Trzeci stopień zagrożenia lawinowego

Wydaje się, że już jest dobrze, zepchnęło się strachy pod łóżko, przegoniło smutki. Zawody i frustracje ostatnich dni przerobiło się od lewa do prawa, wyciągnęło wnioski, zrozumiało, że jeśli nie sposób zmienić tego, co się dzieje, trzeba się oswoić.
I wtem, w środku nocy budzi uczucie, że ktoś położył mi ciężką łapę na żołądku, a drugą na szyi. Nie zasypiam już. Gdy wstaję, sypialnia wiruje. Gdy przyglądam się śniadaniu, robi mi się niedobrze. Pod prysznicem nie mogę utrzymać się na nogach. Jedynym, na co umiem się zdobyć, jest zwinięcie się kłębek i płacz, przed którym wytrwale się broniłam przez kilkadziesiąt godzin.
Mój organizm ogłasza strajk. Wrzeszczy mi do ucha – przestań. Nie spychaj wszystkiego na mnie.

Powiadam, udawanie twardziela to miecz obosieczny.

Psychol miał rację – nie kisić w sobie, nie udawać, że się nie wydarzyło. Kupić parę wyszczerbionych talerzy i potłuc. Skopać ścianę. Wrzeszczeć, aż głosu zabraknie. Jeśli oczy bardzo chcą się spocić, to dać im się pocić niechby cały dzień. Napisać wszystko, co leży na wątrobie, a później porwać na strzępy. Porozmawiać z kimś. Nie zatrzaskiwać pancerza, nie walczyć z tym, że jest przykro, smutno, nieudacznie, samotnie. Czasami będzie. Każdemu bywa. I niekoniecznie należy wtedy prychać, jakby nigdy nic, po czym rzucać się w oszalały wir roboty w nadziei, że jeśli nie zwróci się uwagi na ból, to on sam przejdzie. Może przejdzie, może znokautuje.
Trzeba dać emocjom zrobić swoje.
Zresztą nie stać mnie na gaszenie stresów w nepalskim klasztorze ani w bieszczadzkiej chałupie, gdzie mogłabym hodować lawendę i świecować uszy turystom. Muszę użyć tych środków, które mam, a nie tych, które wydają mi się być może, ewentualnie, prawdopodobnie jakimś tam sposobem na osiągnięcie równowagi.

Wiecie, co jest zatrważające? W korytarzu przychodni widuję mnóstwo takich, coraz więcej – ładnych, modnie uczesanych, w butach za pół średniej krajowej. Stopy w tych butach podrygują nerwowo, palce bezwiednie gniotą jakiś papierek, podkład słabo maskuje opuchliznę pod oczami. Wejdą do gabinetu, dadzą sobie zmierzyć ciśnienie i opukać klatkę piersiową. Na końcu usłyszą, że ciału nic nie dolega, wszystkie parametry w normie, puls trochę za wysoki, oddech płytki, ale to tylko stres, proszę odpocząć parę dni i brać te tabletki przed zaśnięciem.
Radzą sobie ze wszystkim poza sobą.

(Ale za to moja niepiękna dzielnia rozkwita i gwiazdorzy, proszę bardzo).

Reklamy

5 thoughts on “Trzeci stopień zagrożenia lawinowego

  1. Miałem kiedyś bardzo stary i bardzo ciężki, choć nie za wielki budzik. I miałem też w piwnicy dużo szyb, które mi zostały po wymianie okien. I kiedy było bardzo źle, brałem jedną taką szybę do mieszkania, stawiałem pod ścianą, sam siadałem na materacu pod ścianą na przeciwko i rzucałem tym budzikiem.
    I to była dobra metoda 🙂

  2. Albo ci tacy dmuchają na zimne? Wiesz, doszli do czegoś, chcą się tym cieszyć i monitorują każdy kawałek siebie? Chyba że to tacy hipochondrycy, wtedy jest raczej przesrane, bo się umiera w ciągu roku po kilkakroć, a i tak zawsze coś :/

    • hipochondrycy do pewnego stopnia też, ale więcej chyba jest tych, którzy biorą na siebie cholernie dużo, a później nie są w stanie tego wszystkiego pociągnąć. albo też czują, że zaczynają przegrywać w wyścigu, a nikt ich nie nauczył radzenia sobie z porażką. albo wszelkie życiowe dramaty zagłuszają pracą, bo to pozwala im zapomnieć.

  3. Mój organizm w ubiegłym roku dostał takiego kopa od swojej właścicielki. Trzymanie emocji w sobie i udawanie twardej, powściągliwej zajęło mi trzy miesiące. Było ciężko, a to co działo się później, to już dramat. Spadek wagi, emocjonalne rozdygotanie i pewnego rodzaju uraz, który został w psychice do dziś to spadek po tamtym okresie. Mam wrażenie, że organizm odpłaca mi się teraz za to wszystko. Nigdy w życiu nie spędziłam tylu godzin u różnych lekarzy, co w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Coż, mam za swoje…

  4. Nie mówię już nawet, co u mnie się robiło z powodu zaduszonych emocji. Niby wszystko OK, aż tu nagle na zmianę sprawy żołądkowe z sercowymi. Niemiarowość, nerwica żołądka. Okresy bezsenności na zmianę z okresami nadmiernej senności. Ech, mieć trochę takich talerzy (i ech, żeby tak u m i e ć się wypocić oczami).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s