Tańczą włosy, tańczą jak szalone

Proszę pana, byłby pan całkiem przystojny, gdyby pozwolił pan sobie wyłysieć. Jasna sprawa, niech pan się nosi jak mu się podoba, ale niewiele jest bardziej antykoncepcyjnych widoków niż skrajnie wysokie czoło, a z tyłu rozpaczliwy – żeby to koński – ogon z tego, co jeszcze nie wypadło. Już lepiej śmiało przejechać maszynką do golenia. Lubię długie włosy, choć nie są warunkiem bezwzględnym do tego, żebym kimś się zainteresowała – ale wielkie nieba, trzeba mieć ich dużo, najlepiej bardzo dużo, bardzo zadbanych. Wtedy jest seksownie. W pewnych okolicznościach bardzo się lwia grzywa przydaje. Do czego mogą się przydać trzy umęczone włoski na krzyż?
Cóż. Dobrze przynajmniej, że nie zaczesuje ich do przodu, żeby ukryć wspomniane czoło, coraz wyższe z każdą wiosną.
Pracowałam kiedyś z mężczyzną starszym ode mnie o przynajmniej 25 lat, dumnym właścicielem pięknych, wściekle gęstych, spływających mu na ramiona loków. Pukle były białe jak śnieg, co nie przeszkadzało małolatom za nim biegać.
(Do tego miał oksfordzki akcent, co sprawiało, że biegały jeszcze szybciej).
((Pysznie też znał się na winach i dyskografii Led Zeppelin, a do cudnych pukli nosił rozchełstane, acz świetnie skrojone koszule)).

I proszę pana, byłby pan całkiem sympatyczny, gdyby nie traktował mnie pan protekcjonalnie.
Nie lubię czuć się głupsza. Nie znoszę, gdy ktoś gada do mnie jak do pięcioletniego dziecka. Cenię fachowość, uwielbiam bliskich mi facetów za to, że potrafią godzinami opowiadać mi o tym, co ich kręci w taki sposób, że siedzę z rozdziawioną buzią i nieważne, że nie znam się ani trochę na teleobiektywach, softboxach, informatyce kwantowej, metalu symfonicznym, rodzajach śniegu (ale wiem, że Eskimosi mają 50 różnych określeń nań). Oni tak o tym mówią, że czuję się nęcona. Czuję, że to fantastyczna przygoda. Tak, to absolutnie uwielbiam; uwielbiam też patrzeć na nich, gdy opowiadają, wymachują rękami, oczy im błyszczą, a gdy dostrzegą u słuchacza ślad zainteresowania, aż iskry lecą. To wspaniałe.
Gdy delikwent rozmawia ze mną, jakby mnie po pleckach klepał, ty blondyneczko ty, doprawdy nie musisz tego wiedzieć, pewnie zresztą nie wiedziałaś (wiedziałam, do kurwy nędzy) – czuję, jak w śliniankach zbiera mi się toksyna. Chętnie bym dotkliwie użarła. Ale nie, wygładzam spódniczkę i odwracam się na pięcie. Pozwalam mu poczuć się dobrze.
To pewnie nie potrwa długo.

Dziś zaczęłam się pakować. Jestem w tym niezła. Nigdy, nawet na długo nie wyjeżdżałam z więcej niż siedmioma kilogramami ciuchów, mazideł i czytadeł na wieczór – góry wyrabiają dobry nawyk zabierania tylu klamotów, ile się bez trudu udźwignie i niczego więcej. Za to wielokrotne pomnożenie ciężaru bagażu w drodze powrotnej jest dla mnie bardzo proste.
Próbuję czytać, próbuję się wysypiać, próbuję oddychać, ale ogarnia mnie panika.
Rachid trochę mi pomaga. On i cała trójca (kocham ten numer i z perwersyjną uciechą puszczam go wszystkim twierdzącym, że nie trawią arabskich nut, bo minutę później tupią wesoło stópkami do rytmu – a Faudel wygląda zupełnie jak Barack Obama). Stara miłość do muzyki Maghrebu nie rdzewieje, toteż snuję się po mieszkaniu, zarzucając bioderkiem przy każdym kroku. I wiecie, jak sobie patrzę na tych bladych indierockersów w rurkach opinających zabiedzone łydeczki, to sobie myślę, że od Rachida mogliby się co nieco nauczyć. Nie zna granic ni kordonów rock’n’roll.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s