytliwego tekstu, niech rzuci kamieniem, kto się ani na chwilę nie zidentyfikował :)) to jest prosty, wpadający w ucho kawałek, nie ma co nawet porównywać z Again, to jest nieco trudniejsze w odbiorze. Może i Trójka ma innego słuchacza, niż takie radio eska, ale jak widać, mechanizmy też trochę działają.

    • bo te mechanizmy są dokładnie takie same. tylko subtelniej może stosowane.
      mnie akurat ten numer wybitnie nie przypadł do gustu – rozumiem, dlaczego może się podobać, ale nie mój typ, w dużej mierze przez ten skrzekliwy głosik wokalisty.

    • „Z drugiej strony domyślam się, jak upierdliwe może być dla osób postronnych moje latanie pod sufitem z motorkiem w tyłku i przeżywanie na modłę nastolatki.”
      Ale to jest właśnie chyba recepta na bycie szczęśliwym i zadowolonym. Bardzo fajnie to napisałaś.

  2. Archive namiętnie katuję (to jest odpowiednie słowo) w regularnych odstępach kwartalnych. Ten utwór jest w moim osobistym top 3.

    Jeżeli chodzi o piosenki ze słowem „somebody” w tytule (hyhy), to zdecydowanie u mnie wygrywa Kings of Leon vs. Gotye 😉

  3. …I nic dziwnego, że kompletnie nie potrafię dostroić się do osób oglądających raczej ciemną stronę księżyca, że męczy mnie przebywanie wśród nich, tracę szybko cierpliwość – tak, jak do wiecznie słabujących mimoz. Niestety łatwiej ode mnie usłyszeć ‘nie marudź’ niż ‘ojej, biedactwo’. Ale to dlatego, że siebie samą też traktuję dość surowo….

    o to to!!!! bardzo nawet, ja juz musze naprawde byc w glebokiej dupie, zeby zaczac narzekac, jeczec i marudzic, i tez nie mam cierpliwosci, ale ucze sie gryzc w jezyk :p
    hihihihihi, „moi” wiedza, ze jak im pyskuje i wale z grubej rury i trace cierpliwosc, to dobrze, ze nalezy sie martwic (albo sie wie, ze kogos nie lubie :p) jak jestem slodko i uprzedzajaco grzeczna w bardzo specyficzny sposob ( ci co mnie nie znaja czasem sie myla i mysla, ze jestem mila hahahahahaha, BARDZO :D)
    i juz chcialam powiedziec, ze z wiekiem wzrasta tolerancja, ale sie zacukalam, bo dupa kota i nieprawda, wcale mi nie wzrosla, po prostu stwarzam sobie warunki do niestykania sie z marudami i mimozami 😀

  4. Na pewno na stacji każde wyjście będzie opisane. Gorzej jak będzie opisane po ichniejszemu, ale z drugiej strony w każdym azjatyckim mieście gdzie byłam, gdzie jest metro napisy w nim były też po angielsku. Powodzenia!

    • fakt, że każde jest opisane, nie oznacza, że skorzystam z właściwego 🙂 trochę siebie znam, mnie się wszędzie mylą kierunki. czytam mapę dobrze tylko wtedy, gdy ją odwracam.

  5. hej

    a możesz podesłać linka do miejsca gdzie będziesz nocować w tokio?

    sama zbieram info, może kiedyś się uda >.<

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s