For relaxing times, make it Suntory time

Anglojęzyczni nocne loty na wschód nazwali red-eye.
Już wiem, dlaczego.
Moja noc trwała jakieś dwie godziny – przez tyle tylko za oknami panowała względna ciemność, a mózg nie da się oszukać opuszczeniem plastikowej zasłony. Spałam kilkadziesiąt minut może, później zrezygnowana zajęłam się oglądaniem jakiejś komedii. Gdy samolot wypluł mnie na lotnisku Narita, gdzie na powitanie – niestety – robią pasażerowi i jego spuchniętym gałom zdjęcie, wyglądałam na ciężko chorą. Tak też się czułam.
– Proszę tu włożyć palec i nacisnąć.
Naciskam.
– Proszę nacisnąć – powtarza słodka Japonka.
Naciskam.
– Czy może pani odrobinkę mocniej nacisnąć?…

Na Aerofłot złego słowa powiedzieć nie dam. Dowieźli mnie całą i zdrową, nie spóźnili się ani o minutę, wśród rozrywki pokładowej mieli płytę Beth Hart z Joe Bonamassą, ale lepszy był powrót. Z trzystu miejsc w samolocie zajętych było najwyżej pięćdziesiąt, w związku z czym można było dowolnie się wylegiwać, a uprzejma obsługa – w większości zdrowi, apetyczni rosyjscy młodzianie – donosiła wino i lody. Leżało się, majtało nóżką, sączyło (Would you like some more? – Yes please, thank you), oglądało Footloose.
Podziwiam tylko Rosjanki, pokonujące pięć stref czasowych w szpilach, złocie, z puklem utrefionym i torbą przynajmniej Marca Jacobsa, podczas gdy ja w płóciennych gatkach i converse’ach czułam się jak uboga krewna.
Ale od początku.

Pierwszy przystanek – Rzym. Miasto, które uwielbiam i do którego przeprowadziłabym się jutro. Ogromna kolacja podlana valpolicellą złagodziła mój podróżny stres, choć następnego ranka w drodze na lotnisko na nowo poczułam, jak żołądek kurczy mi się z nerwów.
Niepotrzebnie.
Japonia, proszę państwa, jest krajem, w którym bardzo trudno poczuć się źle (no chyba, że lampa się buja…). Większość ludzi, z którymi miałam do czynienia, stawała na rzęsach, żebym była zadowolona. Traktowali mnie z grzecznością, która na początku wydaje się absurdalna, ale jest dziwnie zaraźliwa. Trudności językowe owszem, są i trzeba przygotować się na częste używanie palca wskazującego, szczególnie w restauracjach – bo zdarza się, że menu przetłumaczone na angielski mówi wam jeszcze mniej niż kanji, ale o tym później. Bywa jednak, że gdy już wykujecie na blachę trzy japońskie słowa i otwieracie usta, by zabłysnąć, wasz rozmówca odzywa się zaskakująco płynną angielszczyzną.
Pierwsze minuty w Tokio to jakby trafiło się na inną planetę, przeniosło w przyszłość, w scenografię filmu science-fiction (ot, Blade Runner na przykład). Oto do pokonania pierwszy level w tej grze, kolosalna stacja kolejowa z dziesiątkami wejść i wyjść, labirynt korytarzy, z których jedne wiodą na perony, inne do metra, inne do centrów handlowych, a wreszcie – na zewnątrz. O dziwo da się w tym odnaleźć, trzeba tylko podążać za znakami, zwykle dwujęzycznymi. Odstawszy swoje w kolejce do ruchomych schodów, wyjeżdża się na górę i wpełza w las wieżowców. Rany boskie, myślę, ja tu zginę. Tu wszystko takie wielkie, takie szybkie, takie inne, niczego nie rozumiem.
Parę dni później poruszam się po tej planecie całkiem sprawnie, mam swój konbini na rogu, do którego co świt zachodzi po onigiri na śniadanie i kawę w puszce (i grejpfrutowe piwo na wieczór), okrążam miasto linią Yamanote, spokojnie planuję 500-kilometrowy rajd shinkansenem do Kioto, cóż prostszego, na peronach ustawiam się w równym ogonku do stosownego wagonu, czuję się pewnie i wygodnie. Wieczorami siadam na parapecie maciupkiego hotelowego pokoju, gapię się na hipnotyzujące neony Akihabary i czuję się, jakbym grała w filmie. Ale to nie jest film.

