Flirting with disaster

Baba wzięła się za twarz, uprawia kurcgalopek dookoła przedmieścia, z żalem spogląda na węglowodany i smętnie chrupie rzodkiewkę. Wprowadziła system kar i nagród. Dotychczas system lubił być upraszczany do samych nagród. I komu to przeszkadzało…

Radio dziś rano mówiło o technikach podrywania. Słuchając jednym uchem, zamyśliłam się nad kawą (z chudym mlekiem, toż to godności ludzkiej urąga – ale co poradzę, mam takie dziwactwo, że czarną umiem wypić tylko w domu, z własnej maszynki; na mieście, w gościach i w pracy zawsze z wybielaczem). Wielkie nieba. Dotarło do mnie, że nie podrywałam nikogo od, uwaga, uwaga, pięciu lat.
Pięciu lat.
A tamten podryw, sprzed pięciu lat właśnie, był dość niestandardowy. Trudno właściwie powiedzieć, kto kogo uwiódł – tak czy inaczej, sprawy potoczyły się lotem błyskawicy i zanim się zorientowałam, byłam całkowicie obezwładniona. Do tej pory uważam, że siły wyższe maczały w tym palce.
I to był ostatni raz, gdy bawiłam się tymi klockami.
Byłam w tym dobra za młodu. Może tylko trochę zbyt śmiała, bo nigdy nie udało mi się zrozumieć, dlaczego to mężczyzna ma mnie zdobywać, a ja mam pokornie siedzieć, czekać i dostawać rozległego zawału serca przy każdym piśnięciu nadchodzącej wiadomości. Nie nadaję się na księżniczkę w wieży. Co więcej – nie znoszę niejasnych sytuacji, gierek, podchodów, zachodzenia w głowę, czyj teraz ruch. Tym samym wielokrotnie przejmowałam inicjatywę, z powodzeniem nikłym lub ogromnym. Pomimo kilku żałosnych wtop wierzę, że lepiej próbować. Można wygrać.
Owszem, to przyjemne, ale niekiedy myślę, że byłoby o tyle prościej i zdrowiej, gdyby całe polowanie sprowadzało się do czegoś w stylu – ty mi się podobasz, ja ci się podobam, chodźmy do domu.
Mimo wszystko cieszę się, że to już nie moje buty, przynajmniej chwilowo nie. Bez dwóch zdań przybyłoby mi siwych włosów, gdybym miała znów grać w te rozmówki – a często tu bywasz? a czy może masz pieska? co robisz w wolnych chwilach? ach, nie masz wolnych chwil… Za chińskiego boga nie chciałabym ponownie przechodzić przez cały ten rytuał uśmiechów, spojrzeń, wieloznacznych dialogów i zamartwiania się, że mija trzeci dzień, a on nie dzwoni. A może mu się nie spodobała moja sukienka. A może jednak ma inną. A może powiedziałam coś nie tak. A może jednak ma inną. A może jest gejem. A może jest popaprany. A może ma inną.
Pomyśleć, że pakujemy się w to na własne życzenie, w ciemno na ogół, bez planu, bez nadziei czasem nawet. Lecimy jak rasowi kamikaze.

Dziś usłyszałam, gdy wracałam do domu, oglądając się co chwila na pięknie zachodzące słońce. Pasuje do wątku.

Reklamy

4 thoughts on “Flirting with disaster

  1. No,,bez przesady w Japonskich Cesarskich Airforce
    nigdy kobiety nie byly pilotami,,,
    Ewentualnie co najwyzej mogly zec „lecimy,,,na ,,kamikaze”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s