Ciuciumatka

Południe Polski leży bliżej Antarktydy i może w Krakowie niewiele na to wskazuje, ale wystarczy wyjechać nieco dalej, żeby się o tym przekonać dotkliwie.

Nie był to najlepszy weekend na wyjazdy. Po drodze mało ducha nie wyzionęłam ze strachu – w życiu nie widziałam tylu stłuczek. Od wczoraj dochodzę do siebie na mojej sofce.
Okoliczności przyrody jednak piękne i gdyby nie to, że brzuch nadal boli, ochoczo robiłabym orły w tych zaspach. Relaxez-vous!
Tak sobie pomyślałam, patrząc na ten baśniowy śnieg, że – uwaga, ogłoszenie towarzyskie – muszę znaleźć sobie kompana do nart. Do takiego zsuwania się, jakie uprawiam. Pan i władca na moim poziomie był za Bieruta i górki, które ja uważam za makabrycznie strome, przegryza na drugie śniadanie; zamęczylibyśmy się nawzajem, dlatego nawet mu tego nie proponuję, podobnie jak mojej przyjaciółce, która lat ma 32, a szusuje od 30 – ale czułabym się pewniej, jeżdżąc obok kogoś, kto ma podobnie niskie ambicje narciarskie, a lubi to.

Noc z piątku na sobotę spędziłam w pensjonacie. Ładnym nawet, można było zanurzyć się w wykrochmaloną pościel i dostać kakao (!) na śniadanie. Zanurzyłam się zatem, z radiem na uszach i z płaczem na końcu nosa czytałam Wołanie w górach. To nie jest najbardziej poruszająca książka o akcjach ratowniczych – Anne Sauvy pisała boleśniej, ale może dlatego, że ona obserwowała to upiorne widowisko z boku, mogła emocje dopuścić do głosu – niemniej powinna być lekturą obowiązkową dla wszystkich wybierających się w góry. Ku przestrodze po pierwsze, a po drugie ku pokrzepieniu. Taki fragment w niej znalazłam:
Góry są rzeczywiście poza dobrem i złem. To tylko my, ludzie, przenosimy w skalny i lodowy świat swoje problemy. Nie zawsze pierwszej czystości.
Nic dodać. Do zapamiętania.

Ledwo przyłożyłam wystrzyżony łepek do poduszki, za drzwiami przegalopowało stado koni. I tak galopowało do północy, aż wreszcie tatuś zagnał trzódkę spać.
Gdy rankiem moje zwłoki opuściły pokój, zadumały się nad rzędem butów ustawionych przed wejściem do sąsiedniego. Dużo rzeczy w hotelach widziałam, ale sądziłam, że zostawianie butów przy wycieraczce na dobre wchłonęła przeszłość. Jakże się myliłam.
Tatuś i trzódka siedzieli już na śniadaniu. W skład trzódki wchodziła żona oraz dwoje dzieci – bardzo grzeczna dziewczynka i Ciuciu. Ciuciu był rezolutnym blondynkiem, na oko czteroletnim. Niewdzięcznym tym mianem zwała go mamusia. Na początku zastanawiałam się, czemu tatuś usiadł w przeciwległym kącie stołu, daleko od niej. Później zrozumiałam. To nie była rodzina z kalendarzy adwentowych.
Ciuciu z rykiem latał po jadalni, odmawiając przyjmowania pokarmów z uporem godnym walczącego o wolność. Matka latała za nim, usiłując słodkim tonem nakłonić go do przyjęcia niechby płynów (herbaty na łyżeczce). Im gorzej dzieciak się zachowywał, tym ckliwiej przemawiała. Przekonałby was lukier i pokorne prośby, gdybyście usłyszeli zew szatana? No, mnie też nie.
Mały wreszcie się zmęczył, zainteresował nietłukącymi bombkami na choince, rozsiadł się i jął po kolei zdejmować je pulchnymi łapkami.
– Ciuciu, nie rusaj bombecek – rzekła dobrotliwie matula i odwróciła się do męża, by tonem wielce jadowitego węża syknąć:
– Sobie wyjąłeś torebkę z herbaty, a mnie to już nie mogłeś wyjąć?… Mogłeś sobie darować taką złośliwość…
– Oj, przecież…
– Żałuję, że tu przyjechałam – oznajmiła tonem, którym Iwan Groźny pewnie zamykał narady wojenne.

Wiem – nie znam się na wychowywaniu dzieci, na samych dzieciach też słabo się znam. Trochę się znam na dorosłych, a ci się nie popisują. Obrazki, które wczoraj zaobserwowałam, są – mam nadzieję – nietypowe. Niemniej dawno nie widziałam spektaklu tak zniechęcającego do zakładania rodziny, jak ten odstawiony przez matkę-Polkę w jadalni.

Reklamy

7 thoughts on “Ciuciumatka

  1. jak dla mnie ta sytuacja (z mężem) to nic innego, jak tłumione poczucie żalu/rozgoryczenia, że pan mąż ma w dupie, siedzi sobie spokojnie i zajmuje śniadankiem jak gdyby nigdy nic, a kobita ma nie dość, że sama zjeść, to jeszcze w tym samym czasie oporządzić trzódkę.
    a jako, że nie nauczona komunikować swoich potrzeb albo jej komunikowała, ale pan mąż uznał, że to jakieś fanaberie, to okazuje swoją frustrację w taki właśnie sposób….

  2. lepiej by na tym Matka polka wyszła gdyby kanapeczkę spakowała do słodziastej torebuni i w pulchne łapeczki synalka ją wcisnęła kiedy wpierw by pobiegał nieco na śniegu.

    Nielat to niejadek był (bywa i jest) ale, w życiu nie było biegania po mieszkaniu, i w życiu do niego tez nie ‚ćwierkałam’ kiedy to miał coś zrobić na co nie miał ochoty.

    herbatki jej nie wyjął… złośliwie… hm… złośliwe tej herbatki by jej przyjaciółka nie wyjęła… a nie mąż… mąż to facet… a facet wymaga jasnych wskazówek i nie działa na zasadzie domyślności! … przynajmniej przez 34 lata własnego życia takiego nie spotkałam 😐

    Na nartach nie jeżdżę niestety… kiedyś ćwiczyłam zjazdy pasażerskie, ale skończyło się wywrotką i… :P, ale dawno to było 😛

  3. ale przecież ten tata to ciuciutata do kwadratu!
    żeby gorzej nie nazwać 🙂

    Zastanawia mnie, dlaczego tak bronisz tych biednych facetów, na których spadło tacierzyństwo, niebożątka i oni w związku z tym na znak protestu się w nic nie zaangażują – przecież to dokładnie ten sam typ rozmemłanych gości, na których tak utyskiwałaś parę notek temu?

    • a w którym dokładnie miejscu go bronię? sam fakt, że opisuję li zachowanie matki i jej pociechy, wcale nie oznacza, że zachowanie ojczulka – a właściwie brak zachowania – było zachwycające. nie uważam go za żadnego rodzaju niebożątko, to już nadinterpretacja 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s