Scream and shout

Nie znoszę, gdy ktoś na mnie krzyczy.
Na wrzaski reaguję ‚żółwiem’ – zatrzaskuję moje skorupki, chowam się i odwracam tyłem. To absolutnie najgorsza metoda, jaką można zastosować, obcując ze mną. Stresów mam i tak nadbagaż, więc gdy mi kto ich dokłada za pomocą darcia mordy, traci błyskawicznie szansę na moją sympatię. Ba, mniejsza o sympatię, nie musimy się wszyscy kochać. Ja po prostu przestaję traktować wrzaskuna serio. Idź sobie człowieku, zedrzyj gardło gdzieś indziej i wróć, jak ostygniesz, to porozmawiamy.
Gdy słyszę, jak niektórzy w związkach talerzami rzucają i jak to wspaniale oczyszcza atmosferę, a jak niesłychanie seksowna jest awantura słyszalna na sąsiedniej ulicy, to nie mogę się nadziwić, że ktoś może dobrowolnie tak. Owszem, lubię ludzi temperamentnych, ale jeszcze bardziej lubię tych, co nad swoim temperamentem potrafią zapanować.

Dziś podobno międzynarodowy dzień bicia rekordów.
No, doprawdy.
Pobiłam osobisty rekord multitaskingu, czyli – po polsku – robienia wielu rzeczy naraz, z mięsistymi kurwami duszonymi w ustach i motorkiem w zadku. Multitasking to ceniona umiejętność, pracodawcy namiętnie umieszczają toto na liście wymagań wobec kandydatów na różne ważne stanowiska. Ceniona i cholernie przereklamowana, bo ludzka podzielność uwagi jest ograniczona, a poza tym to paskudnie męczy. I uzależnia – ostatnio zdałam sobie sprawę, że po ośmiu latach takiej pracy mam kłopot ze skupieniem się na JEDNEJ czynności również w domu. Próbuję robić to i owo jednocześnie. Nie muszę niby, ale nawyk silniejszy.
Chyba powinnam zapisać się na trening uważności.
Swoją drogą – czy to nie trochę straszne, że terapeuci muszą nas uczyć, jak koncentrować się na piciu kawy, podziwianiu nieba o zachodzie słońca albo porannym przeciąganiu się? Z wielkim zapałem pozbywamy się tego, co dla nas naturalne.

No właśnie, skoro już o tym mowa.
Uwielbiam, gdy psycholog zadaje mi proste, właściwie to okrutnie banalne pytanie, a ja nie wiem, co odpowiedzieć. Wydymam usta, targam się za włosy, aż wreszcie wybucham śmiechem i wzruszam ramionami, bo nie wiem.
Po weekendowych psycho(spycho?)warsztatach mam w głowie zupełny bałagan, rzekłabym nawet, że mam rozpiździj. I to zabawne jest bardzo, bo z jednej strony mnóstwo spraw muszę poukładać, czuję się, jakbym zamiast mózgu miała jeden wielki węzeł, a z drugiej – zyskałam niezgorszą jasność sytuacji, pojawił się też skromny pomysł na przyszłość. Od kilkudziesięciu godzin grzebię w sobie, usiłując dociec, skąd mi się wzięły pewne przekonania i czy one w ogóle są moje. Podoba mi się to, nawet ekscytuje, ale nie wiem, czy przed wysnuciem wniosków i podjęciem ważkich decyzji nie będę chciała znów spotkać się z fachowcem od ludzkich splotów myślowych, żeby się upewnić, że idę w dobrym kierunku. Że moja głowa idzie w dobrym kierunku.
Bo tyłek to sobie poradzi.

(A wieczorami, gdy już umęczyło mnie rozgryzanie własnych niezbadanych wyroków, uczyłam się rosyjskiego. Na ogłoszeniach matrymonialnych w ichniej telewizji. Bardzo mają wdzięczne teledyski. Stewardzi w Aerofłocie wyglądają wypisz, wymaluj – tylko koszule noszą, rzecz jasna).

Reklamy

5 thoughts on “Scream and shout

  1. Przymiarki do 51. stanu w USA, ktoś tam kiedyś wpadł na pomysł wydłużenia chyba minuty o kilka sekund, a niedługo to będą postulować o kolejne dni w kalendarzu, coby się przypadkiem dni strażaka, dekarza, kierowcy i rekordów nie nakładały na siebie – bo każdy jest wyjątkowy i mieć musi własny :-p

    psst
    Festina lente.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s