Get ready to jump

Razem z pewnymi – powolnymi jak ślimak, ale za to znaczącymi – ruchami w moim życiu przyszła ochota na większe zmiany. Szkoda zmarnować wiatr, który mnie niesie.
Przeglądam zatem różne strony.
Wśród ofert, które zatrzymały moje zblazowane oko na dłużej niż sekundę, było stanowisko prezentera kulinarnego w telewizji internetowej. Próbowałam wyobrazić sobie siebie śmiało luzującą kaczkę na ekranie. Hm, to chyba jednak byłaby zbyt gwałtowna wolta.

Wieczorami piszę. Uściślając, gapię się w migający kursor.
Nocami natomiast powstaje nieśmiały plan wyjazdu innego niż solo i przyznam, że łatwo nie jest. W ogólnym zarysie upodobania są jednakowe, wiadomo zatem, co na pewno nie wchodzi w grę – podsmażanie tyłków w ukwieconych kombinatach nad Morzem Śródziemnym. Niemniej autorka, co rzadko jej się zdarza, ma wizje do bólu zębów słodkie, uwzględniające hamak, wino i być może pluskanie w jacuzzi. Z tego wszystkiego szansa jedynie na wino, a i to dopiero po stosownym wysiłku fizycznym. Wspólnik bowiem odpoczywa najlepiej wtedy, gdy jest zmęczony i chętnie zabierze was na poranny spacer pod warunkiem, że przespacerujecie około 30 kilometrów. W skale i lodzie lub też przez chaszcze, śniegi i rwące strumienie. Jest istotą bardzo usportowioną, a co szczególnie frustrujące – piekielnie zawziętą. Żadnej taryfy ulgowej. Nie wobec siebie w każdym razie. Mnie by może odpuścił, ale ja nie chcę. Na swoje nieszczęście nie należę bowiem do kobiet, które lubią wygłaszać formułki w rodzaju: ‚och, misiu, ja jestem taka mała i słaba, nie dam sobie rady, zostanę tu na leżaczku i będę cię podziwiać’. Prędzej zjem własne buty niż uderzę w podobny ton. Prędzej zemdleję niż wykrztuszę, że mam już dość. Prędzej będę ukradkiem płakać niż przyznam, że się boję. I dlatego za ukochanymi ganiałam nocami po lesie, popiskując z przestrachu, ale tak, żeby nie słyszeli. Lub też wytrwale machałam wiosłami, starając się nie myśleć o tym, że pod tym nędznym kajaczkiem zionie potworna głębia.
Mój wewnętrzny kapral nie pozwala mi inaczej. Gdy gdzieś z tyłu głowy pojawia się nieśmiałe ‚nie umiem, nie mogę’, kapral syczy ‚och, przestań pierdolić’.
Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie próbuję się ścigać, chcę tylko, żeby wstydu nie było. Nie przeskoczę moich fizycznych ograniczeń, ale nie mam zamiaru nimi się wykręcać.
To i ślęczę nad SummitPost i czuję się mocno zmotywowana do porannych truchtów wokół dzielnicy, przeproszenia się z siłownią, może nawet kupienia roweru, co odkładałam przez lata całe, woląc kompulsywnie nabywać sandałki.
Bardzo jestem głodna życia, mam ochotę rzucić się w nie z zamkniętymi oczami, chce mnie być wszędzie pełno. Niechby kosztem niewyspania i siniaków. Coraz lepiej rozumiem, że nikt tej historii za mnie nie napisze. A ja bardzo bym chciała, żeby to była historia pasjonująca.

Advertisements

2 thoughts on “Get ready to jump

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s