Skoro jeszcze mamy języki

Siedziałam wczoraj w teatrze i po raz wtóry plułam sobie w brodę, że nie poszłam na casting do Łaźni – a zgłoszenie wysłałam i oddzwonili, jak najbardziej – bo stchórzyłam. Osobiście uważam, że w tej sprawie zachowałam się jak ostatnia pipa. Gdy żaliłam się panu i władcy, jak to dałam ciała, rzekł:
– Ja ci powiem, co zrobisz. Weźmiesz jutro telefon, zadzwonisz tam i poprosisz o spotkanie.
– Nigdy w życiu – jęknęłam z trwogą.
Pozostaje zatem we wzmiankowaną brodę sobie pluć.
A czasami szkoda bardzo.

Dobre przedstawienie. Może to nie do końca moja wrażliwość, ale cieszę się, że poszłam je obejrzeć. Mocne. Intensywne – o, to jest dobre słowo.
Rzeźnia w płaszczyku groteski lekkostrawna nie jest, ale warto się z nią zmierzyć.
I mamy naprawdę, ale to naprawdę bardzo dobrych aktorów w Krakowie.
Lubię historie, które nie są dla mnie od razu jasne i które nie są jednoznaczne; takie, których właściwa treść dociera do mnie, gdy poobracam je sobie w myślach. Lubię też obrazy, które włażą mi w oko i nie pozwalają dać się łatwo zapomnieć – nagie wojsko zmywające z siebie wojenny brud, gwałt jak dzieciackie zaczepki, wielkie słowo FAKE wypisane na plecach bohatera-intryganta w ostatniej scenie, woda kapiąca na rozpadającą się scenografię.
Pisałam wczoraj, że nie znoszę przerostu formy nad treścią. Teatr jest jedynym wyjątkiem. W nim mogę mieć samą formę.
Muzyka mnie powaliła na kolana. Powaliła tym bardziej, że w całości wykonywał ją jeden tylko człowiek z mikrofonem i kilkoma pudełkami.
Od wczoraj bardzo chcę mieć takie pudełka.

Dzisiejszy dzień zaczęłam za to lekturą wywiadu z pewnym dzien… wróć, z osobą medialną, która to osoba po dokonaniu spektakularnej wtopy w mediach ostatnio cierpiała, że nie ma na sushi (w kraju, który ma 770 km linii brzegowej, a morze niezbyt obfite w zwierzątka – moim zdaniem żadna strata). Osoba owa rzekła, że dziennikarzowi wolno tyle, na ile pozwala jego odbiorca. No dobrze, prawo popytu i podaży w środkach przekazu też obowiązuje, ja wiem, sprzedaje się taki produkt, jakiego chce klient – ale czy to naprawdę znaczy, że trzeba zawsze równać w dół?
Ja się oczywiście nie spodziewam, że któregoś poranka jak zwykle po omacku włączę radio i usłyszę ‚dzień dobry, wybiła szósta trzydzieści, na południu zachmurzenie umiarkowane, najpierw posłuchamy wesołej piosenki, a później przeczytam państwu sonet Szekspira na dziś’ – ale jednocześnie nie sądzę, by należało tłumaczyć wszelkie badziewie argumentem, że ciemny lud to kupi.

Reklamy

6 thoughts on “Skoro jeszcze mamy języki

  1. No właśnie, a jeszcze radio daje takie pole do wyobraźni, i tyle możliwości, i trochę magii, i tak się fajnie z głosami zaprzyjaźnić, i w ogóle, i mam wrażenie, że to wszystko powoli pieśń przeszłości i moje dobre wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to mama odganiała mnie od telewizora i pozostawał tranzystorek. ech.

    • myślę, że to prędzej telewizja będzie pieśnią przeszłości. radio zostanie.
      ale może myślę tak dlatego, że dźwięk w słuchawkach/głośnikach, z radia czy nie, towarzyszy mi przez większość doby. a zaprzyjaźnione głosy to już u mnie inna historia 😉

  2. Ja mysle ze ja mam najgorzej ,,,,bo mi sie suszi w lodowce
    marnuje,,, a po ostatnim przejedzeniu nie moge tego do ust wlozyc,,

  3. usmiechnij sie do telefonu i podnies sluchawke.
    ja usmiecham sie szeroko, szeroko i euforycznie do ciebie i mysle, ze to samo przyjdzie z drugiej strony.
    no, jak?
    mfg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s