It’s times like these you learn to live again

Uciekłam z miasta na weekend. Prawda bowiem jest taka, że od tygodnia tkwię po uszy w czarnej mazi, chlipię co wieczór, a co kwadrans zadaję sobie pytanie, co teraz będzie. Jak to wszystko ugryźć, jak to poukładać. Jak nie stracić szans na wieczorne wino i chichoty w pościeli, na ucieczki w góry.
Brzuch mnie boli. Pocieszam się, że nie takie historie człowiek przetrzymał, że czasem to nawet na dobre wychodziło, tyle z rozrzewnieniem wspominanych szaleństw zdarzyło się dzięki temu ciągłemu niedoczasowi i kombinowaniu. Ale chciałam nie musieć już więcej kombinować.

Uciekłam, poszłam z psem do lasu, posłuchałam ptaków buszujących w gałęziach. Słońce i zapach mokrych sosnowych igieł mają ogromną moc przeganiania smutków. Upiekłam szarlotkę, ugotowałam pomidorową, pierwszy raz tego roku usiadłam na trawniku z książką. Polecam, znakomita lektura. Nie trzeba jeździć na koniec świata po wielkie przeżycia; wsie i miasteczka dużego europejskiego kraju, odwiedzanego co rok przez grube miliony turystów, kryją skarby kuriozalne i fascynujące. Ludzi-mchy, pokutników biegających z Chrystusem na ramionach, milczące bractwa, próby generalne cesarskich pogrzebów, bitwy na cukierki, papierowe smoki i bębnienie, aż krew ścieknie z palców. I to wszystko na naszym dobrze znanym, uporządkowanym nudnym kontynencie – wystarczy się zgubić.
Pierwszy raz uciekałam dziś przed burzą. Widziałam pierwszą tęczę. Pierwsza ospała biedronka, pierwsze ogłupiałe muchy niezbyt trafnie obliczające trajektorię lotu i obijające się o nieśmiało odsłonięte ramiona.
Pomyśleć, że rok – już rok! – temu powoli pakowałam się przed Wielką Podróżą, nie dowierzając za bardzo, że istotnie wyjeżdżam do Japonii. Od pierwszej minuty po powrocie tęsknię cała, ale wtedy mętlik miałam w głowie upiorny. Zatykało mnie z emocji. Gdy dojechałam na lotnisko, byłam sztywna ze strachu. Pamiętam to wszystko, jakby było wczoraj – Japończyka siedzącego obok mnie, który przez bite dziesięć godzin czytał, nie wstając nawet na siusiu, śpiewny rosyjski akcent kapitana przepraszającego za spóźnienie, niebo w nijakim kolorze przedświtu przez całą noc (czy to w ogóle była noc?), pierwszy widok Honsiu w dole, rozczarowującą mokrą plamę. Padało.
Pamiętam niecenzuralną myśl, gdy stanęłam pośrodku Tokyo Station – ‚pośrodku’ to termin umowny, pojęcia nie mam, gdzie byłam – usuwając się z drogi tłumom istot w jednakowych ciemnych garniturach pędzących przez niekończące się podziemne korytarze i zastanawiając się, jak właściwie stąd się wydostać. Pamiętam uroczy damski głos, ogłaszający, że to moja stacjaBakurociooo… Pierwszy kęs japońskiego curry, pierwszy łyk shochu, pierwsze starcia z tokijskim metrem, pierwszą wizytę w chramie shinto, chramiku właściwie, maleńkim, wciśniętym między szklane domy. Pierwszy, pierwszą, pierwsze.
Świat oczywiście jest ogromny i wiem, że pierwszych razów mi nie zabraknie, chyba że stracę apetyt – szkoda tylko, że te pierwsze smakują najlepiej, no, najintensywniej. Później trzeba już bardziej się starać, a emocje jakby się kurczą. Już się tu było, już czuło się to wszystko.

Advertisements

One thought on “It’s times like these you learn to live again

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s