Klinek na spleenek

Minusem intensywnego uczestnictwa w życiu kulturalnym jest nie tyle bałagan, co ordynarny pierdolnik, który mi się w domu rozpanoszył. Wracam późno wieczorem, zrzucam ubranie i idę spać (lub romansować), a wokół rośnie dużo wszystkiego. Wszędzie wokół – z wyjątkiem lodówki, w której mam jednego pomidorka, serek oraz światło.
Dzień zaczął się źle, sama zresztą na to zapracowałam, ale obiecałam sobie, że nie będę się na siebie wkurzać ani też szukać winnych poza mną. Stało się i już, trzeba się otrzepać i pójść dalej. No to idę. Znowu do teatru wieczorem. Ale festiwal niebawem się kończy i odzyskam swoje życie – choć przyznać muszę, że bardzo chętnie przerzuciłabym się w taki tryb na stałe, zawsze lubiłam taplać się w śmietance artystycznej (jak ta myszka, co wpadła do skopka i ubiła masło).

Bardzo mi się podobał wczorajszy Korzeniec – lżejszy niż wcześniej wybrane przedstawienia, ale ciekawy, spójny, nostalgiczny i zdumiewająco aktualny, wbijający ostrą szpilę rzeczywistości. I ucieszyłam się wielce, bo rewelacyjny w tym spektaklu jest Wojciech Leśniak, którego pamiętam z czasów, gdy ganiałam po wszystkich możliwych konkursach recytatorskich, a on bywał jurorem.
Jakież to dziwne miejsce było, ten Trójkąt Trzech Cesarzy; do tej pory zresztą niegdysiejsze granice i szlabany w mieszkańcach tamtych okolic żyją. Jeden z moich pradziadków urodził się w Niemczech, a drugi w Rosji – dziś odwiedzaliby się, jeżdżąc miejskim autobusem. Notabene, brat pierwszego zginął zastrzelony przez rosyjskich żołnierzy. Poplątana historia mojej rodziny nie jest wcale wyjątkowa, w tym regionie takich wiele.
Wracając natomiast do samego Korzeńca – niezłą recenzją będzie chyba to, że zazwyczaj przeraźliwie sztywna krakowska publiczność bardzo się ożywiła, śmiała się głośno i klaskała ochoczo. Razem z naszym panem prezydentem.
Znakomity, dynamiczny spektakl.
Swoją drogą znamienne to, że w miastach, do których do niedawna nikt nie pojechałby w celu obcowania z kulturą, teatry mają się coraz lepiej, a w szumnie zwanych ‚stolicach kulturalnych’ jakoś tak gnuśnie, mało komu chce się wsadzać kij w mrowisko, prowokować, robić coś inaczej. Może to kwestia pospolitego głodu wydarzeń, nie wiem, jak to ująć – bardziej żyznej gleby, bardziej też chłonnej.

A poza wszystkim ogarnął mnie spleenek – może przez to, że znowu mamy najbardziej morowe powietrze w kraju. Szczerze i z podziwem zazdroszczę mojej przyjaciółce, która przez dekadę zajmowała się robieniem kariery, okrążaniem świata, dziesiątkami zajęć sportowych i artystycznych, aż pewnego dnia stwierdziła, że wcale nie ma ochoty na całe to ‚wyżej, mocniej, dalej’, odeszła z pracy, przeprowadziła się i żyje sobie spokojnie, choć znacznie skromniej. Mówi, że czuje się wolna, lepiej sypia, brzuch rzadziej boli. Brzmi to do bólu zębów banalnie, pretensjonalnie może nawet, ale jednak ta jej wolta wydaje mi się wyjątkowo rozsądnym posunięciem – bo pomału dociera do mnie, jak wiele robimy tylko po to, żeby wyprzedzić innych, a jak mało dla siebie.

Reklamy

2 thoughts on “Klinek na spleenek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s