There goes my drama queen

Zmienili głos zapowiadający przystanki w tramwajach. Tamten poprzedni był taki, że człowiek rozanielony jeździłby chętnie od pętli do pętli, a ten brzmi jak Kermit Żaba, z całym szacunkiem. Czy mogę poprosić o zwrot tego, który mi się podobał?

Rozmowy przeprowadzone w ostatnich dniach uświadomiły mi, że chyba jednak, uwaga, jestem dorosła. Mimo tych dzieciackich spontanów, powodzi esemesów, nocnych rajdów przez miasto, zdychania z tęsknoty, gdy tylko obywatel zniknie za drzwiami – jestem dorosła. I chociaż emocje uderzają mi do głowy, jasna sprawa, to nie potrafię już rzucać się w nie z zamkniętymi oczami i bez trzymanki. Zachowuję się znacznie ostrożniej. Kiedyś byłam czołową histeryczką w mieście, płakałam, rzucałam telefonami, świrowałam, gdy wzmiankowane telefony milczały, nie jadłam, piłam za to i owszem, dramat w wielu nudnych aktach. Wydawało mi się, że uczucie jest wtedy prawdziwe, gdy człowiek zanurza się w nie bez reszty, gdy pozwala mu się pożerać. Teraz za bardzo cenię swój spokojny sen, żeby się szarpać. Zależy mi na własnym bezpieczeństwie, na komforcie, na tym, żeby sobie dobrze poustawiać priorytety. Łatwiej mi oddzielać moje wyobrażenie kogoś od tego, jaki jest w istocie. Trudniej – brać byle uśmiech za cudownie obiecujący sygnał. Nauczyłam się dystansu, po prostu.
Kiedyś ktoś był całym moim życiem, tym masłem z piosenki. Teraz oczywiście myśl o nim ciągle ze mną jest, oczywiście jakoś mnie napędza i sprawia, że rano łatwiej wstać (no, właściwie to odwrotnie…), ale wiem już doskonale, że nie jest mi do życia niezbędna.
To jest bez dwóch zdań widoczne dla drugiej strony i bez dwóch zdań odbierane przez nią lepiej, niż niegdysiejsze cięcie się suchą bułką lub też obranym ogórkiem z byle powodu, uwieszanie się na ramieniu jak czepliwy bluszcz.
Albo się postarzałam, albo też pogodziłam z faktem, że wyżej dupy nie podskoczę, obrazowo rzecz ujmując (chyba że byłaby to bardzo nisko zawieszona dupa). I żadne, ale to żadne orgazmy nie są warte szlochów po nocy.
Oczywiście gdybym wiedziała to wszystko sześć, osiem, dziesięć lat temu, pewnie ominęłoby mnie parę żałosnych przygód. Cóż. Dobrze, że przynajmniej wiem teraz. Nie, żebym chciała być wdzięczna gamoniom, którzy w środku nocy wystawiali mnie za drzwi albo wyjeżdżali na wakacje z drugą oblubienicą, ale chyba dobrze, że to wszystko przerobiłam i wiem, od czego trzymać się z daleka, choćby było ostatnią porcją testosteronu na świecie. Wiem też, czego nie robić, by u kogoś nie wzbudzić wrażenia, że jeszcze chwila i się mną udławi.
Do mistrza zen jeszcze mi daleko, ale gdy człowiek pojmie, co robił źle i gdy ta świadomość już przestanie boleć, jest o tyle prościej.

Skoro już o testosteronie mowa – dziś słuchałam Black Sabbath. U mnie z nimi podobnie, jak z Led Zeppelin; niby się na tym wychowywałam, niby znam, ale jakoś nigdy nie pociągało, aż tu nagle dojrzewam, kupuję wszystkie płyty i leżę pod głośnikiem. Przecież to jest rewelacyjne.
I jak ładnie pasuje do stukania szpilkami po chodniku, a jakże.

Reklamy

7 thoughts on “There goes my drama queen

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s