Strawberries, cherries and an angel’s kiss

Lubię…
Nie, nie lubię. Złe słowo, jeszcze raz.
Uwielbiam, gdy mężczyzna z zapałem rozprawia o prostych, cielesnych przyjemnościach – o winie, jedzeniu, gotowaniu. Gdy kromkę świeżego chleba z masłem od kleparskiej babci celebruje, jakby to było foie gras. To bardzo zmysłowe.
Słucham znajomego opowiadającego o Dniach Węgrzyna i o tym, ile łakoci sobie sprawił, z czym je w domu zjadł i jakim winem popił. Płynnie przechodzi do wspomnień z Bałkanów, pozostając w tematach stołu i korkociągu, czaruje historią o przyrządzaniu kalmarów gdzieś pod namiotem, a ja po cichu myślę – no, skarb. Dodajmy, że chłopak przystojny, bardzo postawny, śmieje się, jakby kto grał na wiolonczeli.
(Młodszy ode mnie o 8 lat – ku mojemu zdumieniu może już pić piwo i prowadzić samochód).
We wspólniku również zniewala mnie to, że koleś ceni rozkosze podniebienia, w dodatku umie je sobie sam przyrządzić. A gdy jedzie w świat, najpierw udaje się na lokalny targ, kupuje po trochu wszystkiego, co doń zalotnie mruga, po czym objada się nieprzyzwoicie, kontemplując zachód słońca. Toż to najmilsza rzecz pod słońcem i ja też tak robię.
Pomijając wszelkie inne zalety – jedzenie jest seksowne.

Poza tym – mamy weekend, bujamy zatem nóżką w plenerze, wertując rozklejające się już przewodniki górskie.
Właśnie.
Niniejszym pragnę z tego miejsca zaapelować do rozmaitych publicystów – parę dni temu czytałam felieton w jednym pisemku na N… – żeby już więcej nie pisali o uciekaniu w Bieszczady, albowiem spędziłam pół dnia, obdzwaniając kwaterki w poszukiwaniu kawałka podłogi, na którym za parę miesięcy życzyłabym sobie nocować. Tja. Ani szpileczki. I wcale nie chcę plażować nad popularną nie od wczoraj Soliną. Niedawno przyjaciółka wróciła strwożona z magicznych Bieszczadów, po czym zwołała sabat czarownic w cenionej klubokawiarni Relaks, by opowiedzieć o tłoku na połoninach, jarmarcznej atmosferze i cenach przywodzących na myśl raczej Krupówki. Oczywiście nadal są zakątki zdziczałe i puste, ale wygląda na to, że zjechany tekst o tęsknocie za wypasem owiec/hodowlą ziół w Bieszczadach swoje zrobił.
Wreszcie się udało. Na zadupiu. Od autobusu kawałek pieszo. Świetnie.
Szczęśliwie ciągle mamy takie zadupia, z pokrzywami po pas, z cerkwią wyrastającą w środku niczego, ciągnącymi się po horyzont łąkami, szumiącym lasem, przytłaczającą liczbą gwiazd na nocnym niebie, lokalnym sklepikiem z zakazem spożywania alkoholu na schodkach przed, którego to zakazu nikt oczywiście nie przestrzega, z ludźmi, którzy mówią czasem niezbyt zrozumiale, ale można z nimi pogadać, dostać kubek mleka, kawałek świeżo zrobionego sera, świeżo upieczonego ciasta na drogę, podzielić się wrażeniami z innym samotnym turystą zmierzającym w tym samym kierunku. A kiedy ostatnio państwo w mieście z kimś nieznajomym gadali, nie licząc twarzy przy barze?…

A żeby zamknąć ładną klamrą – dziś jeden z najważniejszych dni w roku. Zjadłam pierwszą truskawkę prosto z krzaka.

Advertisements

One thought on “Strawberries, cherries and an angel’s kiss

  1. Uwielbiam truskawki, ale nie mogę. Źle mi robią na cerę, więc zazdroszczę i apeluję o stosowną uwagę na początku notki, cobym się na końcu nie musiał denerwować i ociekać ślinką 😉

    Tymczasem, pozdrawiam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s