We have no audience but ourselves

Zdarza mi się czasem przeczytać coś, co wprawia mnie w osłupienie.
Jak mawiają młode internety – LOL WUT.
Przyznaję, odczuwam jakąś perwersyjną chęć obejrzenia tego. Tymczasem przede mną Boska Komedia (doskonały program w tym roku moim zdaniem) i przyszły weekend w kilku szacownych londyńskich instytucjach. Obawiam się, że naczytają się państwo trochę o teatrze. I żywię pobożną nadzieję, że moje recenzje nie będą wyglądały tak, jak ostatnia, którą tu opublikowałam, czyli: byłam w teatrze, bardzo było pięknie, sztuka raczej urocza i chyba całkiem wielu aktorów w niej grało, ale nie wiem, bo patrzyłam tylko na jednego i liczyłam, że się wywali i na mnie spadnie, jaki śliczny, och ach, gdzie moje sole trzeźwiące ❤ ❤ ❤ – i tak przez 6300 znaków ze spacjami.
Z drugiej strony… właściwie dlaczego nie?
Kto powiedział, że musi być sierioznie, z długimi słowami, nawiązaniami do Grotowskiego i od początku do końca na temat?
(Zasadniczo tamta niesławna notka była od początku do końca na temat, tylko nie na ten, który sobie uprzednio założyłam).

No właśnie, skoro już mowa o tym, jak powinna wyglądać recenzja. Czytałam sobie ostatnio różne mądre instrukcje o tym, jak należy blogować. Wiecie – o czym pisać i w jaki sposób, jak przyciągać uwagę, jakich grzechów nie popełniać, rola blogera we współczesnym świecie itepe. Było to wszystko napisane z tak śmiertelną powagą, jakby chodziło o Bóg wie jak wpływowe medium.
Ojejku. Czy my, Ziemianie naprawdę do wszystkiego musimy dorabiać ideologię?
Zgoda, blogi to też środki przekazu, ale bardzo niewiele z nich ma dostrzegalną siłę rażenia. Większość to po prostu wynurzenia człowieczka, który lubi pisać i akurat ma trochę wolnego czasu. I, co istotne, lubi interakcję z człowieczkami po drugiej stronie światłowodu.
Jak przyciągać uwagę? A po co? Nigdy nie chciałam mieć wielu czytelników i nigdy o nich szczególnie nie zabiegałam – choć ogromnie cenię tych, których mam. Cenię i podziwiam za hart ducha.
Będąc dyplomowanym socjotechnikiem i blogerem z 12-letnim stażem niby wiem, jak sterować zainteresowaniem. To nie jest trudne. Niemniej to miejsce jest moim urlopem od rzeczywistości. Kontrowersji nie budzę, w awantury się nie wdaję, nie wyłażę do knajpy tylko po to, żeby o tym napisać. Internetowa sława trwa, ile trwa i bywa mieczem obosiecznym, więc moim zdaniem szkoda energii. Mój blogasek nie ma myśli przewodniej – piszę o tym, co akurat przyjdzie mi do głowy, starając się skupiać raczej na uciechach, za dużo wszak narzekactwa dookoła. Nie jestem wybitnym specjalistą w żadnym z najczęściej przeze mnie poruszanych tematów, nie uważam się za fachowca od podróży, książek ani gór, acz staram się pisać o tym, o czym mam przynajmniej mgliste pojęcie – za dużo obcuję z ludźmi, którzy chętnie mówią o sprawach kompletnie im nieznanym. Cieszę się, że ktoś tu trafia, bo zapytał wujka Google o coś konkretnego, choćby o mapę tokijskiego metra lub o to, czy lody na Starowiślnej już otwarte (to pytanie legendą obrosło, co roku wiosną widzę je w statystykach) i znalazł odpowiedź. Każdy lubi być czasem potrzebny, prawda? Ale gdy ktoś wraca tu, by dowiedzieć się, co ta szalona baba znowu wymyśliła, też się cieszę.
Gdyby nie wracał, zapewne nadal bym pisała. Mam taki wewnętrzny przymus.
Nie wiem, no. Blog jest trochę jak ściana w sypialni. Moja sprawa, co na niej powieszę.

Zdruzgotała mnie wieść, że Ben Whishaw jest gejem. Echhh. O jednego potencjalnego męża mniej.

Z cyklu ‚za co kocham brytyjskie teatry (poza aktorami)’ – Harold Pinter Theatre właśnie przysłał mi mail z pytaniem, czy życzę sobie zostać dodana do listy gości ichniego baru i dostać drinka przed spektaklem. No, nie wiem. Życzę sobie?…

Reklamy

9 thoughts on “We have no audience but ourselves

  1. Fajne recenzje pisze Królowa Matka, znasz?
    A i niektóre moje były całkiem do rzeczy, choć bardziej na poważnie 😉

  2. co do blogów – masz zupełną rację. takie dorabianie do blogowania jakiejś ideologii (powstala nawet książka ponoć jak pisać bloga 😀 i jak sie dobrze sprzedać) to już lekka przesada. Ja tego zupełnie nie kumam.

    Drinka sobie życz. w takim miejscu grzechem byłoby odmówić 🙂

    i pisz dalej tak jak chcesz, i to co chcesz bo jakkolwiek to nie zabrzmi robisz to świetnie.

    • odpisałam im, że oczywiście sobie życzę 🙂 za kanałem La Manche spożycie przed lub w przerwie przedstawienia jest czymś całkowicie normalnym i uważam, że u nas też powinni to wprowadzić. po pierwsze miło zanurzyć się w klimat, sącząc gin, po drugie czasem łatwiej na rauszu znieść to, co przychodzi nam oglądać…

      i uprzejmie dziękuję 🙂

    • bez dwóch zdań 🙂
      i takie właśnie drobiazgi sprawiają, że teatr przyciąga do UK więcej turystów niż wydarzenia sportowe. chciałabym, żeby nasze sceny miały taki PR.

  3. Jeśli chodzi o blogi, to uważam że jest to jedyne słuszne podejście. Kiedyś lubiłam czytać Segrittę na przykład, a teraz znieść nie mogę jej pogadanek w eksperckim tonie…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s