The sole cause of man’s unhappiness is that he does not know how to stay quietly in his room

Few seconds in life are more releasing than those in which a plane ascends to the sky (…). Suddenly, accompanied by the controlled rage of the engines, we rise fluently into the atmosphere, and an immense horizon opens up across which we can wander without impediment. A journey that on earth would have taken an afternoon can be accomplished with an infinitesimal movement of the eye.
And to think that all along, hidden from our sight, our lives were that small: the world we live in but almost never see, the way we must appear to a hawk and to the gods.
The plane’s engines show none of the effort required to take us to this place. They hang in there in the inconceivable cold, patiently and invisibly powering the craft, their sole requests, painted on their inner flanks in red letters, being that we do not walk on them and that we feed them ‚Oil only: D50 TFI S4’.

Alain de Botton, „The Art Of Travel”. Książka, którą często podróżujący zamażą ołówkiem na amen. Mój egzemplarz jest zmoczony, zapiaszczony, okładkę ma nieco zmiętą od wielokrotnych prób wciśnięcia go do pełnego plecaka.
Mnie też fascynują silniki i skrzydła; ich wytrwały wysiłek, żeby zanieść mnie tysiące kilometrów dalej. Białe korytarze o ścianach jakby z papieru, na końcu których czekają otwarte drzwi i służbowy uśmiech; już nie można zawrócić. Fotel, słuchawki, poduszka w jednorazowej poszewce, cukierek do possania przed startem, najbliższe wyjście awaryjne może znajdować się za państwa plecami. Ryk i drżenie zmieniające się gwałtownie w cichy, jednostajny szum. Świadomość, że za kilka godzin przejdę kolejnym korytarzem i z – zawsze tym samym – niedowierzaniem pomyślę, że jestem po drugiej stronie kuli ziemskiej; ja i moja walizka z przyklejonym kodem paskowym, moim nazwiskiem i napisem long transfer. Moment, gdy koła z piskiem szorują po pasie startowym (owszem, już lądowanie na tym lotnisku dostarcza niebagatelnych wrażeń, cóż dopiero samo miasto), a ogon tańczy z prawa na lewo; zwykle proszę o miejsce w ogonie, bo tam najlepiej czuć, jak ten dostojny olbrzym kołysze się w powietrzu. Niektórzy twierdzą, że w podróżach lotniczych nie ma poezji – ależ jest.
Ubóstwiam to.
Nawet wówczas, gdy mój oszołomiony organizm po czterdziestu godzinach na chodzie – przerywanych jedynie krótkimi drzemkami – pyta mnie słabym głosikiem: Eee… która jest godzina? Powiedz mi, która właściwie jest godzina? Przecież już była czwarta nad ranem, dlaczego znowu jest czwarta nad ranem?
Nie wiem, skarbie. Jakie to ma znaczenie?

The constant calls of the screen, some accompanied by the impatient pulsing of a cursor, suggest with what ease our seemingly entrenched lives might be altered were we simply to walk down a corridor and onto the craft that in a few hours would land us in a place of which we had no memories and where no one knew our name.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s