My mic sounds nice, check one, check two

Chcieli państwo kiedyś mieć swój zespół rockowy?
Bo ja tak, bardzo. Trudno się dziwić, skoro dorastałam wśród kolesi w skórzanych spodniach, którzy potrafili godzinami kłócić się o najlepszą płytę Black Sabbath.
Jednego z nich ostatnio usłyszałam w Trójce. Ucieszyłam się bardzo.
Oczywiście zawsze chciałam być frontmanem. Jak mawia z westchnieniem przyjaciel pana i władcy – frontmani zawsze mają lepiej. No pewnie, że mają. Najsłabszym powodzeniem cieszą się ponoć basiści, acz osobiście uważam, że to wielce niesprawiedliwe.
Frontmanem nie zostałam, bo śpiewać co prawda się uczyłam, ale bardzo się wstydzę i publicznie za żadne skarby świata nie zapieję. Gitarę nawet miałam w czasach nastoletnich, niemniej nie wyszłam poza etap brzdąkania, czego bardzo żałuję. Pan i władca potrafi to narzędzie obsługiwać, jest nawet dumnym posiadaczem trzech takich, toteż widzę w nim pewne nadzieje na naprawienie błędów młodości, ale wykręca się gamoń, że nie będziemy po nocy hałasować.
Bębny – o, bębny też mnie kręcą.

Przydługi ów wstęp nie bez przyczyny.
Pojechałam do teatru. Ludowego, w Nowej Hucie. Obejrzeć spektakl, który zapewne nie zdobędzie nobilitujących nagród, ale już ma coś cenniejszego – uwielbienie publiczności. W Krakowie ona raczej sztywna jest, klaszcze na siedząco i raczej szybko, bo na tramwaj się spóźni, a tu, wielkie nieba, stojąca owacja była.
Opowieść jest prosta, ale nie o nią tu chodzi. Jeśli ktoś oczekuje wiwisekcji, subtelnego dowcipu i nawiązań do Petera Brooka, lepiej niech sobie w domu książkę poczyta. Bo to historia o czterech gościach, mężach i ojcach dzieciom, którzy upierają się przy graniu death metalu – na próbach, co piątek, w sali gimnastycznej. Mają słabe prace i kredyty, ale ciągle marzą o karierze, co im koło nosa przeszła. Znienacka pojawia się szansa, badziewna, ale szansa.
Kto nie poszedł w życiu na zgniły kompromis – ręka w górę. Nie widzę. To piszę dalej.
Ten właśnie zgniły kompromis jest początkiem opowiadanej historii i zarazem jej końcem, gwoździem do trumny… choć ten gwóźdź znowu, jak na ironię, staje się początkiem.
To jest bardzo dobrze zagrany spektakl. Zagrany dosłownie. Na bębnach, na strunach, na wokalu. Wszystkie numery na żywo. Panowie aktorzy łoją, aż miło. Zresztą naprawdę tworzą kapelę, zowie się Kurtyna Siemiradzkiego.
Żałowałam, że włosy mam ciasno związane, bo zamiatałabym nimi ochoczo.
Chyba pójdę znów.

Reklamy

4 thoughts on “My mic sounds nice, check one, check two

  1. ja nie rockowy, ja chcialam bluesowo/poetycko, cos jak Jakubowicz Martyna
    spiewam bardzo i owszem i do dzis a i publicznie sie nie wstydze, na gitarze brzdakalam (dramatycznie kiepsko), ale jakos te moje talenta nie zaprowadzily mnie na szczyty a teraz troche za pozno jakby i ograniczam sie do spiewania Mercedes Benz w zatloczonym irlandzkim pubie….

  2. nigdy nie chciałam mieć zespołu rockowego, za to zwykle chciałam, żeby konkretny członek zespołu miał mnie – z biegiem czasu oczywiście zespoły się zmieniały 😉

  3. Ja nie chciałem mieć zespołu rockowego, ja miałem zespół rockowy. A niebawem będę miał kolejny, już tylko perkusista (bo jeden poprzedni został szanowanym panem notariuszem a drugi się zapił) i…
    Sing me a song, you’re a singer
    Do me a wrong, you’re a bringer of evil
    The Devil is never a maker
    The less that you give, you’re a taker
    (jeśli znasz Black Sabbath – a podobno tak 😉 – to wiesz, co to ;P )

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s