Opalone

Nie, proszę państwa. To nie Dolomity ani Karawanki, ani Alpy Julijskie, ale nasze poczciwe, zdeptane, znane na pamięć Tatry.

Ciągle nie rozumiem, jak to jest. Wyjeżdżam zmęczona, zastanawiając się, po co w ogóle to robię – mogłabym przecież spędzić spokojny weekend, obejrzeć mecz w domu, z lampką wina w dłoni. A ja pcham się tą cholerną zakopianką, w piątkowe popołudnia tłoczną niemożebnie. Gdy po godzinie jazdy pierwszy raz zauważam je na horyzoncie, czuję, jak ciśnienie mi spada.
Tam zawsze jestem jakoś bardziej. Mocniej. Nie muszę nikogo udawać, o nic zabiegać, starać się o coś, na czym mi nie zależy. Tam po prostu sobie żyję. Idę. Czasami zjeżdżam po skale na tyłku, czasami klnę straszliwie i warczę, że pierdolę, zawracam – ale proszę nikomu o tym nie mówić.
Tam się modlę, tam znajduję równowagę, tam przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły. Tam sprawdzam, co potrafię i ile naprawdę mam sił. Tam uczę się porażek – bo dupę złoić góry potrafią nadzwyczaj mocno – i tam smakuję sukcesy.
Naprawdę nie wiem – i nie chcę się domyślać – jak wygląda życie ludzi, którzy takiej miłości nie znają, nie mają niczego, co sprawia, że chcieliby zatrzymać chwilę.
Dodać jednak muszę, że nie jest to miłość łatwa. Po dziesięciu godzinach marszu miałam ochotę położyć się w krzakach i już tam zostać. Łydki podrapałam sobie o wystające kamienie, omal nie wyrżnęłam na śniegu, którego całkiem solidne warstwy jeszcze w Tatrach zalegają. Latem po śniegu idzie się jak po patelni; z wrażeniem, że wasza skóra lada moment zacznie skwierczeć.

W górach rozkoszne pustki. Na szlakach pojedynczy turyści pozdrawiali się z daleka, robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia i bardzo było rodzinnie. Kto by myślał o wycieczkach w dniu meczu. Z meczem wszyscy wiemy, jak nam poszło, natomiast najbardziej ruchliwy szlak w polskich górach (na ceprostradzie zdarza się wszak i 13 tysięcy turystów jednego dnia) dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem był zupełnie pusty. Na obrazku brakowało wózków pchanych przez kłócących się rodziców, baloników na druciku, galaretowatych ud wciśniętych w legginsy, rytmicznego poklaskiwania gumowych japonek, zszarzałych biustonoszy wystających spod kusych bluzeczek, czteropaków niesionych w reklamówce, bo w schronisku nad Morskim Okiem za browara liczą 8 złotych, więc taniej wyjdzie parę piwek zrobić po drodze.
Na mecz wrócić zdążyłam, ale wstyd przyznać – drugą połowę oglądałam niejako przez sen. Zdołałam tylko zzuć buty, wejść pod prysznic, zapiszczeć ze szczęścia i paść plackiem w pościel. A następnego ranka znowu dreptałam przez Wielką Polanę Małołącką. Przypuszczam, że droga do bramy świętego Piotra może wyglądać podobnie. W każdym razie chciałabym, żeby tak wyglądała moja.
Kilkanaście lat temu (au…) mój ówczesny chłopak – kandydat do GOPR-u zresztą – intensywnie namawiał mnie na beskidzkie wędrówki. Wzbraniałam się wszystkimi czterema nogami. Bo się zmęczę, bo się ubrudzę, spocę i nie będę ładnie pachnieć, bo nie dam rady, bo tam wilcy, niedźwiedzie, muchy i ciemno, bo gdzie ja makijaż rano zrobię. Teraz ani chybi byłby ze mnie dumny.
O tym wszystkim lepiej niż ja napisał Wojciech Kuczok w swoich fantastycznych „Spiskach” („Spiskim”? lubię dwuznaczność tego tytułu), zatem po więcej słów odsyłam państwa pod ten adres.
Zamiast wisienki na torcie – wielkie półmiski chleba ze smalcem i pysznych moskoli z czosnkowym masłem w ulubionym Żabim Dworze, z okazji święta ulicy. Kelnerki proponowały, że zapakują na wynos, ale nie mogłam już zmieścić ani kęsa.
Z obolałymi łydkami, zmęczona, ale wielce zadowolona z siebie wracałam w miejski zgiełk – jak zwykle markotna, ale też podładowana energią, której najbardziej potrzebuję. Cieszy mnie ogromnie, że najbliżsi mi ludzie tę wariacką miłość ze mną dzielą. Też mają ściany wytapetowane zdjęciami wschodów słońca nad graniami.
(A zdjęcia niepodkolorowane w żaden sposób. Nasz kraj w istocie tak wygląda).

Reklamy

4 thoughts on “Opalone

  1. Cóż za piękna notka i piękne zdjęcia:) Góry działają na mnie tak samo jak na Ciebie, za miesiąc też wyrusze na szlak, tydzień z plecakiem na plecach dobrze mi zrobi:)

  2. Nigdy nie miałem okazji zdeptać tych Tatr. Ja to w zasadzie w ogóle nie szczytowałem. Zdarzyło się raz w Szklarskiej Porębie, w podstawówce, ale to też z brzegu i z wierzchu niż naprawdę i wysoko.

    Zdjęcia – czwarte warte :]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s