Wednesday’s child

Ubóstwiam dni, gdy pierwszym dźwiękiem, jaki z siebie wydaję, jest wybuch śmiechu. Dziewczyńskiego i z głębi trzewi.

Wydaje mi się – bardzo ostrożnie mi się wydaje – że buddyjskie bransoletki, przywiezione w wielkiej liczbie zza Morza Japońskiego, istotnie działają i gdy je noszę, jest jaśniej, zdarza mi się więcej miłych rzeczy. Ale może to tylko sugestia albo wpływ czekolady, z którą się przeprosiłam po długich miesiącach.
A może efekt wczorajszego wieczoru, spędzonego z przecudną istotą, którą życie kopie w tyłek z niemiłosiernym zapałem, a która mimo to dzielnie uśmiecha się do niego i brnie naprzód z wielką, zaraźliwą pogodą ducha. Jest też niewątpliwie osobą, która zna Józefa – i tym samym z jednej godziny zrobiły się cztery, aż przypomniało nam się, że zaraz odjadą ostatnie tramwaje. Pędziłyśmy zatem przez kałuże, gadając jeszcze jedna przez drugą – aż stanęłyśmy jak wryte w pół drogi, gapiąc się na wieczorne niebo po ulewnym deszczu, z ostatnimi błyskami dnia na horyzoncie.
Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatnio zdarzyło mi się coś podobnego. Rzadko spotykamy ludzi, którzy są brakującym fragmentem naszej układanki i od razu wskakują we właściwe miejsce, wiadomo, o czym z nimi rozmawiać, z czego się śmiać, kiedy pomilczeć.
Coraz trudniej mi utrzymywać powierzchowne relacje, przelotne. Trudniej gromadzić numery w telefonie, kontakty na twarzoksiążce. Nie mam już takiej potrzeby. Nie mam też czasu na to. Spoiwa niegdysiejszych wielkich przyjaźni – alkohol i faceci – popękały. Grono bliskich mi ludzi ostatnie lata przetrzebiły, z rasowego big bandu zrobiła się kameralna kapela. Za to w granie w tej kapeli angażuję się ze wszystkich sił, bo to najważniejsze, co mam.

– Opowiedz mi wszystko – poprosiła przy drugim pszenicznym sączonym z butelek. – Opowiedz mi, jak się poznaliście. Ja tak bardzo lubię słuchać takich historii. Było romantycznie?
– Nie – odparłam z rozbrajającą szczerością. – Było szybko.

Jeszcze jeden muszę wrzucić cytat ze wspomnianego ostatnio zbioru, autorstwa Mileny Marković (to ona napisała Statek dla lalek, o którym już tu wspominałam). W przyszłym roku jadę na wakacje do Serbii, jak słowo daję. Tam ciekawi ludzie mieszkają ani chybi.
Myślę, że urodziłam się właśnie o takiej porze. Wieczorem, kiedy nie wiesz już, na jakim świecie jesteś, kiedy ludzie wracają z pracy, oczy im się zamykają, kiedy kupują wszystko, co zepsute, byle tylko napchać szuflady kredensu – właśnie wtedy się urodziłam. Kiedy nie śpią, bo myślą, że spotka ich coś pięknego, ale tak się nie dzieje, wtedy.
O której państwo się urodzili? Ja o osiemnastej, może dlatego tak ogromnie lubię zapach i światło zmierzchów. Urodziłam się też w środę (podobnie jak pan i władca – to jedna z naszych bardzo, bardzo nielicznych cech wspólnych). Mercoledì, mercredi, dzień sprytnego boga ze skrzydełkami na piętach. Podobno środowe dzieci za dużo myślą, są bardzo komunikatywne, nie mogą usiedzieć na tyłku i bywają z nich znakomici dziennikarze. Muszę zapamiętać.
Żałuję jedynie, że David Bowie napisał piosenkę o dzieciach czwartkowych. Acz my też mamy swoją, nie żeby pogodną.

Advertisements

One thought on “Wednesday’s child

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s