Eye of the beholder

Spóźniam się.
W moim cudacznym przeświadczeniu spóźnienie jest właściwie równoznaczne z byciem o czasie, lubię wszędzie zjawiać się wcześniej, inaczej denerwuję się, że ktoś będzie na mnie czekał. Za trzydzieści sekund dziewiąta wciskam zatem nerwowo guzik windy – człowiek ma taką głupią nadzieję, że ona dzięki temu przyjedzie szybciej – w drodze poprawiam potargane włosy, rozplątuję szalik, biegnę korytarzem w poszukiwaniu właściwych drzwi, naciskam klamkę, uff.
– Dzień dobry – sapię.
– Dzień dobry – słyszę.
I czuję, jak moje kolana zmieniają się w drgającą galaretkę.

Proszę pana, niech pan do mnie takim głosem nie mówi, bardzo proszę, bo zemdleję.

Zauważam wokół siebie mężczyzn obiektywnie przystojnych, ale większość z nich zupełnie na mnie nie działa. Ładni, no. Popatrzeć można. Istnieje natomiast pewien typ, który rzuca mnie na deski, paraliżuje i wpędza w stan wielkiego niepokoju.
Dotychczas spotkałam tylko trzech takich. Trudno o nich powiedzieć, że mają urodę hollywoodzkich amantów – jeśli już, to raczej urodę artystów pijających absynt i szkicujących akty kochanek na serwetkach, z przydługim włosem gustownie rozwianym (zwykle celowo) lub przeciwnie, związanym ciasno i odsłaniającym twarz, a dokładniej piękny rzymski profil. Gdy się uśmiechają i wokół jasnych oczu pojawiają się wachlarzyki drobnych zmarszczek, widać, że bliżej im już do czterdziestki, może nawet mają ją za sobą, ale to jedyne w ich wyglądzie i zachowaniu, po czym można by zgadywać wiek. Wszyscy mają w sobie coś, czego nazwać nie potrafię, a co jest niebywale zmysłowe. Uprzejmi, ale zachowują dystans, nie bratają się zbyt łatwo. I każdy z nich ma oszałamiający, głęboki, lekko schrypnięty baryton, mówią starannie, z namysłem, elegancką polszczyzną, nie terkocząc, nie połykając końcówek, wiedząc znakomicie, gdzie wetknąć staroświeckie określenie, a kiedy zakląć siarczyście.

Wielkie nieba, jak ja się męczyłam.
W pewnej chwili złapałam się na tym, że pod dyktando brudnych myśli odgrywam cały repertuar gestów tyleż znaczących, co oklepanych, z nawijaniem włosów na palec, kiwaniem nóżką, gładzeniem się po dekolcie i całą tą żałosną orkiestrą. Facet musiałby być ślepy i głuchy, żeby tego nie zauważyć. Natychmiast wyprostowałam się na krześle, rączki nobliwie złożyłam na podołku. Gapiłam się nie całkiem dyskretnie na wyrzeźbione muskuły prężące się pod koszulą, starałam się odpowiadać z uśmiechem i swadą, gdy o coś zagadnął, ale gryzłam się w wargę, by tych uśmiechów za dużo nie było.
– Inne spojrzenie jest bardzo cenne. Właściwie powinienem był powiedzieć: kobiece.
Po wszystkim wróciłam do domu i zasypiałam z myślą o tym, co zawsze, ale prawda taka, że bardzo dobrze zrobił mi ten dzień. Flirt jest zdrowy, potrzebny jest, a nawet inspirujący.
Ale o inspiracjach innym razem. Mam bowiem przeraźliwą potrzebę wyjścia z domu i pomaszerowania przed siebie w dzisiejszym wietrze. Mam też parę nowych wniosków, które muszę obrobić w głowie, żeby ruszyć dalej.

Reklamy

4 thoughts on “Eye of the beholder

    • gwoli ścisłości – najbardziej działają te, które słyszę w sypialni 😉
      mam do tego ogólną, nieuleczalną słabość od wielu lat. jak ktoś do mnie ładnie mówi, staję się bardzo łagodna i do wszystkiego daję się przekonać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s