Idzie sikawica

Nad ranem, gdy już jasno, usypia mnie miarowy szum deszczu i przyjemne uczucie, że wszystko jest tak, jak powinno być. Wciskam nos w wymęczoną poduszkę i prawie czuję czyjś gorzki zapach.
Mnóstwo u mnie ostatnio silnych emocji, chodzę niezbyt wyspana i trochę otępiała w związku z tym, ale w tym szaleństwie odnajduję spokój. Bo to same dobre emocje. I gdyby kto wziął je pod lupę, zauważyłby, że to nic wielkiego w gruncie rzeczy – czyjś rozkoszny strumień świadomości w siedmiu esemesach wysłanych wieczorem jeden po drugim, obietnica pościelowych uciech, rozbrajający, trochę dzieciacki śmiech w słuchawce, żarty, których nikt inny nie zrozumie. Uwielbiam, jak sprawnie odczytuje sygnały, łamie kody, reaguje na jedno skąpe słowo właśnie tak, jak miałam nadzieję, że zareaguje. I wiem, że jego też to bawi; nieczęsto spotykamy ludzi myślących w tym samym kierunku.

Chyba się starzeję, droga redakcjo. Jeszcze nie tak dawno nęciło mnie uderzanie o skaliste dno, emocjonalny korkociąg i ostre pikowanie w dół. Lubiłam przekonywać odbicie w lustrze, że neurozy są cool, że to właśnie jest prawdziwe życie, na granicy wytrzymałości ciała i rozumu. Teraz widzę, że było to, droga redakcjo, zajebiście durne. Owszem, człowiek uczy się dzięki upadkom, trzeba tylko wyciągać z nich wnioski i pamiętać – tamtędy nie już nie pójdę, bo lawiniasto, tego nie dotknę, bo się poparzę. Ale jeśli rzeczony człowiek ciągle, apiat’ od nowa z żelazną konsekwencją rzuca się z tych samych urwisk, w ten sam ogień, no to…

Gdy wyłączam budzik, za oknem nadal ulewa. Szarpię się z futryną, wreszcie wyciągam ręce, żeby trochę mnie zmoczył ten deszcz. Nie mogę uśmiechać się bardziej, bo pękłyby mi policzki.

Za tydzień będę już w drodze na lotnisko. Na pierwsze z sześciu lotnisk w tej podróży.
Dziwne, dopiero bilet kupiłam. Ciągle pamiętam to leniwe kliknięcie i gwałtowny wzrost ciśnienia, gdy chwilę później w mojej skrzynce pojawił się e-ticket wystawiony na moje nazwisko. FCO-NRT-CDG, magiczny język skrótów uruchamiających wyobraźnię. Od tamtej pory przeczytałam od deski do deski kilkadziesiąt blogów, półtora tysiąca stron w przewodnikach, przeorałam fora internetowe, uzupełniłam wiedzę o liczne absurdy – a na tydzień przed wyjazdem nie wiem absolutnie nic. Czuję się nieprzygotowana. Oglądam mapę tokijskiego metra i śmieję się nerwowo. Uruchamia mi się cykor.
– Nie wiem, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jaka jesteś odważna – mówi moja przyjaciółka. – Większość ludzi w życiu nie wypuściłaby się samotnie tak daleko.
Wzruszam ramionami. Nadarzyła się okazja, więc z niej skorzystałam, to wszystko. Nie wiem, czy to akt odwagi. Ja po prostu robię to, co zrobić zawsze chciałam.
Inaczej do końca świata plułabym sobie w brodę.

Wczoraj się wkurzałam na góralszczyznę, to dziś pochwalę, bo w ździebko innym składzie i pod inną nazwą wróciły moje ukochane dźwięki.

Reklamy

8 thoughts on “Idzie sikawica

  1. Poleciłabym jeszcze do tych tysięcy przeczytanych stron Ruth Benedict, Marainiego „Meeting with Japan” i „Tokyo” tegóż, ale już za późno, chyba że też się znalazły na liście:)

  2. dzisiaj mi pokazano Twój blog. Jak miło poczytać coś napisanego MOIM językiem i jeszcze ze Starszymi Panami w tle! 🙂 Życzę miłej podróży, a jeśli przypadkiem wylądujesz w Chinach – zapraszam na kawę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s