Oczy jak tunele i zupełnie ludzkie zwierzę

W Krakowie nie dzieje się nic ciekawego. Leje, więc na zmianę odwołują i przywołują zagrożenie powodziowe (och, wspomnień czar – cztery lata temu znalazłam się w tej grupie wybrańców, którzy utknęli w domach na kilkanaście długich godzin, gdyż na sąsiednich ulicach można było w wodzie brodzić), a nieszczęsne studenty w związku z tym nie świętują Juwenaliów na mieście, tylko mi ryczą przez ścianę. Toteż mogę ze spokojem jechać dalej z tym monotematycznym koksem.

Jako że powciskałam sobie w mój urodzinowy weekend atrakcji co niemiara, musiałam tu i ówdzie przyciąć koszty. Trafiło na hotel. Zamiast zatrzymać się tam, gdzie zawsze, wybrałam coś na krańcach mapy i to był duży błąd. Najpierw nie mogłam wejść, bo recepcjonista dokądś sobie poszedł. Im dłużej go nie było, tym bardziej nerwowo spoglądałam na zegarek; w torebce siedział mój szczęśliwie dorwany bilet na Widok z mostu i bardzo nie chciałam się spóźnić. Wreszcie recepcjonista się objawił, łypnął na mnie strasznie, jakby mój przyjazd zepsuł mu cały piękny plan na wieczór i poinformował mnie angielszczyzną umiarkowanie atrakcyjną dla ucha, że wymeldowanie do południa. Jasne.
Obejrzawszy sobie mój uroczy pokój, stwierdziłam, że im mniej czasu w nim spędzę, tym lepiej dla mojego i tak kruchego zdrowia psychicznego – i oddaliłam się w podskokach na południowy brzeg.

Widok z mostu to bardzo mocna, przykra opowieść o krawędzi, na którą wiodą nas nasze obsesje i o tym, jak wielką krzywdę jesteśmy gotowi wyrządzić w dobrej wierze.
Jest taka niesamowita, piękna i przerażająca scena w tym spektaklu, gdy na pochyloną w ciasnym uścisku rodzinę spływa deszcz krwi. Trudno powiedzieć, czy oni ze sobą walczą, sczepieni jak zapaśnicy, czy też wspierają się nawzajem. I Strong, oczywiście – jakie nazwisko, taki człowiek. Kawał chłopa, z dudniącym, niskim głosem i przeszywającym spojrzeniem (narrator mówi o jego oczach, że są jak tunele i to prawda), sensualny i kipiący męską agresją, szarpiący się z samym sobą. Ten spektakl jest bardzo surowy – żadnej scenografii, tylko niewielka scena ogrodzona niskim płotkiem z pleksi, żadnych wymyślnych kostiumów (jedna osoba, nastoletnia siostrzenica głównego bohatera, który żywi do niej cokolwiek dwuznaczne uczucia, jest ubrana bardziej kolorowo – ale tylko do pewnego momentu), wszyscy boso. Swoją drogą to dziwne, jak taki mały, banalny zabieg – zdjęcie butów – robi z nas znacznie bardziej bezbronnych i zmysłowych zarazem.
Krytycy pospołu z internetami piali nad tym przedstawieniem z zachwytu. Doskonale to rozumiem. We wzajemnych relacjach ludzi, których tragiczną historię się ogląda, jest tyle niezdrowego napięcia i tak duży ładunek emocji, że widz siedzi na brzeżku krzesła, coraz jaśniej uświadamiając sobie, że zaraz nastąpi katastrofa.
Wracałam do hotelu w dość posępnym nastroju – i nie dlatego, że hotel był, jaki był, tylko dlatego, że nieźle mną trzepnęły te dwie godziny.

