Nothing promised, no regrets

Uwielbiam budzić się o półtorej godziny później niż powinnam, a następnie wyskakiwać z łóżka z aktem strzelistym na ustach, myć włosy i ubierać się jednocześnie.
Zdążyłam.
Ale nie znoszę tego – rano potrzebuję czasu na rozruch, herbatkę, śniadanie, nieśpieszne wytuszowanie rzęs, pogawędkę z Marcelem, który i tak mnie nie słyszy, wysłuchanie ględzących polityków. Gdy wybiegam z domu chwilę po tym, jak otworzyłam oczy, przez resztę dnia nie potrafię osiągnąć stosownie wysokich obrotów. Część mnie śpi. Ta mądrzejsza część, niestety.
Na szczęście dziś rozkręciłam się wyjątkowo szybko. Obroty wzrosły mi bowiem bez wspomagania kawą, gdy przeczytałam, że fundacja, o której pisałam już swego czasu a propos akcji przeciwko rozwodom, wystosowała list dziękczynny do posłów głosujących przeciw „życiu bez zobowiązań, rozluźnianiu więzi i instytucjonalizacji tymczasowości”.
Ręce opadają.
Nie rozumiem, czego ci ludzie tak się boją. Czy czegoś im ubędzie? Ktoś im coś zabierze? Ktoś ich do czegoś zmusi?
Swoją drogą – mój znajomy mawiał kiedyś, że ‚bez zobowiązań’ to są pierwsze trzy spotkania, potem już pozamiatane, bo ludzie się przyzwyczajają. Dużo w tym prawdy. U jednych trzy, u innych pięć, ale ogólnie mechanizm jest ten sam. To upiorne życie bez zobowiązań jest mitem, wielu by może chciało, ale nikt nigdy nie widział, chyba że zmienia codziennie partnerów seksualnych, a co tydzień miejsce zamieszkania. I wcale nie chodzi o to, by uświęcać ten nieszczęsny brak zobowiązań. Ani rozluźniać więzi.

Skoro już o tęsknocie za niezobowiązującymi przygodami mowa, wczora z wieczora wybrałam się posnuć po mieście i wydać pieniądze, których nie mam. Tak naprawdę poszłam po buty i torebkę, wróciłam z marynarką i trzema sweterkami nadającymi się raczej na lubieżne randki niż do biura. Klasyka gatunku. Pokręciłam się tu i ówdzie, zgarnęłam z drogeryjnej półki kolejne słoiczki i tubki, i z poczuciem wielkiego zadowolenia ruszyłam do domu.
Zderzyłam się z nimi przy ruchomych schodach.
Inaczej ją sobie wyobrażałam. A to korpulentna brunetka, jakby nie w jego typie. Zdążyłam poznać jego upodobanie do wiotkich blondynek.
Nie jestem pewna, czy to ta sama dziewczyna, która parę lat temu żyła w błogiej nieświadomości faktu, że kochaś nocami wysyła do innej żarliwe maile, że uprawia zwięzły esemesowy flirt, namawia na coś, co nazywa kawą, ale nie w mieście, bo ktoś mógłby zobaczyć – i to wszystko bez najmniejszego cienia wstydu. Wczoraj też nie wyglądał na szczególnie zażenowanego. Przywitał się uprzejmie, zagadnął, jak leci, z uśmiechem wysłuchał kurtuazyjnej odpowiedzi i poszli sobie. Właściwie to sprytna taktyka – gdyby zachował się inaczej, mogłaby coś podejrzewać.
Ciekawam, czy nadal śle komuś wiadomości pełne zbyt szczegółowych opisów, co i jak chciałby zrobić, czy szuka chętnej na schadzkę lub dwie. Trochę to schizofreniczne, planować ślub, kupować wspólne mieszkanie, a jednocześnie uganiać się za kobietami w niczym niepodobnymi do narzeczonej, bo może a nuż któraś wreszcie nie spuści go po brzytwie i zgodzi się na tę cholerną kawę (ale nie w mieście, ktoś mógłby zobaczyć). Wtedy, kilka lat temu, miałam wrażenie, że ktoś go siłą wrzucił w całą tę historię ze ślubem i kredytem hipotecznym, że on to wszystko robi z nie całkiem uświadomionego przymusu – bo tak trzeba, bo brat tak zrobił, bo już czas – i stąd ten jego głód przygód.
Może już sobie odpuścił, zakochał się na dobre, spoważniał. Może, choć nieszczególnie wierzę w cudowne nawrócenia. Zresztą jeśli nadal bawi się w Giacomo Casanovę w przerwach pożycia małżeńskiego, to prędzej czy później znajdzie chętną, jestem o tym ponuro przekonana. Niektórym nie przeszkadza, że chłop parę lat temu podzielił się nazwiskiem z inną. Mniejsza o nazwisko. Nie przeszkadza im również to, że nurza się w innej babie. Ale wiem, jak skutecznie można to wyprzeć.

Na gramofonie dziś PJ Harvey, której nie słuchałam od lat – lat dosłownie, aż wstyd. Wracałam do domu w ulewnym deszczu, zamiast miasta widziałam za szybą niekształtną, świetlistą plamę i pomyślałam, że ścieżka dźwiękowa doskonała. Lubię czuć się jak w filmie.

Reklamy

6 thoughts on “Nothing promised, no regrets

  1. Coś takiego, jak brak zobowiązań, nie istnieje. Bo prawdę mówiąc, generalnie często łatwiej jest wytrwać w zobowiązaniu do „i cię nie dopuszczę aż do śmierci”, niż w zobowiązaniu do braku jakichkolwiek zobowiązań. Nawet w przypadku jednorazowego seksu nie jest bez zobowiązań, bo się pojawia zobowiązanie do tego, że to było jednorazowe i nie dzwoń do mnie. Więc gówno prawda, mówiąc oględnie 😉
    A z tym, że ktoś komuś coś zabierze… nie o to chodzi, że ktoś coś zabierze. Kiedy dawno temu pojawił się pomysł dania kobietom prawa wyborczego, mężczyźni podnieśli wielkie larum. Ale nie dlatego, że jak kobiety będą mogły głosować, to oni nagle przestaną móc, tylko że jak kobiety będą mogły, to… no, to będą mogły. To jest problem, że ktoś, kto teraz czegoś nie może, nagle będzie mógł.
    W ogóle mam wrażenie, że całkiem sporo ludzi łatwiej zniosłoby, gdyby im zabrać trochę wolności, niż kiedy tę wolność daje się innym.
    I sorry za długi komentarz 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s