My kind of town

Miałam ciężki tydzień.
Tak – wiem, że dopiero wtorek. I to właśnie sprawia, że mam ochotę zabarykadować się w domu z wyłączonym telefonem. Staram się tylko nie trzaskać drzwiami zbyt mocno, nie podnosić głosu i nie uderzać w rozedrgane tony.
Za dużo zmartwień wsiadło na moją biedną głowę, głowę tymczasowo blond (dzięki, słońce!). Troszkę mam dość i czuję, jak znów rośnie we mnie rokendrolowy bunt. Nie doganiam własnych myśli.
Masz wybór, powtarzam sobie, walcząc z nerwowym szczękościskiem. Nie musisz się wkurzać. Nie musisz poświęcać temu energii. Nie musisz udawać, że wygodnie ci w sztucznych uśmiechach. Nie musisz w ogóle o tym myśleć. Musisz za to dbać o siebie. O siebie. O siebie. Masz wybór, możesz za sobą zamknąć drzwi, pamiętaj.
Możesz wsunąć się w pościel po chłodnym prysznicu, sięgnąć po telefon, pośmiać się do niego, możesz wskoczyć do taksówki, napić się wina tak wytrawnego, że język aż cierpnie, dotknąć gładkiej skóry. Możesz zasypiać z błogim poczuciem, że nawet apokaliptyczna burza za oknami nie zakłóci twojego spokoju.
Tak, czasami mam wrażenie, że na wszystkie moje krzywdy, bolączki, siniaki, rany cięte, odruchy wymiotne i kieszonkowe depresje jest tylko jedno lekarstwo. Odrobinę mnie to niepokoi.

Rankiem biegłam przez moją dzielnię, żeby wreszcie złożyć druk polecenia zapłaty (i tym sposobem będę mogła do woli zapominać o rachunkach, gdy się zakocham). Dobrze się czuję na tych ulicach, nie takich pięknych jak na drugim brzegu, trochę odrapanych, niedomytych, kostropatych, gdzie ze sklepów od trzydziestu lat takich samych pachnie świeżym chlebem i mięsem na schabowe pakowanym przez sprzedawczynie w takich samych wykrochmalonych fartuchach, pod zamkniętym jeszcze lumpeksem ustawia się kolejka złożona z młodych hipsterek i staruszek, a mężczyźni woniejący z daleka trudami życia opuszczają spożywczaki z codziennym zestawem przetrwalnikowym – kartonem mleka i dwoma piwami. Ktoś zamiata chodnik, ktoś sprzedaje czereśnie w bramie, ktoś z narażeniem życia zjeżdża stromą uliczką na rowerze. Ot, urok małomiasteczkowy, swojski i codzienny. Kościelne wieże każdego ranka tak samo sterczą nad dachami sfatygowanych kamienic. To jest mojego miasta strona prawdziwsza i znacznie mi bliższa niż marmurowe posadzki i kawiarnie z porcelaną, pomniki i kurz historii. Nie tak ładnie upudrowana, nie tak wyniosła, za to bardziej kolorowa. Dużo łatwiej sobie w niej wydeptać swoje ścieżki.

W słuchawkach niosłam dziś przez miasto takie oto miłe dźwięki.

Reklamy

2 thoughts on “My kind of town

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s