W moim – bardzo dobrym, polecam (odradzam za to serdecznie Lonely Planet) – przewodniku przeczytałam, że gdy wychodzi się ze stacji przy Shibuya Crossing i widzi tłum zdążający w trzech kierunkach pod ogromnymi ekranami telewizyjnymi, myśli się – wow, naprawdę jestem w Tokio! Coś w tym jest.

Tokio w wersji trudniej przyswajalnej to sąsiednie Harajuku, kraina długorzęsych lolitek (sztuczne rzęsy i taśma do powiek mają swoje oddzielne alejki w drogeriach) piszczących głosikami o częstotliwości nieznośnej dla europejskiego ucha, tłoczących się w sklepach sprzedających obowiązkowo różowe ciuszki. Lolitek jak mrówków, z głośników ryczy J-pop. Jakby trafiło się do przedszkola, w którym pięciolatki naszprycowano amfetaminą. Na szczęście nieopodal leży Meiji Jingu, gdzie można uciec i popatrzeć na Japończyków skrobiących swoje życzenia lub podziękowania na tabliczkach wotywnych. Zawsze jest jakieś nieopodal. Wciśnięty między neonowe drapacze chmur maleńki chram shinto. Krzykliwy salon pachinko obok sklepu z jedwabnymi wachlarzami. W tej samej godzinie zdarzy wam się dreptanie boso przez tatami w pustych wnętrzach świątyni zen i zastanawianie się, ilu jeszcze Japończyków zmieści się do wagonu metra, którym akurat podróżujecie. Ramen siorbany w krzykliwym barze szybkiej obsługi i tradycyjne śniadanie w ryokanie, podane tak, że szkoda dotknąć i naruszyć kompozycję. Ogrody zen i koszmarna betonowa dżungla. Karpie pływające w sadzawce w pobliżu siedmiopiętrowego domu towarowego. Ceremonia herbaciana i japońska telewizja, tak zwariowana, że aż wciągająca. Zniewalająca czystość formy – i wszystko różowe, błyszczące, jazgotliwe i kiczowate. Buddyzm, który mówi – pozbądź się żądz, a obok kosmiczny wprost konsumpcjonizm. W Japonii można kupić absolutnie wszystko.
Osobiście zaczęłam od sztucznych rzęs.
Oraz tuszu do tychże, marki D.U.P.
Wróć. Zaczęłam od parasolki. To pierwszy zakup turysty w kraju wschodzącego słońca. Bo gdy pada deszcz, to nie pada tak zwyczajnie. Leje i wieje tak, że kurtka przeciwdeszczowa na niewiele się zda. Szczęśliwie osławione foliowe parasolki w różnych wymiarach można za parę groszy kupić w każdym konbini.

Przez dwa pierwsze dni z wielkimi oczami snułam się po Tokio. Trzeciego – ruszyłam na pierwszą wycieczkę, do Kamakury, w której na morze spogląda trzynastometrowy Budda.

Pogoda zrobiła się iście karaibska, wspaniałe słońce. Przysiadłam na chwilę na plaży – dość paskudnej, patrolowanej przez krążące jastrzębie, ale zdarzyły się jakieś ciekawe widoczki…

– i z lubością wystawiłam gębusię na promienie. Wieczorem w hotelowej łazience z przerażeniem skonstatowałam, że każda odsłonięta część mojego ciała spiekła się na efektowną czerwień. Mądrzejsze ode mnie Japonki poruszały się pod haftowanymi parasolkami od słońca.
Kamakura to było moje pierwsze zetknięcie z buddyjskimi świątyniami, światem do tej pory znanym mi z książek. I jest to świat niewątpliwie fascynujący, choć niełatwo kontemplować, gdy wszędzie wokół kłębi się tłum. Nie, nie kłębi. Tłum pcha od świątyni do świątyni. Po pewnym czasie można przywyknąć. Można znaleźć miejsce dla siebie i przez chwilę pomyśleć. A jest o czym.
Hase-dera, świątynia z niebywałym widokiem, jest też miejscem, w którym schronienie znajduje kilkaset posążków Jizō, buddyjskiego bóstwa opiekującego się dziećmi i podróżnikami. Jizō w Japonii można spotkać w wielu miejscach, ale posążki w tej akurat świątyni ustawiają rodzice, którzy stracili potomstwo (z różnych przyczyn, w wyniku aborcji również). Wśród dziesiątków figurek można wypatrzyć takie, obok których leży czekoladka. Albo wymiętolona pluszowa zabawka, albo balonik. Bardzo poruszający zakątek.

