If you want to run cool, you got to run on heavy fuel

Przeczytałam sobie moje ostatnie notki i zauważyłam z bólem, iż stałam się do urzygu monotematyczna. Oto bowiem niepostrzeżenie tematem wiodącym stali się mężczyźni we wszystkich kolorach tęczy, we wszystkich smakach i rodzajach, piękni i piękniejsi, bliżsi i dalsi. Słodkie wzdychulenie i mokre sny.
Wyszło szydło z worka. Ot, główny obszar zainteresowań niżej podpisanej.
Oczywiście mogłabym robić to samo, co robiłam jako nastolatka, czyli udawać mądrzejszą niż jestem. Ględzić o literaturze, usiłować oglądać Greenawaya, nadużywać długich słów i tak dalej. Ale wiecie co? Nie chce mi się.
(Jeśli wszak jesteśmy przy ględzeniu o literaturze – bardzo mnie ucieszyła Nike dla Joanny Bator; to naprawdę wyśmienita powieść).

Poniedziałek jak w mordę strzelił.
Miałam dziś pracować w innej części miasta niż zwykle, wyjechałam zatem z domu półtorej godziny wcześniej – przezorny zawsze ubezpieczony – z czego godzinę, bitą jebaniutką godzinę spędziłam w korku. Nienawidzę się spóźniać, nigdy się nie spóźniam. Mało co stresuje mnie tak, jak myśl, że inni będą musieli na mnie czekać. Wpadłam do biura w ostatniej chwili i w stanie przedzawałowym.
Następnie popełniłam całą masę mniej lub bardziej spektakularnych wtop. Tak, wiem, świat jest teatrem, aktorami ludzie, ale czemu w tym teatrze nie ma zapadni?… Albo czemu nie gaśnie w nim gwałtownie światło, by protagonista mógł niepostrzeżenie zniknąć w ciemnościach za kulisami? Bez sensu.
Podczas zasłużonej przerwy na ciepłe mleko z kawą wlazłam sobie na pocztę, a tam mrożący krew w żyłach mail pod tytułem: 1st notification of a change in departure/arrival time of your flight. Ooo, nie. Nie znowu!
Mogło być gorzej. Przesunęli mi lot powrotny na nieco późniejszy poranek, to nawet dobrze, wyśpię się (naiwna, podczas ostatniej wizyty na Wyspach spałaś łącznie trzy godziny, przypominam).
((1st notification – ach, skoro to PIERWSZE powiadomienie, to znaczy, że zakładają kolejne)).

Gdy wracałam do domu z rozkoszną myślą, że zaraz zamknę za sobą drzwi, włączę radyjko, wezmę kąpiel i nic więcej dziś się nie wydarzy, moja kieszeń znacząco zawibrowała. Przeczytałam wiadomość i westchnęłam brzydko, na głos, nie bacząc, że idę ulicą. Przyjaciółka podjęła ważką decyzję i niestety poszła w moje ślady, to jest postanowiła zbanować rozum. Nie słyszymy cię, rozumie. Rozumie, próżny twój trud.
Martwię się. Wierzę w to, że instynktowne wolty wbrew pozorom mają swój głęboki sens – jeśli gwałtownie rzucamy nasz bezpieczny ogródek na rzecz dżungli, to znaczy, że nam w tym ogródku wcale tak znowu dobrze nie było, inaczej nie chcielibyśmy go opuścić.
Ale martwię się, bo nie chcę, żeby stała jej się krzywda.
No i wtedy będę musiała kogoś zrzucić z mostu.

Reklamy

9 thoughts on “If you want to run cool, you got to run on heavy fuel

  1. Już jakiś czas temu, podsumowując analizy wujka gugla, powiedziałaś, że najwyraźniej piszesz tylko o wódce i penisach. Więc po prostu trzymasz poziom 😀

    • ostatnio znowu przeglądałam statystyki. owszem, niestety trzymam poziom 🙂 czasami ktoś tu wpada z pytaniem o rozkłady autobusów na Sycylii, ale dominują jednak trafienia erotyczno-alkoholowe. wzdych.

    • „Morfina” dostała Nike czytelników – moim zdaniem wystarczy. i dalej moim zdaniem świetnie, że wybrano książkę, która 1) jest znakomicie napisana, 2) wciąga. ten drugi czynnik jest cholernie ważny, bo samo to, że ktoś świetnie bawi się słowami, to – ponownie moim zdaniem – za mało. szczerze pisząc, doczytałam „Morfinę” do końca tylko dlatego, że nie lubię porzucać książek.

  2. Ogródek może chce się porzucić i idąc za głosem serca porzuca, ale niestety dopiero potem dociera, że wyrwani z wypielęgnowanej trawki jesteśmy kompletnie nieprzygotowani do życia w dżungli… mówię to ja, która popełniła co najmniej dwa wypady do dżungli, aby wrócić poobijana, z malarią i grzybicą, pogryziona przez dzikie zwierzęta – a przede wszystkim okrutnie i boleśnie rozczarowana :)))
    Od tej pory trzymam się jednak bezpiecznego ogródka… ale przypuszczam, że wypady do tropików były mimo wszystko cenną nauką.
    Zakładam nikłą możliwość, że ktoś ucieka z ogródka i żyje sobie w dżungli jak Jane z Tarzanem… ale bliżej mi do 40-ki niż do 30-ki, gdy tak analizuję mentalnie swoich znajomych i ich losy – wychodzi mi, że jednak zwykle kończy się malarią (a przynajmniej wielką czkawką 🙂 ).

    • ja szósty rok w tej dżungli z tym Tarzanem siedzę (nawet podobny…), toteż jestem ostatnią osobą, która powinna mądrzyć się w temacie 😉 ale szczerze się martwię. inaczej, gdy żyje się tak od zawsze – a inaczej, gdy z dnia na dzień rzucasz się na główkę…

      • Można więc powiedzieć, że jesteś zaprawiona w bojach 🙂

        Gdy ja wchodziłam w dżunglę, byłam trochę taką „panienką z okienka”, a teraz z kolei chyba już stałam się życiowo „wygodna”, więc fotela na domek na drzewie nie zamieniam 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s