Heal me one last time

Normalnym jest w sobotę kłaść się spać o wpół do czwartej, jeśli ktoś posiadł jakieś życie towarzyskie. Normalnym też – przynajmniej dla mnie – udawać się na randkę o tej porze. Ale wstawać?…
Spałam wczoraj jakąś skąpą chwilę, wreszcie półprzytomna zwlokłam się z łóżka zaparzyć kawę, ale na więcej snu nie było mnie stać.
Zupełnym przypadkiem trafiłam w piątek na wiadomość, która wprawiła mnie w osłupienie. Uściślając, w mityczny szok i niedowierzanie. Wiadomość bardzo złą, o której powinnam była dowiedzieć się dawno temu, choć nijak bym nie pomogła. Tłumaczy wszystkie czyjeś niezrozumiałe – wtedy – zachowania, znikanie z radaru, dziwne przygaśnięcie. W swoim nieskończonym egocentryzmie sądziłam, że chodzi o mnie; że może coś źle zrobiłam, powiedziałam za dużo, nie jestem już zabawna. Szło tymczasem o wielką walkę toczoną z czasem i opatrznością.
Niektórzy wolą stawać do takiego starcia samotnie, lizać rany w swojej jaskini, a później wychodzą do świata wyprostowani, z uśmiechem może bardziej refleksyjnym, ale jednak znowu z uśmiechem.
Przez całą noc rzucałam się w pościeli, próbując jakoś strawić ponurą wiedzę, o którą się wzbogaciłam.
Ech. Cierpimy za miliony, uprawiamy chałupnicze męczeństwo, z byle drobiazgiem pędzimy na kozetkę, z każdym smętnym przemyśleniem – na Facebooka, a obok po cichu zdarzają się tragedie.

Powzdychałam, pogłówkowałam, co z tym począć i udałam się w podróż na wiochę, malować paznokcie na jaskrawą czerwień, czytać i przyglądać się tłustym trzmielom w lawendzie. Jechałam w towarzystwie jedynie słusznego radia, NPM i Wysokich obcasów, w których tym razem również o górach i piórem jednego z autorów wyśmienitej książki o Podhalu. Dość to zjadliwy obrazek, ale trudno powiedzieć, żeby przerysowany.
Podróżowała ze mną para, on w rogowych okularach, ona ufarbowana na modny blond, oboje wyglądali dość nobliwie.
– Katowice – stwierdziła wtem ona, przylepiając nos do szyby. – Popatrz tylko. Nic tu nie ma. Ale dziadostwo.
Zdjęłam słuchawki i złożyłam gazetę. Nadstawiłam uszu i od razu uświadomiłam sobie, że lepiej było tego nie robić.
– Straszne dziadostwo – dodała pani blond z niesmakiem. – Zasrany Śląsk.
Wiedzą państwo, ja bardzo rzadko wpadam w gniew, ale gdy to już się dzieje, następuje seria wybuchów nuklearnych. Udało mi się powstrzymać przed rzuceniem się z zębami do tętnicy szyjnej pani blond, niemniej wskutek urażonych uczuć patriotycznych ciśnienie skoczyło mi paskudnie.

Reklamy

One thought on “Heal me one last time

  1. a mnie sie właśnie to „dziadostwo” podoba, i gdybym miala okazje, to nie szczegolnie dlugo zastanawialabym sie nad przeprowadzka, zostawiajac za soba, zielen Beskidu Niskiego, ktora z roznych (niestety nie krajobrazowych) powodow bokiem mi juz od dawna wychodzi… li i tylko Gród Kraka bylby w stanie przebic „dziadostwo”… ten ostatni jest w stanie przebic u mnie wszystko inne, nawet wyspy kanaryjskie i inne atrakcje – ot taka dewiacja zyciowa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s