If the real world were a book, it would never find a publisher

Mam pobożną nadzieję, że ten żarliwy list to fejk, bo jeśli nie, to czas się załamać. Co prawda moja kuzynka, wykładowca akademicki, opowiadała mi wiele podobnych historii, ale wolę się łudzić.

Po pierwsze primo – nigdy nie wiadomo, jaka wiedza nam się w życiu przyda. Bo nawet, jeśli w życiu zawodowym filozofia jest mi średnio potrzebna (chyba że jest piątkowe popołudnie i stężenie absurdu w klimatyzowanym powietrzu rośnie), to skąd mam wiedzieć, czy jutro nie spotkam olśniewająco przystojnego wielbiciela świętego Tomasza z Akwinu? Z drugiej strony już wolałabym wielbiciela Nietzschego, biorąc pod uwagę teorie wspomnianego Tomasza na temat kobiet.
Po drugie primo, nie znam człowieka, który nie musiałby na studiach zdawać egzaminu absolutnie durnego. Albo u wykładowcy, który wymagał wrycia zawartości podręcznika na pamięć i recytowania słowo w słowo. Albo u takiego, o którym było wiadomo, że ma jakąś dziwaczną słabość do pewnego tematu i niezależnie od tego, czego dotyczyłoby pytanie, należy o ten temat zahaczyć. Albo takiego, który na ustnych pytał o bzdurny szczegół ze strony 345 w powieści, która ma stron 728, więc człowiek przed egzaminem w panice notował, co bohater trzymał w ręce i którą ulicą szedł. Każdy z moich znajomych taką próbę ognia ma za sobą. Żaden w środku nocy z wrzaskiem się nie budzi. Dekadę później przynajmniej jest z czego zaśmiewać się przy piwie.
Po trzecie primo, po studiach człowiek na ogół idzie do pracy, a tam ma egzaminy nawet pięć razy w tygodniu i szanse przygotowania się do nich zwykle są niewielkie. Zawsze znajdzie się ktoś, kto znienacka zada pytanie, na które nie zna się odpowiedzi.
Ten cały Platon, co to go pani studentka uważa za nieaktualnego, stwierdził, że największym nieszczęściem w głupocie jest to, że człowiek nie będąc ani pięknym i dobrym, ani mądrym, uważa, iż mu to wystarcza.

Skoro mamy piątek – pozwolę sobie trochę poprzynudzać.
W marcu, moi mili, obowiązkowo jedziemy do Katowic. Jedziemy i oglądamy. To będzie hicior bez dwóch zdań, ale spójrzcie na ten plakat… Jako wielka fanka Grupy Janowskiej jestem zachwycona, chcę mieć to na ścianie – i będę miała.
A poza tym znowu wzdycham tęsknie, żeby być tam, bo tam dzieją się fajne rzeczy. Makbet z szukaniem duchów po piwnicach i zbiorowym noclegiem na 27. piętrze (Naosei, to może na to się wybierzemy? Jedzenie dają); szekspirowski teatr, w którym nie ma scenografii ani kostiumów, ale za to aktorzy podkradają rekwizyty widowni czekającej w barze przed spektaklem – niezłe, co?
No, ale mnie tam nie ma. Czytaliście może wyśmienite książki Jaspera Fforde’a, które z niepojętych przyczyn przestano wydawać w Polsce? Ich bohaterka, pani detektyw Thursday Next podróżowała grawitubą, takim jakby pociągiem, który pędził tunelem przechodzącym przez środek Ziemi i pozwalał w mgnieniu oka dostać się na drugi koniec świata. Bardzo chciałabym, żeby wreszcie coś takiego wynaleziono. Chociaż… Gdyby człowiek mógł bez najmniejszego wysiłku znaleźć się w dowolnym miejscu i uczestniczyć w dowolnym wydarzeniu, nie byłoby całej zabawy. Raczej coś w rodzaju śmierci z przejedzenia.

Reklamy

6 thoughts on “If the real world were a book, it would never find a publisher

  1. potwierdzam, znajomość filozofii jest niezwykle przydatna. swojego pierwszego w życiu faceta wyrwałam na Schopenhauera.
    (próbowałam wcześniej jednego na Kanta i jego „niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie”, ale mnie zupełnie opacznie zrozumiał i znajomość pozostała platoniczna. na szczęście z kolejnym Schopenhauer zadziałał).

  2. Za szkodę spowodowaną przez rysia w pogłowiu zwierząt gospodarskich w okresie wschodu do zachodu słońca:
    a) nikt nie ponosi odpowiedzialności
    b) odpowiada Skarb Państwa reprezentowany przez wojewodę RDOŚ
    c) odpowiada Skarb Państwa reprezentowany przez organ
    d) odszkodowanie może przyznać tylko Prezydent RP

    Ja się zgadzam, że filozofów dobrze jest znać. Ale proszę mi wierzyć, studiowanie prawa to przygoda sama w sobie. 🙂

  3. Jaaaasne….Najlepiej wcisnac wszystkiego po trochu do programu studiow, a nuz spotkam zabojczo przystojnego muzyka, ktory cierpi na nieuleczalny bol egzystencjalny i padnie mi do stop jesli porusze temat jakiegos przynebiajacego filozofa. Zgadzam sie, ze ci studenci sa zenujacy, ale pod tym wzgledem nie roznia sie od polskiego systemu edukacji (wlaczajac uniwerystety), wiec idealnie wtapiaja sie w otoczenie. Nie rozumiem szoku. Caly system to masowa produkcja kretynow; jak powiedzial John Cleese „if you’re very very stupid, how can you possibly realize that you are very very stupid? You’d have to be relatively intelligent to realize how stupid you are”.

    • Nie jestem zwolenniczką winienia systemu za własną indolencję czy lenistwo. Myślącemu studia nie zaszkodzą, głupiemu nie pomogą. Może po prostu nie każdy musi tym magistrem być, zwłaszcza jeśli stroni od książek.
      Jasne, że ludzie uczą się na studiach wielu nieprzydatnych bzdur. Pytanie tylko, czy podstawy filozofii też do tych bzdur należą, bo dla mnie to ta sama półka, co choć bazowa znajomość historii powszechnej. Przynajmniej dla kogoś, kto chciałby o sobie mówić, że jest wykształcony.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s