Always laugh when you can, it is a cheap medicine

Właśnie mija tydzień, odkąd sączyłam na widowni gin w rosnącej nadziei, że pewne boskie stworzenie potknie się i spadnie prosto na mnie. Ależ ten czas zachrzania! Trzeba by chyba znowu dokądś pojechać?

Po tym, co wyprawiałam tu ostatnimi czasy, nie podejrzewam, by ostał mi się choć jeden czytelnik płci męskiej.
Niestety muszę napisać, że przez dwa ostatnie dni znowu zachwycałam się pięknym, roześmianym młodzieńcem. Absolutna rozkosz. Nie dość, że powabny jak cholera, buzia i tors prosto z reklam Armaniego, kolor oczu zniewalająco błękitny – to jeszcze kipi energią i ma takie poczucie humoru, że co rusz zwijałam się ze śmiechu. Mężczyzna, który potrafi przyprawić mnie o dotkliwy ból przepony, ma we mnie gorliwą fankę po wsze czasy.
Zwłaszcza, gdy tak serdecznie śmieje się z samego siebie.
Nigdy bym nie przypuszczała, że mój zakład jeszcze czymś mnie zaskoczy, a tu proszę, takie ciacho.
Jeśli o mnie chodzi, następny piątek również mogę spędzać, gapiąc się na przystojnego faceta. Mogę tak spędzać wszystkie piątki, aż kopnę w kalendarz. Droga opatrzności – rozważ proszę.
Zauważył, że przyglądam mu się z niedyskretną aprobatą, bo w pewnym momencie poczułam i na sobie zaciekawione spojrzenie. Posłaliśmy sobie kilka szerokich uśmiechów.
Dodajmy, że popołudnie minęło mi na tweetowaniu z jednym z moich ulubionych muzyków. Wymienialiśmy poglądy w temacie japońskich toalet… Rzeczywistość łatwo przerasta fikcję.
Owszem, dzieją się sprawy różne, niektóre brzydkie, ale powtarzam, narzekanie na moje życie byłoby wielkim grzechem. Uwielbiam je ostatnimi czasy.
Chyba zaczynam rozumieć, jak to działa.
Życie pokochane odwdzięcza się miłością.

I dlatego mało co tak wkurza mnie w ludzkim zachowaniu, jak kokieteryjne narzekactwo w stylu – mam takie wspaniałe życie, tak mi się wszystko udaje i czemu jestem taki nieszczęśliwy
Bo za dużo myślisz, człowieku.
Gwoli ścisłości – nie mam tu na myśli rzeczywistej depresji, która może zdarzyć się i komuś wiodącemu cudownie udany żywot, ale nieustające pojękiwania z kanapy. Och, ach, gdzież sens mojego życia. Nie wiem, no. Rusz dupę i wyjdź z domu go szukać.
Owszem, też mi nieustannie towarzyszy poczucie wiecznego niedosytu – i czasem wkurwia mnie, frustruje, ale przecież ono właśnie mnie napędza. To moje paliwo.
Wiem, łatwo mi mówić, bo należę do tych bezrozumnych istot, dla których szklanka zawsze w połowie pełna. Odkąd pamiętam, jestem ortodoksyjną optymistką lubiącą sięgać po to, co jej się akurat zamarzyło. Miks Pollyanny i Holly Golightly, tańczący do upadłego na balu nad bale, szybujący beztrosko. Usłyszałam kiedyś, że optymizm jest cechą ludzi głupich. Możliwe, ale wolę być głupia w ten sposób, niż nieustannie grzebać w sobie w poszukiwaniu nowych problemów i powodów do niezadowolenia. Po cóż wpuszczać sobie pod skórę taką truciznę?…

Reklamy

3 thoughts on “Always laugh when you can, it is a cheap medicine

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s