Następnego ranka spakowałam przewodnik – och, jak ja lubię, gdy przewodniki noszą ślady używania, wycierają się na grzbiecie od nieustannego wsuwania i wysuwania z plecaka, kartki zaginają się od wertowania, a w książkę wetknięte tuziny zakładek z map, ulotek, wizytówek, biletów – butelkę zielonej herbaty, małe bento kupione na dworcu i wsiadłam w shinkansen do Kioto.
To jest zupełnie inny świat. Pierwsze wrażenie, przyznać trzeba, kiepskie – pobliże stacji kolejowej w Kioto (która – oczywiście – mieści w sobie również potężne centrum handlowe i kilkunastopiętrowy hotel) jest raczej brzydkie. Ale parę minut marszu wystarczy, by z tego wrażenia się otrząsnąć. Tyle trzeba, żeby dotrzeć do Higashi Honganji. Lub do Nishi Honganji, gdzie – jeśli ma się szczęście – można trafić na mantrujących mnichów. Proszę mi wierzyć, można zapomnieć o tym, że siedzi się na macie w dość niewygodnej pozycji i że zimno w stopy. Ten monotonny dźwięk i intensywny zapach kadzideł wprawiają w poczucie dziwnego, ale przyjemnego otępienia.
(Przy okazji uwaga bagatelna – gdybyście wybierali się do Japonii, zostawcie w domu sznurowane buty. Zbyt często trzeba je zdejmować, bacząc, żeby nie nastąpić ani butem, ani gołą stopą na niestosowny kawałek podłogi).

Kioto wymyka się opisom. Jest cudowne. Migoczące o zmierzchu światła Pontochō wijącego się nad rzeką, setki świątyń, piaskowe ogrody, niekończące się labirynty torii – można nabawić się czegoś na kształt gorączki jerozolimskiej. A gdy gorączka zwycięży i sił braknie, żeby podreptać do kolejnego chramu, cóż. W Kioto są fantastyczne restauracje, w których siedzi się – na bosaka, rzecz jasna – wśród samych lokalsów, obserwuje teatr kucharzy przygotowujących wasz posiłek z chirurgiczną precyzją i brawurą jednocześnie, a później pożera genialną tempurę. Japończyk obok dyskretnie pokazał mi, co z czym zmieszać, żeby dobrze smakowało.
Restauracje, właśnie.
Wchodzisz, człowieku, nieśmiało, niepewnie, jesteś w końcu obcy, jesteś gaijin – i od razu słyszysz potężnym głosem wykrzyczane Irasshaimase!, powtórzone przez gardła pozostałych kelnerów i kucharzy. Przywitany jak król siadasz, gdzie ci wskazano, dostajesz gorący ręcznik i czarkę zielonej herbaty – albo wody z lodem, zwykle na stoliku stoi termos, można sobie używać do woli – składasz mozolnie zamówienie (menu zazwyczaj są obrazkowe, jeśli nie, to i tak dasz radę), zamówienie znów jest wykrzykiwane w kierunku kucharza, który powtarza je równie głośno. I czekasz, przyglądając się, jak fachowcy szaleją z ogniem i nożami. A później – czysta rozkosz jedzenia. Rozpływające się w ustach sushi z węgorza, marynowana śliwka ume-boshi (mówili, że niedobre – mnie to smakowało bardzo), owoce morza leciutko tylko doprawione wasabi, niebywałe pikle, prosty udon z siekaną cebulką, japońskie curry, takoyaki – coś na kształt pączków z ośmiornicy, yakitori, czyli malutkie szaszłyki w mnóstwie smaków i rodzajów, okonomiyaki, pyszny naleśnik, który przygotowuje się samodzielnie na gorącej blasze wmontowanej w stół i z uciechą obserwuje podskakujące na wierzchu płatki bonito, buły na parze nadziewane słodką fasolką, lody ze słodkich ziemniaków, kuri dango zżerane na świątynnym festynie, oczywiście miso do każdego śniadania, obiadu i kolacji. Wszystko to podlewa się zieloną herbatą, do której smaku przywykłam tak bardzo, że nawet nie tęskniłam za namiętnie pijaną w domu kawą, albo amazake, albo znakomitym piwem, albo shochu – innymi słowy, ichnią wódką, która naprawdę dobrze smakuje zmieszana z… mrożoną zieloną herbatą.
A jednak schudłam kilogram.

