A gun and a radio? Not exactly Christmas, is it?

To nie tak, że chciałabym być dziewczyną Bonda.
Nie lubię takich, co wszystko dookoła obracają. Acz pewnie bym uległa, znając moją słabość do staroświeckiego szarmu i dobrej gadki.
Ja bym chciała być samym Bondem.

Od pierwszej sceny Casino Royale cieszę się, że wybrali Craiga. On niby nie całkiem w moim guście – trzeba by trochę go wyciągnąć w górę, zapuścić włosy i zoperować nos – ale ma coś w sobie facet. I te oczy, czy taki kolor oczu w ogóle można mieć naprawdę? Gdybym miała chłopa z tak przewiercającym spojrzeniem, przyznawałabym się od razu do wszystkich kupionych torebek…
Wiedziona pospolitą babską ciekawością, oczywiście sprawdziłam. Zodiakalne Ryby z samego początku marca. To już wiem, o co chodzi z tym niedefiniowalnym czymś, co w sobie ma. Znam jednego marcowego kota; to najbardziej fascynujący człowiek, jakiego w życiu poznałam i charyzma dymi mu uszami nawet, gdy siedzi i rozwiązuje krzyżówki.
O czym to ja? Ach, no tak, cieszę się, że go wybrali, bo przed jego erą Bond był – nazwijmy rzeczy po imieniu – raczej mydłkiem. A teraz jest mężczyzną z mojego ulubionego gatunku, szorstkim, niezbyt delikatnym, który w mordę walnie, jak trzeba, ale i marynarkę kobiecie odda. Takiego Bonda jak w nowym filmie, zgorzkniałego, wkurwionego i zarośniętego, za to lojalnego do krwi ostatniej, kupuję bez wahania. I sama w to nie wierzę, ale mało brakowało, żebym się przy ostatnich scenach popłakała. Na Bondzie?!
Opuściwszy kino pomyślałam, że fajnie byłoby znów pójść na strzelnicę.

(I muszę dodać – nowy Q jest świetny).

Nowa Ani płyta bardzo mi pasuje. Bardzo jest dobra. Bardzo przyjemnie spędzone 39 minut. To niby nie moja muzyka, ale skwapliwie nabywam wszystkie jej kolejne krążki, bo tak jakoś wyszło, że stają się soundtrackiem moich miłosnych przygód. Sześć lat temu przygoda przyleciała w najdłuższą noc w roku, to był piękny, ciepły listopad, miałam rude włosy i pierwszy raz w życiu piłam pinot noir. Pamiętam, jak siedziałam na podłodze, słuchając tej piosenki. A przygoda – cóż, przyleciała i odleciała, bez większego bólu. Zostało parę zdjęć i zatarte wspomnienia. Półtora roku później włosy miałam po słowiańsku myszoblond, za to na zapałkę, przygoda zaś przyleciała nad ranem, w noc całkiem krótką i gdy tej samej nocy rozsiadła się na mojej kanapie, w tle kręciło się to. Przyleciała i odleciała, i znowu przyleciała, i odleciała, aż wreszcie przyleciała, złapała mnie i zabrała ze sobą.
Pamiętam długie letnie wieczory, gdy gapiłam się zasłuchana za okno – nie mając jeszcze pojęcia, że on widzi z okien to samo, co ja, tylko z drugiej strony i gdybyśmy mocno wysilili wzrok, to może, może…
Za daleko, żeby się dostrzec z nosami przylepionymi do szyb, ale mimo wszystko macham czasami.
Może któregoś dnia machać nie będę musiała, niemniej szczerze pisząc – nie śpieszy mi się. Jak na miejscową idiotkę i tutejszego kretyna, radzimy sobie całkiem nieźle.

Reklamy

2 thoughts on “A gun and a radio? Not exactly Christmas, is it?

    • prawda?
      ja nie lubię za bardzo do kina chodzić, wolę oglądać w domu, bo w kinie zbyt wiele czynników mnie rozprasza – ale tym razem wessało mnie ogromnie.
      słyszałam głosy rozczarowanych miłośników ‚tradycyjnego’ Bonda, tego z mnóstwem gadżetów, któremu zawsze wszystko się udawało, nawet mu się garnitur nie pogniótł. mnie bardzo się podoba to, że on już taki nie jest.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s