Let the sun beat down upon my face

Z cudownym zjawiskiem znanym pod nazwą ‚człowiek’ problem jest taki, że nic z nim nie wiadomo. Nie można założyć, że on zawsze coś albo nigdy niczego. Nie można pomyśleć, że zna się go na wylot, od razu się go rozgryzło.
Nie zawsze z tym zjawiskiem łatwo się porozumieć. Bywa, że lepiej telefon odłożyć na najwyższą półkę w mieszkaniu i odczekać 24 godziny, nie dać się ponieść emocjom, nie robić afery. Przetrzymać jakoś burzę szalejącą w głowie. Pamiętać, że z drugiej strony sprawy mogą wyglądać zupełnie inaczej; że to, co mnie wydaje się niebieskie, dla kogoś innego jest szare i co najważniejsze – że może nie być o co kruszyć kopii, a jeśli pochopnie odpowiem ogniem, jutro mogę czuć się bardzo głupio.
Niby rozumiem, że nie zawsze da się jeść sobie z dzióbków. Spycholog na ostatnich warsztatach przypominał, jak złudna jest bliskość w relacjach, w których nieustannie jest miło, sympatycznie i klepiemy się po pleckach, a gdy coś nie gra, szybciutko wmiatamy to pod dywan, bo boimy się, że cała wielka przyjaźń czy miłość nie zniesie kryzysu.
Niby rozumiem. Mimo wszystko wczorajszy dzień był bardzo zły i chciałam, żeby jak najprędzej się skończył. Tak zły, że nawet apokalipsa by mnie nie zdziwiła. Wzruszyłabym ramionami i mruknęła – no tak, można było się spodziewać. Jedynym, co napompowało mi trochę nastrój krążący tuż nad dnem, były numery z Celebration Day, puszczane przez redaktora Metza. Nie mogłam odmówić sobie przekręcenia potencjometru maksymalnie w prawo, gdy zabrzmiał Kashmir. Po 37 latach, z młodym Bonhamem walącym w gary, niezmiennie z butów wyrywa. Uwielbiam ten kawałek. W ogóle uwielbiam Led Zeppelin. Gdyby reinkarnacja działała wstecz, chciałabym w przyszłym życiu zostać ich groupie. Ochh, te ciężkie bębny, ta mięsista gitara, stężony afrodyzjak.
Rzeczony pan redaktor już drugi raz mnie poratował od utonięcia w wielkiej smucie. Pamiętam, jak w najciemniejszym moim czasie szłam przez miasto – mgła była taka, jak teraz, ciemno, ponuro, ludzie rozdrażnieni – nie tyle szłam, co powłóczyłam nogami, brzuch bolał od nieustającego stresu. I wtem radio zagrało Franka Sinatrę. Jakby jakaś ciężka kurtyna się podniosła. Przez trzy minuty miałam wrażenie, że słońce prześwieca przez tę mgłę i moją deprechę. Od razu napisałam list z gorącym podziękowaniem. Na list dostałam odpowiedź, i owszem.
Chyba fajnie mieć taką robotę, móc zdejmować z ludzi zły urok, prostować im zgarbione plecy.
A dziś – cóż, rozpoczęłam niedzielę szorowaniem okien. Przechodząca akurat sąsiadka spoglądała na mnie z takim zgorszeniem, jakbym robiła to w samych pończochach. Proszę pani – nic nie poradzę, że dziś po pierwsze mam na to czas, po drugie wreszcie świeci słońce. Po południu będzie zupa cebulowa, choć Bogiem a prawdą, nieszczególnie mi się chce. Ale trzeba coś robić, trzeba się czymś zająć, bo inaczej znowu usiądę i poczekam na apokalipsę.

Ktoś tu trafił, pytając w wyszukiwarce o to, jak wygląda seks grupowy ze znajomymi.
Ze znajomymi to nie wiem.

Reklamy

3 thoughts on “Let the sun beat down upon my face

  1. Trafiłam tutaj przez przyjaciółkę. Nie znamy się, ale czasami wybierasz mi nieubrane myśli z głowy i układasz w tej blogoszafie. Więc czytam. Dzięki 🙂

  2. ostatnie zdanie boskie ;-)))) i w ogóle rzadko mi się zbiera na takie całościowe pochwalenie Twojego pisania, które swoje różki ma, a jakże, ale (a po części dlatego) jest jednym z moich ulubionych. no to teraz mi się zebrało 😉 co do radia – czasem boi mnie ulotność tego co się słyszy, w sensie taki metz, mann czy kto inny pewnie 7 marca 2001 coś fajnego powiedzieli i zagrali na antenie, podkolorowali czyjś zły dzień, a potem tego nie ma… ale w sumie staram się myśleć, że to trochę jak koncert – też jest parę chwil, ileś osób w zasięgu rażenia, magia, a potem tylko pamięć. na celebration day mam chrapę wielką, podbitą przesłuchaniem dźwiękowego zapisu z tamtego grudniowego wieczoru w O2 oraz recenzją w Teraz Rocku. Takie No Quarter na przykład… I Plant dużo bardziej przekonujący niż na Unledded czy innych niedośpiewach, i Page mniej chaotyczny… Taaa, Celebration Day koniecznie. „Ahmet, we did it!”.

  3. Moja Babka mawiała „Nie ufaj człowiekowi jako psu” Co prawda oryginalnie, zdaje się, tekst dotyczy mężczyzn, ale ja im metki nie przypinam.
    Led Zeppelin ❤ zakurzyli się na mojej półce, czas na porządki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s