You choose what you pray for

Chciałabym, żeby z lustra wyjrzała bogini seksu.
Wygląda czerwononosy żul. Gdyby to chociaż od wspominanego wina (czy ja aby przypadkiem nie za dużo o tym winie ostatnio piszę?), ale gdzieżby, to tylko ten pożałowania godny katar, który uwielbia pojawiać się tuż przed wyczekiwaną niecierpliwie randką. Cóż. Jak wszystkie wiemy, gdy przychodzi co do czego, to i tak nic nie przeszkadza – ani katar, ani sprane majtki w owieczki, ani nie całkiem wydepilowane nogi. Alleluja i do przodu.
Przyśniło mi się dziś, że pan i władca zabrał mnie ze sobą do pracy. Okazało się, iż zajęcie jego polega głównie na wylegiwaniu się w pobliskim parku, objadaniu się i opalaniu wytuatuowanych łydek. Zaniepokoiły mnie te łydki. Pan i władca nie ma żadnych tatuaży i serdecznie ich nie znosi.

Naliczyłam w sypialni dziewięć nieprzeczytanych książek. Nie rozumiem zatem, skąd moja przemożna ochota na przeciskanie się przez tłum na targach, zwłaszcza, że powinnam na przykład kupić sobie plecak i buty do przedzierania się przez śniegi – w związku z czym oglądam sobie minisukienki na Asosie, jasna sprawa.
Taka to słodycz codzienności. I gdy przypominam sobie, jak czułam się dwa lata temu, nie dowierzam pamięci. A przecież poranki były nieznośne, ba, sama wieczorna myśl o nadchodzącym poranku bolała, chciało się przespać cały pozostały mi czas – już do końca. Telefon milczał, ja też milczałam, życie towarzyskie odłożyłam na półkę, zajmowałam się za to niezdrowym chudnięciem i zbieraniem łez w szklankę whisky bez lodu. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest ciemno, całymi dniami ciemno.
Jak przyszło, tak poszło. Wydobyłam się jakoś z tego bagna, sama. Dziś wszystkie te smutki – tylko po części zasadne, w drugiej części natomiast wydumane, do odpędzenia za pomocą jednej rozmowy – wydają mi się ogromnie odległe, ale to nie dlatego, że życie w cudowny sposób ułożyło mi się różowo i słonecznie. Strachy i tęsknoty syczą mi do ucha co jakiś czas, ale nie słucham ich szczególnie chętnie. Mam w sobie gorycz, ale nie chcę nieustannie jej smakować. Umówiłam się z moimi demonami – żyjemy razem pod jednym dachem, nie wchodzimy sobie w drogę, ja je widzę i słyszę, one mi towarzyszą, ale nie musimy ciągle ze sobą rozmawiać, nie chodzimy razem spać co wieczór. Luźny związek. Nie udaję, że ich nie ma i też nie pozwalam im, żeby mnie zdominowały.
Prawie wszystko jest kwestią wyboru, tak sobie myślę. Naiwnie być może. W cienkawym stylu Pollyanny. Co poradzić, gdy mi to pasuje. Wolę wstać rano i myśleć, że zaraz sobie zaparzę smakowitą kawę, niż wstać rano i myśleć, że oto przede mną cały dzień chujni.
Wiem, że któregoś dnia znów stanie się coś bardzo złego, taki już porządek rzeczy. Nie da się być nieustająco pogodnym. Chciałabym dać radę tak, jak dałam wtedy.

Reklamy

3 thoughts on “You choose what you pray for

  1. nie daję rady już na targi. trochę zazdroszczę tym, – Tobie – którzy dają,
    książek leży jakiś dziki stos, nie liczę.
    a jak tylko o tym winie piszesz, to nic 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s