Czy znasz morza brzeg bez poszumu fal?

– Nie myślałeś o tym, żeby kupić sobie nowy kalendarz?
– Nie, a czemu?
– Bo ten jest na 2011 rok, słońce.
– O… No, rzeczywiście. Ale ładny jest.
Nie zwraca uwagi na takie drobiazgi, zajęty bujaniem się na swojej chmurce.
Gdyby się zastanowić, 2011 to był znakomity rok. Choć owszem, żywię nieśmiałą nadzieję, że ten będzie jeszcze lepszy (gdy ktoś wreszcie utopi tę cholerną Marzannę). Na dobry początek dnia co prawda krew mnie zalała przez pewien nieogarnięty czynnik ludzki i przemokły mi walonki, ale zamierzam wzbić się ponad niskie uczucia – weekend przecież ante portas.

Oglądali państwo Art of Freedom wczoraj? Bo ja owszem, rzecz jasna spłakałam się rzewnie, gdy zdobywali Kunyang Chhish i zimowy Everest – garstka biednych jak myszy kościelne szaleńców z dalekiego, burego kraju.
Po raz wtóry pomyślałam, że muszę wreszcie tam dotrzeć, docierać wiele razy, choćbym miała do końca życia rowerem jeździć i mieszkać w kawalerce. O wielu sprawach marzę, bliższych, dalszych, mniej i bardziej efektownych, ale to akurat marzenie wryło się we mnie bardzo głęboko – odkładane na półkę wraca uparcie, nie daje o sobie zapomnieć.
Wróć. Ja przecież nie mam roweru. No to będę pieszo chodzić, na zdrowie nawet wyjdzie.

Advertisements

16 thoughts on “Czy znasz morza brzeg bez poszumu fal?

  1. A propos gór – czytałam wczoraj trochę bloga himalaistki Kingi Baranowskiej. Najbardziej mnie zaskoczył opis niemalże tłumu podchodzącego jednocześnie pod te wszystkie ośmiotysięczniki, zawsze wyobrażałam sobie że jest to raczej sport, hm, nie wiem, bardziej kameralny.

    • no właśnie w ostatnim tomie „GórFanki” Anny Czerwińskiej jest dość intrygujące porównanie Nepalu w latach 70. i później, gdy po pierwsze bardzo dotkliwie zmienił się ustrój polityczny, a po drugie rozszalała się turystyka i w wioseczkach zaczęły wyrastać hostele, a w Katmandu Hilton.
      a jak sobie człowiek przejrzy pisemka górskie, to w każdym numerze jest przynajmniej kilka reklam wypraw, zwłaszcza na Everest. wystarczy, że kogoś stać, więc w sumie tłumy łatwo sobie wyobrazić. myślę, że to ciągle może być sport kameralny, tylko że niekoniecznie na tych szczytach, które wszyscy chcą zdobyć… mnie natomiast zdobywanie samo w sobie niezbyt kręci (osiwiałabym ze strachu, gdybym miała czołgać się nad stumetrową szczeliną), za to przeraźliwie muszę te góry zobaczyć i sobie wśród nich pochodzić.

      • o to to … w pełni podzielam. Uwielbiam owo mrowienie gdy wejdę w góry, ogarnę je spojrzeniem i narasta we mnie fala mistycyzującej egzaltacji… jakieś poczucie więzi z obecnym tu Absolutem czy co?

  2. Nie mam tej pozazdroszczenia godnej pewności czy stan obsesji to jest właśnie freedom
    😉 ale i częściowo zgadzam się, otóż paru czubkom zdarzał się art.

  3. W Himalajach byłam 6 lat temu. I od tamtej pory wciąż marzę o powrocie. Mam nadzieję, że już niedługo się uda. Jedź koniecznie, znalezienie się wśród tych gór jest warte wszystkich pieniędzy tego świata.

    • obiecałam sobie, że przed 35. urodzinami odhaczę ten punkt – mam jeszcze chwilkę czasu 🙂 Japonia miała być przed 33. i była, choć przypadkiem (acz z drugiej strony mam wrażenie, że to był nie tyle przypadek, co nie całkiem uświadomione dążenie). na razie robię research, tracę wzrok nad kolejnymi książkami i odkładam grosiki – na pierwszy wyjazd, bo zakładam, że pojedyncza wizyta nie wystarczy. a gdzie dokładnie byłaś?
      ps. to Torres del Paine u Cię na zdjęciach? 🙂

      • Tak, to Torresy i jeszcze Cerro Torre i Fitz Roy. To tegoroczne, Himalaje też gdzieś na blogu są. Nawet z opisem 😉 Pod Annapurną byłam a teraz myślę o trekku wokół Dhaulagiri – przepiękna góra, lub pod Kanchendzongą. No i jest jeszcze Ladakh… To chyba jednak jeszcze kilka wypraw mnie czeka 🙂

    • trzymam za słowo! acz uprzedzam, ja szybko chodzę i łatwo się wzruszam, w górach jestem więc czymś na kształt zasmarkanego Strusia Pędziwiatra, który w dodatku robi zdjęcia każdej chmurce 🙂 za to mało mówię, więc nie przeszkadzam w podziwianiu świata.
      nie no, ten Ladakh…

      • To jesteśmy umówione 🙂 Ja chodzę ostatnio wolniej, bo mi serducho dokucza :/ ale daję radę. Mówię różnie – albo bardzo dużo, albo wcale. Zdjęcia robię w ilości nieprzywoitej. Czuję, że damy razem radę 😀

    • Ja byłam na 5400 i to była bezpieczna wysokość. Pod warunkiem, że sią aklimatyzujesz wystarczająco wolno. Bo technicznie 5400 w Himalajach to pikuś 😉 Ale już na 2000-2500 są przepiękne widoki, czasem nawet nieco niżej. Tyle, że wyżej jest bardziej dziko, no i te wschody i zachody… Warto się wdrapać 🙂

      • Gdzieś słyszałem, że od 5 tys pojawiają się u człowieka objawy tzw. choroby wysokogórskiej. I ponoć albo to przechodzi, albo nie (proszę mnie poprawić jeśli piszę androny).
        Zapytam jeszcze, czy wybrałaś/liscie się tam we własnym zakresie czy dołączyłaś do komercyjnej wyprawy którą organizują np. http://www.goeverest.pl

        • Nie, wyjazd nie był komercyjny. Tak, objawy mogą wystąpić, ale nie muszą. Ważne, żeby tak od 4 tys ważne, żeby się zbytnio nie forsować, iść po 4-5 godz dziennie, wolnym tempem i obserwować swój organizm. Dużo wody pić, częściej odpoczywać, starać się wysypiać ( z tym róznie na wysokości bywa ) i jeść. W razie objawów zejść niżej, albo jak jest trochę „niewyraźnie” to zatrzymac się gdzieś na dwa dni. Powinno byc ok. Można sobie pomóc np. diuramidem, ale to za zgodą lekarza. Ja akurat w Himalajach wysokościówki nie miałam, za to dopadła mnie w Atlasie, na wysokości 3,5 tys, więc reguł nie ma. Chociaz tam to akurat sama sobie byłam winna.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s