Nee nee

Do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy w ogóle lecieć – spłukana, z ciągnącym się od miesiąca zapaleniem gardła. Koniec końców nastawiłam budzik na środek nocy, a godzinę później kółka mojej małej walizki turkotały po chodniku, w drodze do pierwszego porannego tramwaju.

Nie lubię lotnisk, to już państwo wiedzą, ale gdy słyszę please have your boarding pass ready, gdy znajduję swoje miejsce, wrzucam bagaż do schowka i widzę przez okienko, jak ktoś z obsługi pokazuje załodze uniesiony kciuk – znikają wszystkie moje napięcia, wszystkie myśli o tym, co miałam zrobić, do kogo zadzwonić, co załatwić, czego nie zdążyłam, kto się na mnie wkurzy. Cieszę się zawsze tak samo, jak dzieciak na wycieczce. Nieważne, czy wyjeżdżam daleko czy blisko, sama czy z kimś, pociągiem czy samolotem, prywatnie czy nie.
Tuż po starcie z niedowierzaniem przylepiam nos do szyby, bo poranek jest piękny, a nad Krakowem widać całe nasze góry. Aż po Tatry.

Dwie godziny później wciskam się do zatłoczonego pociągu, za mną nieduży człowieczek z ogromną walizą. Do Amsterdam Centraal podróżujemy na stojąco, ściśnięci w korytarzu obok pary Amerykanów i grupki małolatów mówiących w niezidentyfikowanym języku.
– To pociąg do Amsterdamu, prawda? – upewnia się człowieczek. – Daleko?
– Trzecia stacja – odpowiada Amerykanka śpiewnym głosem.
– O, państwo z Ameryki – człowieczek uśmiecha się porozumiewawczo. – Mieszkałem tam kiedyś, w Miami.
– My jesteśmy z Utah. Salt Lake City. Objeżdżamy właśnie Europę, stąd jedziemy do Norwegii.
Facet kiwa głową i trze zaczerwienione oczy. Białka ma zupełnie przekrwione, musiał przylecieć z bardzo daleka. Widać, że jest przeraźliwie zmęczony, ale rozgląda się ciekawie, uśmiecha do wszystkich tłoczących się obok razem ze swoimi bagażami.
– A pan skąd? – pyta Amerykanka.
– Z Buenos Aires. Leciałem jedenaście godzin do Madrytu i stamtąd jeszcze dwie.
Cała nasza grupka wzdycha współczująco.
– Nie mam dużo czasu, więc wezmę tylko prysznic i biegnę zwiedzać – kontynuuje Argentyńczyk, ciągle trąc oczy. Amerykanie potakują.
– To zupełnie jak my. W ogóle tu nie śpimy. Za dużo do oglądania. Gdzie się pan zatrzymał?
– W centrum, obok dworca. Strasznie drogo. Ale u mnie w Argentynie jest drożej, okropne ceny.
Pociągiem rzuca, wszyscy obijamy się o siebie, podnosimy przewrócone toboły.
– Już kiedyś byłem w Amsterdamie – zamyśla się człowieczek. – Z tatą, bo on dużo podróżował. Mały byłem, miałem jedenaście lat. Teraz mam czterdzieści dziewięć i znowu tu jestem. Dużo podróżuję, jak tata. Trzeba podróżować – uśmiecha się do przedmieść za szybą. Może i oczy ma zmęczone, ale tęczówki niesamowite, lazurowe. Zauważam ich głęboki kolor, gdy przenosi wzrok na mnie.
– A ty skąd jesteś?
– Z Polski.
– Ach, z Polski. Jak poprzedni papież!
No tak.
Na peronie, zanim porwie go tłum, macha mi jeszcze energicznie na pożegnanie. Odmachuję mu.
Łapię rączkę walizki i maszeruję przez Zeedijk do Nieuwe Keizersgracht. Dopiero południe, doba hotelowa od szesnastej. Chcę tylko zostawić bagaż, zabrać aparat i pójść zgubić się w mieście, ale gdy mówię w recepcji, że jestem zbyt wcześnie, machają rękami:
– Wcale nie! Pokój gotowy. Jesteś może głodna?…

Też już kiedyś byłam w Amsterdamie. Siedem lat temu i przez sześć godzin; później bywałam w Hadze, bo tam mieszkała przyjaciółka, tam też poczyniłam pierwszy i dotychczas jedyny zakup w coffee shopie. WYDAWAŁO nam się, że słabiutki ten dymek, och, jakże się pomyliłyśmy…
Byłam wtedy w Amsterdamie w przelocie, dosłownie, bo wieczorem tego samego dnia leciałam dalej do ówczesnego chłopaka. Poszłam do Rijksmuseum. Nie wspominam tego dobrze – to jest, nie Amsterdamu samego w sobie, bo to nadzwyczaj urocze miasto, ani tym bardziej nie Vermeerów w muzeum – raczej tamtych czasów i bezsensownego związku. Dość powiedzieć, że ja, zodiakalny Byk, urodzony hedonista, który cielesne przyjemności stawia ponad wszystko i z lubością się w nich doskonali, unikałam wówczas pożycia przeświadczona, że tonę węgla wolałabym przerzucić, tak bardzo było źle. Zostawmy tę przykrą dygresję, niewiele wnosi.

Teraz przyleciałam tylko dla siebie. Na luzie. W pepegach, z rozpuszczonymi włosami, torbą w różową kratkę przewieszoną przez ramię i lustrzanką przewieszoną przez ramię drugie. Z cichą obietnicą, że donikąd nie będę się śpieszyć, nie będę trzymać się żadnego planu, jak mi się zechce, to pójdę zwiedzać, a jak nie, to usiądę nad Amstelem (piwem, choć rzeką też) i będę się gapić na przechodniów. Posłucham muzyki na plenerowym koncercie albo będę tylko łazić mokrymi ulicami.
– Ale masz drobniutki charakter pisma – właściciel maciupkiej i bezpretensjonalnej eetcafé opodal mojego hotelu zagląda mi przez ramię. – Chcesz jeszcze szklaneczkę? A może zupy pomidorowej? Mama robiła…

Reklamy

10 thoughts on “Nee nee

    • ano nie, ale całkiem blisko byłaś 🙂
      ja tam się trochę mniej cieszę, chociaż prawda – radości, z jaką człowiek pada na własną kanapę i z jaką bierze prysznic we własnej łazience, nie da się porównać z żadną inną 😉

  1. Proszę. Cieszę się, że komuś się udało oderwać od codzienności. Marzy mi sie… może kiedyś wreszcie mi sie uda 😉

  2. Piszesz tak, że się stęskniłam. Mieszkałam tam półtora roku, jeszcze kiedy mieli bardzo ładny (np. 50-tka ze słonecznikiem) środek płatniczy o nazwie gulden…. aż się rozczuliłam;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s