I crash landed in a Louisiana swamp

Sądziłam, że epoka blogowych wojenek już minęła i nikogo nie kręci wyciąganie czyichś brudów, próby demaskacji w realu, organizowanie zbiorowych ataków przez towarzystwa wzajemnej adoracji i inne takie niedorosłe zabawy. Pamiętam to z czasów, gdy zaczynałam pisać, czyli z początków poprzedniej dekady. Niektórzy wcale się nie przejmowali docinkami – czasami subtelnymi jak wynalazek Oppenheimera – a inni zamykali blogi, chowali się pod zmienionymi ksywami, wyłączali możliwość komentowania. To ostatnie wcale nie jest takie fajne, bo po pierwsze człowiek jest próżny i lubi widzieć, że ktoś nie tylko przeczytał, ale jeszcze uznał za stosowne wypowiedzieć się w temacie, a po drugie czasami naprawdę przyjemne rozmowy z komentarzy się rodzą. Acz oczywiście dzięki nim można się też dowiedzieć, że jest się brzydką, że ma się żałosne życie, facet na pewno zdradza, a jeśli nie zdradza, to zostawi, ‚bo kto by chciał być z kimś tak walniętym, jak ty’ – i tak dalej.
Sądziłam, że to już minęło, bo blogosfera ogromnie się zmieniła, opustoszała trochę, wielu przeniosło się na fejsa, inni przerzucili się na zdjęcia albo opisy wypieków, dając sobie spokój z relacjonowaniem codzienności; mamy możliwość moderacji komentarzy, zamykania dostępu dla tych i owych, nieustającego podglądu tego, kto wchodzi, skąd wchodzi, ile razy wraca, o co pytał w wyszukiwarce. A co ważniejsze, niegdysiejsze poczucie internetowej anonimowości odeszło w dal.
Tymczasem naparzanki mają się dobrze, a nawet przerażająco dobrze. Nie zauważałam, bo u mnie panuje spokój, a gdyby nawet zależało mi na popularności, to nie takiej budowanej przez prowokowanie krzykaczy.
Internet daje nam kuszącą możliwość sterowania emocjami innych. Wtykania kija w mrowisko, podkręcania temperatury; gdy ogień gaśnie, dorzuca się do pieca parę kontrowersji i jedzie dalej. Niektórzy tę możliwość uznają za niezbywalne prawo, ale konsekwencji takich zabaw nie przyjmują do wiadomości. A blog działa jak każdy inny środek przekazu – to, co idzie w eter, w eterze zostaje.
To przecież tylko wirtual. Blogi rzadko oddają rzeczywistość zaokienną w skali 1:1. Zwykle to skrawki, czasami skrawki podbarwione, niekiedy od początku do końca sztuczny twór. Gdy widzę, jak ktoś zbroi się na wojnę w wymyślonym świecie, nie mogę pozbyć się wrażenia, że w tym prawdziwym czegoś mu brakuje.

Tyle refleksji. Czuję pod skórą fazę na pisanie, więc lepiej zabiorę się za to, nim mi przejdzie, bo to nastrój raczej ulotny i łatwo go przepłoszyć – zwłaszcza robieniem byle czego, żeby tylko nie zabierać się do roboty. Na przykład czytaniem o tym, że pewien browar wypuszcza na rynek czosnkowe piwo. Hm.
Ach, jeszcze jedno. Słyszeli już państwo Stonesów nowy singiel?
Niech prostej kobiecie ktoś wytłumaczy, jakim cudem banda dziadków – Jagger zaraz będzie miał 70 lat, powtarzam, 70 – co za kołnierz nie wylewali i z palm spadali, i w sumie nie wiadomo, jakim cudem jeszcze żyją, gra tak, że buty gubię, by nie wspomnieć innych części garderoby? Młodzież w przyciasnych rurkach powinna przemyśleć wymianę tabletów na gitary. I tak na te pierwsze nikogo nie poderwą. Za to widok lśniącego Telecastera na lędźwiach swoje robi. Wiem, co mówię.
(I zarumieniła się znacząco).

Dopisane z wieczora
Chyba skończyłam książkę.
Śmieszne uczucie. Zostało dopieszczanie już napisanych akapitów.
A teraz, ponbócku, daj mi dość odwagi, żebym to gdzieś wysłała.

Reklamy

7 thoughts on “I crash landed in a Louisiana swamp

  1. wojsko!
    nie mówię akurat o stonesach, oni mieli swoją szkołę
    ale stara dobra unitarka robiła z cipy mężczyznę
    „młodzież w przyciasnych rurkach” nie ma wzoru

    • albo Stonesi, albo wojsko 😉
      coś jest w tym, co piszesz. znam dwóch oficerów WP (obaj już w stanie spoczynku, obaj też byli na misjach dość paskudnych) i słowo daję, że ze wszystkich mi znanych mężczyzn ci właśnie są najbardziej konsekwentni i lojalni. pewnie swoje demony mają, ale trzymają je mocno za mordę, bo niewielu spotkałam ludzi nastawionych bardziej pokojowo. tylko czy ten hart ducha wart ich przykrych doświadczeń – nie wiem…
      dla równowagi znam i takich, co przed kamaszami raczej uciekali – właśnie w gitarę, w kościół rock’n’rolla. ale w czasach ich dorastania to była mocna deklaracja. wtedy było przeciwko czemu się buntować. teraz jest raczej miałko.
      i jak sobie słucham tego singla, to myślę, że na miejscu niektórych wykonawców poczułabym się głupio, iż dinozaury tak mnie w tyłek podgryzają. wielką fanką Stonesów nigdy nie byłam, niemniej życzę im gorąco, żeby wszystkich jęczących w konwulsjach Gotye-podobnych strącili z piedestałów. jeszcze raz 🙂

  2. Frotka – > a wojsku była ??? Tańczyła przebrana w damskie ciuchy ku uciesze półprzytomnych od wódy kaprali ?? Czyściła szczoteczką do zębów korytarz ? kopała w środku deszczowej nocy głęboki dół pod niedopałek papierosa ??
    Ćwiczenia na poligonie czy placu to był psychiczny odpoczynek ..

  3. Blogowe wojny? O mamo, wspomnienia z liceum. Też myślałam, że to już minęło. Zresztą dużo mniej mnie przerażają opinię innych niż wtedy.

  4. Ja wolałabym pozostać anonimowa w blogaskowym świecie, ale jest to raczej mało prawdopodobne, bo nie lubię nakładać na siebie ciągle autocenzury. Jednak teraz doskonale zdaję sobie sprawę, że coś raz umieszczone w internecie zostaje tam na zawsze:)

    A książkę koniecznie wysyłaj. Trzymam mocno kciuki i na pewno zaopatrzę się we własny egzemplarz jak juz będzie w sprzedaży:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s