A bit of a smiler

Ostrzegam.
To jest ten moment, gdy należy wykonać z głośnym plaskiem facepalm i pośpiesznie zamknąć okno przeglądarki. Zróbcie to od razu, nim będzie za późno. Bo zaraz tu będzie taka budynioza, że was zemdli i stracicie resztki poważania dla mojej skromnej osoby, jeśli jakiekolwiek jeszcze macie.

Słowo wstępu dla niezorientowanych – otóż w lipcu minionego roku również byłam w Londynie. Tak się złożyło, że poszłam do teatru i nie wyszłam sobą. Z wrażenia aż się zgubiłam w drodze powrotnej do hotelu.
Gdy planowałam tę ostatnią wycieczkę z początkiem grudnia, nie miałam pojęcia, że jedna z atrakcji niespodziewanie okaże się dużo bardziej atrakcyjna ze względu na to, kto śmiało podjął się jej reżyserii. Dowiedziałam się tydzień przed wyjazdem i prawie spadłam z krzesła.
Że niby mam przesiedzieć parę godzin zamknięta w jednym pomieszczeniu z tą istotą? Motyla noga, musiałam zrobić coś bardzo dobrego w poprzednim życiu.
Po bajkowym, śnieżnym piątkowym wieczorze i sobocie spędzonej z obłędnym seryjnym mordercą nadeszła czarownie słoneczna niedziela. Nasza bohaterka przywdziała swój malinowy róż, wytuszowała rzęsy, wetknęła słuchawki w uszy i pomaszerowała w stronę światła, żeby sobie pooglądać. Przedstawienie. W pewnym sensie. A że dotarła na miejsce zbyt wcześnie (bo szła pieszo, zamiast jechać metrem i sądziła, że to dużo dalej), zajrzała jeszcze do Tate Modern i postawiła sobie lampkę wina w wielce przyjemnej knajpeczce w Sackler Studios. Właściwie to była szklanka, bo tam wino w szklankach podają. Dobrze robią.
Już kiedyś pisałam o tych performances with scripts, prawda? Ja wiem, to nie jest dla każdego interesujące, bo ludzie o zdrowych zmysłach nie spędzają niedzielnych popołudni, oglądając napisane 300 lat temu tragedie, na domiar szczęścia zainscenizowane w ciągu 5 godzin. Garstka niezdrowych płaci dychę, żeby sobie posiedzieć w kiepsko ogrzewanym, wątpliwej urody pomieszczeniu, w atmosferze dość familijnej i popatrzeć, jak aktorzy wzbijają się na wyżyny absurdu – to do złudzenia przypomina domową zabawę w teatrzyk – a obserwujący całe zdarzenie reżyser gryzie palce.
Dosłownie. Gdyby panie widziały, jak on sobie bezwiednie wkłada palec wskazujący do buzi i przygryza, o przyjdź Panie Jezu… To dopiero jest fascynujący spektakl, wszystkie te minki, próby naciągnięcia dolnej wargi na nos i szarpanie się za włosy. On jest przekomiczny.

Zwykle unikam miejsc w pierwszym rzędzie – panicznie boję się interakcji, bardzo się wstydzę. Byłam raz na przedstawieniu, świetnym zresztą, podczas którego protagonista wszystkie monologi wygłaszał do mnie; wyszłam zdeprymowana, zestresowana i potwornie zmęczona.
Szkopuł w tym, że tym razem nie miałam wyjścia, co skonstatowałam ze szczerym przerażeniem. Reżyser perfidnie ustawił krzesła dookoła. Przechodnie zerkający przez okna pewnie sądzili, że to jakaś cudaczna forma terapii grupowej. Niemniej tym sposobem bardzo, bardzo nieliczna publiczność widziała nie tylko aktorów, ale i siebie nawzajem.
Tym również sposobem przez blisko trzy godziny mogłam patrzeć na siedzące parę metrów dalej arcyurodziwe bóstwo, które było tak zafrasowane przebiegiem spektaklu pod jego batutą, że międliło zapamiętale swoje niedogolone policzki, wyrywało sobie grzywkę lub zarzucało nią zalotnie, marszczyło się na dwieście sposobów, szczypało w podbródek, czerwieniło jak panienka, chichotało zaraźliwie lub wybuchało wdzięcznym gulgotem, słało nieznośne uśmiechy i strzelało oczami do widowni, która bardzo wówczas cierpiała, bo czuła się, jakby jej przypiekano źrenice rozpalonym żelazem, a jednocześnie niebezpiecznie dryfowała w kierunku fazy plateau.
Koszmar.
Ten szczególny typ koszmaru, z którego bardzo nie chcecie się obudzić.
Tylko ten sweterek musi odejść. Przez grzeczność nie podlinkuję sweterka. Z drugiej strony z tak ujmującą powierzchownością to sobie można nawet w worku pokutnym paradować.

Owszem, byłam niesłychanie zajęta wymianą spojrzeń i zupełnie nie pamiętam, w jaki sposób po wszystkim znalazłam się z powrotem w Camden, ale wbrew pozorom zarejestrowałam, o czym traktowała sztuka. No, mniej więcej (w dużej mierze dlatego, że przeczytałam ją wcześniej…). Była sobie owdowiała księżna, której wredni bracia nie pozwalali wyjść ponownie za mąż, więc postanowiła zrobić to w sekrecie – a potem wszyscy po kolei się wymordowali. Zapewne nie zdziwi was to, że podczas sceny straszliwej, podwójnej zbrodni i agonii zabijanych zgromadzeni kwiczeli ze śmiechu, łącznie z wykonawcami. I reżyserem, który siedział z twarzą w dłoniach i cały się trząsł, co rusz błyskając przez palce roześmianym czekoladowym okiem. Eee. O czym to ja? No, więc wszyscy się wymordowali, tylko księżna – inaczej niż w oryginale, taki mały twist – przeżyła, by wygłosić do kobiet monolog o tym, jak to nie należy pokładać nadmiernej wiary w facetach.
Święta Dymfno. Nie wiem, czy będę chciała zrobić to sobie jeszcze raz.
Chyba mam chorobę popromienną.

A teraz zapomnijcie o tym, co przeczytaliście. Wpis ulegnie samozniszczeniu za 5 sekund.

Reklamy

4 thoughts on “A bit of a smiler

  1. „Po wszystkim” oznacza tylko to, co było napisane wyżej, czy jest to bardziej dosłowne „po wszystkim? ;> ;P

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s