Żałowałam, że w Kioto mam tak mało czasu. Gdybym miała planować kolejną podróż, spędziłabym tam przynajmniej tydzień. Dzięki drobnym zmianom planów udało mi się wcisnąć jeszcze wizytę w Narze. Zwiedzałam w ulewnym deszczu, walcząc z oszalałym wiatrem i głuchnąc od pisków japońskich nastolatek uciekających przed danielami, których w pobliżu świątyń Nary mieszka około pięciuset, chodzą sobie alejkami, sępią smakołyki i – choć urocze – potrafią odwinąć z kopytka. Fantastyczny brązowy posąg Buddy nie wychodzi dobrze na zdjęciach, bo dość ciemno, ale na żywo powala urodą, spojrzeniem spod rzęs, spokojem.

Gapiłam się w niemym zachwycie – nie tylko na niego, ale też na jego strażników, wyrzeźbionych, jeśli mogą państwo sobie to wyobrazić, w XIII wieku.

Ostatniego dnia padało.
Tym samym planowana podróż do Hakone niewielki miała sens. Fuji zresztą już zobaczyłam, z pociągu.

Pomyślałam o Kawagoe, miasteczku leżącym nieopodal Tokio, i była to bardzo dobra decyzja – choć po wyjściu z dworca pomyślałam ‚o rety, ależ tu brzydko’.
W Kawagoe można zobaczyć inną Japonię. Starą. Czarujące, jakby z planu filmowego u Kurosawy przeniesione kurazukuri, w epoce Edo sklepy i magazyny, dziś głównie klimatyczne knajpki z pysznym jedzeniem i – jak zwykle w tym kraju – błyskawiczną obsługą.

Jest też tam świątynia Kita-In, w obrębie której znajdują się pozostałości zamku, ale nie takiego, jak te, które po naszej stronie Uralu znamy – znowu odsyłam do Kurosawy. A w zamku, obok toalety shoguna, samurajskie zbroje. Imponujące. Bardzo. Byłyby bardziej, gdyby nie fakt, że maleńkie…
Ale przede wszystkim Gohyaku Rakan.
537 posągów, każdy inny.
– Czy znasz swój chiński znak zodiaku? – zapytał pięknym angielskim pan w okienku.
– Tak. Małpa.
– Świetnie. Spróbuj znaleźć wśród tych rzeźb mnicha trzymającego małpkę. Gdy znajdziesz, pogłaszcz go – very, very good luck. Gdybyś nie znalazła, wróć tutaj, pomogę ci go odszukać.
Znalazłam.
Japończyk w okienku uśmiechnął się szeroko, gdy wychodziłam przemoczona do suchej nitki, ale z kciukami w górze.
– Będziesz miała bardzo, bardzo dużo szczęścia.

(Duże ma uszy, bo w buddyzmie to szczęśliwe, poza tym to oznaka mądrości i gotowości wysłuchania każdego z jego cierpieniami. No i wreszcie sam Siddhartha, zanim został, kim został, nosił ponoć – bądź co bądź, bogaty książę z niego był – ciężkie kolczyki i uszka mu się wyciągnęły).

Następnego wieczora wylądowałam w Paryżu i czekałam 40 minut na walizkę, a później jeszcze dotkliwiej gryzła mnie nielubiana francuska mentalność, zakopałam się w – trzeba im przyznać – wykrochmalonej pościeli, próbowałam zrozumieć, co z telewizora mówi Dany Boon i wszystko mnie bolało z tęsknoty za tamtym krajem. Za smakami. Za tym, że wszystko działa jak w zegarku, przewidywalnie, szybciutko. Za drobnymi obrazkami – przedstawieniem kabuki oglądanym w telewizji, sprzedawcą w sklepie, który zakłopotał się, gdy wyjęłam płócienną torbę na zakupy i szybko mi ją odebrał, bo nie wypada, by klient sam sobie pakował swoje nabytki, odzianymi w yukaty staruszkami w ryokanie w Kioto (sądząc po bagażach, ćwiczyli kenjutsu – nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że średnia wieku w zespole wynosiła na oko siedemdziesiątkę), którzy, gdy zeszłam na śniadanie, powitali mnie gromkim i uśmiechniętym good morning!, za panią, w której sklepiku wreszcie znalazłam zapinane tabi, a ona bardzo ostrożnie dotknęła moich kolczyków i powiedziała: cuuute! Za cudownym, świeżym zapachem tatami w maleńkim pokoiku w ryokanie, zdejmowaniem butów tuzin razy dziennie, piskiem małoletnich Japonek, szlachetnymi rysami męskich twarzy (gdyby oni wyżsi…), wieczorami spędzanymi na obserwowaniu neonów z parapetu w tokijskim hotelu, bawełnianą yukatą, w którą owijałam się po kąpieli.

