Take me down to the paradise city

Zazdroszczę, że rano taki świeżutki i energiczny, podczas gdy ja próbuję przerobić dementora wyglądającego z lustra na kobietę. Od pół roku rzadko udaje mi się przespać więcej niż sześć godzin. Powinnam zalec w pościeli z rumiankiem na oczach albo też wyjechać na samotny urlop w miejsce pozbawione jakichkolwiek atrakcji i tam w błogiej nudzie dochodzić do siebie.
Tylko że ja na urlopach i tak wstaję o siódmej, albowiem szkoda mi dnia. Masochistka.

Podobno dokądś wyjeżdżamy, ale nie wiem, dokąd; pan i władca pytany tylko się uśmiecha w swym zalotnym stylu kota z Cheshire, może być to zatem zarówno Trzebinia, jak i Wyspy Salomona.
W każdych innych okolicznościach sytuacja, w której nie miałabym kontroli nad wydarzeniami doprowadzałaby mnie do szału.
Próbowałam sobie przypomnieć ostatnią romantyczną wycieczkę. Epoka kamienia łupanego. Ówczesne słońce mojego życia wynajęło samochodzik i pojechaliśmy do Walii. Walia jest przepiękna, pusta i górzysta, krajobrazy tolkienowskie – i gdyby nie to, wspominałabym ów wyjazd jako beznadziejnie zmarnowany czas.
Zaczęło się od tego, że udaliśmy się do agencji wynajmu samochodów, gdzie miły najpierw objaśnił, iż potrzebuje możliwie najmniejszego pojazdu (bo oszczędny chłopiec z niego był), a potem zdziwił się bardzo, gdy kobieta za ladą zażądała odeń dwóch dowodów tożsamości. Wróciliśmy zatem do kwatery głównej szukać dokumentów, a później nazad, ale zrobiło się za późno, by dokądkolwiek jechać, więc cała impreza została przełożona na kolejny dzień. Świetnie. Kolejnego dnia cali w emocjach wyruszyliśmy na wycieczkę.
I wtedy się okazało, że ktoś, kto miłemu dał prawo jazdy, cierpiał niewątpliwie na pomroczność jasną lub inne zaburzenia percepcji, albowiem miły kompletnie nie umiał prowadzić samochodu. Całą drogę przejechałam, trzymając się niedyskretnie fotela i przymykając oczy na każdym zakręcie. A ja – jak wiele kobiet – lubię dobrych kierowców.
Gdy zobaczyłam Snowdon, oczywiście zapragnęłam zdobyć. Miły pokręcił głową, że nie lubi chodzić po górach, ale może mi pokazać jeszcze parę miasteczek.
Parę miasteczek. Fantastycznie.
W drodze powrotnej dwa razy się zgubiliśmy, a raz na drodze pojawiło się stado nieśpieszących się donikąd owiec.
Dzień później odleciałam do Polski, żeby nigdy więcej nie wrócić.

Mam dziwne, ale dość jasne przeczucie, że teraz będzie inaczej.
Nawet, jeśli się okaże, że to jednak Trzebinia.

Reklamy

4 thoughts on “Take me down to the paradise city

  1. @ W drodze powrotnej dwa razy się zgubiliśmy, a raz na drodze pojawiło się stado nieśpieszących się donikąd owiec.

    No widzisz, czyli fajnie było 😉

  2. Mam to szczescie, ze zawsze trafiam na facetow – bardzo dobrych kierowcow. I nie wyobrazam sobie inaczej 🙂
    Chciaz w tej chwili to sama sobie moge byc kierowca, wiec luz.

    • ja nie mogę, bo jak wiadomo – nie mam samochodu. a wspólnik raczej nie pozwoli mi dotknąć własnej kierownicy 😉 jest bardzo związany ze swoim autkiem i nie dopuszcza do siebie myśli, że ktokolwiek inny mógłby je prowadzić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s