W sobotni poranek wstałam i czym prędzej wyszłam, przy czym recepcjonista i tak zdążył zabić mnie wzrokiem.
To był doskonały dzień. Nieważne, że wiało i padało ze wszystkich stron jednocześnie. Podreptałam jeszcze raz na Once, znowu się poryczałam i znowu bez najmniejszej krępacji, bo wszyscy ryczeli. W ramach wiśni na torcie spotkałam się z dawno niewidzianą znajomą, cudowną kobietą i zjadłyśmy bardzo przyjemny libański obiad, a później udałam się na – zalany deszczem, a jakże – Sloane Square. To taka część Londynu, gdzie stężenie bentleyów, lansiarskich mokasynów i sklepów z zastawą stołową o wartości daczy nad morzem jest nieco przyduże. Czyli doskonałe miejsce, by wystawiać sztukę o arcybogatej supergwieździe i jej życiu w bańce mydlanej.
wpid-dsc_0006_102.jpg.jpeg
Jak napisałam uprzednio – inni ludzie z Andrew Scottem grający są w dość nędznej sytuacji, bo publiczność po prostu nie zwraca na nich uwagi. Chłopak mógłby nie odzywać się ani słowem przez parę godzin, siedzieć w kącie i obierać ziemniaki, a i tak wszyscy przyglądaliby się mu z zapartym tchem. Hipnotyzuje publiczność i ciągnie z niej energię – i sporo własnej oddaje. Niesamowita chemia. Jest taki moment, zaraz na początku, gdy wpatruje się w widownię – w didaskaliach napisano, że robi to tak, jakby patrzył w lustro i rzeczywiście tak jest; zawiesza wzrok na twarzach widzów i uśmiecha się z zadowoleniem. Spojrzenie ma jednocześnie aroganckie i całkowicie puste. Jakby za tymi czarnymi oczami nie kryło się nic, żadna myśl, poza samouwielbieniem.
To nie jest typ, którego się lubi (choć problem ze Scottem polega na tym, że on wzbudzałby jakąś dziwną sympatię nawet, gdyby mordował kocięta). Właściwie to jest dość odpychający – jego sposobem na okazywanie ludziom uczuć jest obdarowywanie ich. Kupić ci coś? Buty? Samochód może? A może po prostu dać ci parę tysięcy? To bardzo groteskowa gwiazda, butna, kapryśna, wykorzystująca sławę bez skrupułów, zabawiająca się ludźmi w dowolny sposób, bo wie, że najbardziej żałosne zachowanie zostanie jej wybaczone. Ma ochotę na brzoskwinię, tylko żeby była ładna i rumiana. Brzoskwiń w Rosji (historia zaczyna się od koncertu w Moskwie) nie uprawiają? To niech lepiej zaczną. Upragniony owoc gryzie raz i wyrzuca, już mu wystarczy, już mu się znudziło, już chciałby coś innego. Najlepiej helikopter. Kobiety lgną jak muchy do miodu. Wszystkie. Ukochana najlepszego przyjaciela też, ale pech chce, że po schadzce dziewczyna popełnia samobójstwo. Wtedy w pięknej, błyszczącej rzeczywistości pojawia się pierwsza rysa. Jak łatwo się domyślić, przesiadywanie na szczycie świata wiecznie trwać nie może, więc nasza gwiazda zostanie z niego brutalnie zepchnięta – ciężko zapracowawszy na upadek. I pod koniec jakimś cudem nawet zaczynacie bohaterowi współczuć. Bo pod tym całym nieznośnym blichtrem wreszcie widzicie przerażonego człowieka, jeszcze nie do końca świadomego, co właściwie się z nim stało.
To nie było tak przejmujące, jak liczyłam, że będzie. Tekst napisał Simon Stephens, autor łamiącego serce Sea Wall, więc miałam nadzieję, że mnie to przeciągnie za włosy po podłodze, ale nic takiego się nie stało. Historia nie jest też nowa; każdy słyszał o ludziach, którzy tak się zachłysnęli sukcesem, że nawet nie zauważyli, jak ich zeżarł. Co nie zmienia faktu, że było to stylowe, gorzkie i przyjemne dla oka, ze sceną powoli tonącą (razem z bohaterem) w ciemnej cieczy.

Cieszę się bardzo, przebardzo, że mogłam to wszystko na własne oczy zobaczyć, na własnej skórze poczuć te dreszcze, śmiać się, rozmazywać tusz do rzęs i gryźć palce. To był doskonały prezent urodzinowy.
Jak na odwołany urlop, chyba poszło całkiem nieźle, co?

Gdy się wymeldowywałam, recepcjonista oglądał telewizję. Tym razem obyło się bez morderczych spojrzeń; był zbyt zajęty gapieniem się w operę mydlaną, by mnie zauważyć. Mogłam wymknąć się niepostrzeżenie.

W kolejnym wpisie powróci na chwilę mój ulubiony Globe, ale w… nieco innym kontekście. Może być trochę, hm, opisów przyrody. Postaram się ograniczyć je do niezbędnego minimum, niemniej z góry przepraszam, jeśli strumień mojej świadomości znienacka stanie się mętny, różowy i lepki.
Pamiętacie, jak po moim styczniowym rzucie choroby popromiennej przysięgałam, że nigdy więcej sobie tego nie zrobię? No. Cztery miesiące to prawie jak nigdy.

Reklamy

6 thoughts on “Oczy jak tunele i zupełnie ludzkie zwierzę

  1. Aha… jeszcze co to Widoku z mostu.. pomysł na tą scenografię genialny – żadnych zbędnych rzeczy , nic… tylko człowiek i jego emocje.. skupiasz się tylko na tym

    A co do Andrew – jezuuuuu boskie zdjęcia !!!!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s