Gdy wylatywałam ze ściśniętym sercem i żołądkiem, moja walizka ważyła siedem kilogramów.
Gdy wracałam – piętnaście.
Ale najważniejsze przywiozłam w głowie, w myślach.
I w sercu, nadal ściśniętym, ale już z innych przyczyn. Od razu po powrocie włączyłam sobie Między słowami i oglądałam z płaczem na końcu nosa.
Nie zastanawiam się nad tym, czy tam wrócę.
Ciekawam raczej, KIEDY wrócę.

Reklamy

26 thoughts on “For relaxing times, make it Suntory time

  1. Uuhhh wreszcie! 😀

    Porzekadło głosi coś tam, że „happiness is only real when it’s shared”, a im starsza jestem, tym bardziej widzę, że niekoniecznie.

  2. zazwyczaj nie znosze podroznych blogow, bo mnie zwyczajnie nudza, w Twoim opisie jest cos, co sprawia, ze chce tam pojechac, chociaz NIGDY przenigdy mnie nie ciagnelo w te rejony…niesamowite 🙂 rzucaj prace i zacznij jezdzic i pisac! 😀

  3. Uświadomiłaś mi, że nic praktycznie nie wiem o Japonii, mimo tych przeczytanych książek i obejrzanych filmów. Tam naprawdę trzeba się koniecznie wybrać…

    Piękne zdjęcia, piękne słowa.

  4. pięknie. również dziękuję. następny kraj do kolejki. a między innymi za Twoją sprawą ciągnie mnie w tym roku na wschód 🙂

  5. Czytałam i czułam się jakbym zaglądała Ci przez ramię, niepewna nieco czy na pewno mogę.
    Zaskoczył mnie tylko ten deszcz i deszcz, i deszcz? Nie wiem dlaczego wyobrażałam sobie, że tam nie pada 🙂

  6. Dziękować; coś czuję, że materiału masz co najmniej na parę niezłych esejów:)

    Kurczę, o Rzymie Twoim okiem poczytałabym też, tym bardziej, że nieporównywalnie łatwiej dla mnie teraz osiągalny… pamiętam coś z Poprzedniego Miejsca.

    • tak, w poprzednim miejscu było, bo ostatni raz w Rzymie dłużej niż przez 12 godzin byłam ponad 3 lata temu. ale podejrzewam, że jesienią pojadę do Włoch, jak zwykle 🙂

  7. Świetna relacja! Chyba wydrukuję ją i zabiorę ze sobą, bo za 2 i pól miesiąca lecę w Twoje ślady – tylko via Pekin. I poproszę o jeszcze

  8. Nara to moje ukochane miejsce. Todai-ji, wzdech… Odkrylas Nigatsudo? 🙂

    Witaj w gronie tych, co im Japonia wlazla pod skore i siedzi. 😉

    • tak, odkryłam! te schody, wszędzie schody… ale padało przepotwornie, gdy w Narze byłam i trochę mi to psuło uciechę, bo wojowałam jednocześnie z aparatem i parasolką, którą wiatr uparcie mi atakował.

  9. hej,
    gratulacje! może dzięki twojej wyprawie, w końcu zdobędę się na odwagę i polecę: w końcu samej się da pojechać do japolandu 🙂
    jak szukałaś noclegu?

    pozdr
    atomka

  10. Tak bardzo się zachłysnęłam, że zostało mi tylko sprzedac mieszkanie żeby starczyło na bilet i leciec chocby za tydzien:). I cóż ja mam teraz począc?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s