Żywię się co dzień przejmującym szlochem

Zrobiłam dziś parę rzeczy kompletnie bez znaczenia dla ludzkości – i odebrałam nowe, kocie oprawki pingli z dużym znaczeniem dla mnie (wątpię, by ktokolwiek inny dowiedział się o ich istnieniu, bo nie noszę okularów poza własną kuchnią i sypialnią, na ogół wychodzę do narodu w soczewkach; ale do czytania się przydają) – po czym poszłam przez mokry, zimny Kraków na Edwarda II.

Jan Peszek to Jan Peszek, niebywała klasa. Nie ma o czym mówić w ogóle.
Ale – zgodnie z moimi przewidywaniami jego syn Błażej znowu wszystkim ukradł przedstawienie. Żywię pobożną nadzieję, że nie szuka siebie w internetach i nigdy nie znajdzie mojego blogaska, bo mam wielką ochotę wyznawać mu miłość przez parę tysięcy znaków (a wiecie, że potrafię to robić…). Jako królowa Izabela – bo tak się składa, że gra jedyną kobiecą rolę w tej sztuce, to w końcu epoka elżbietańska, kto wtedy wyobrażał sobie dziewczyny na scenie?… – jest absolutnie cudowny, komiczny, groteskowy i nieco przerażający momentami. To karykatura, ale taka, z którą wolelibyście nie mieć do czynienia. Najpierw przezabawna, później koszmarna.
Królowa Izabela była żoną Edwarda II, odtrąconą przez niego dla młodego, ślicznego kochanka. Muszę tu dodać, że młodzian obsadzony w podwójnej roli kochanka i syna Edwarda, student PWST pod wartym zapamiętania nazwiskiem Bartosz Bielenia jest naprawdę śliczny i w dodatku ma w sobie coś niepokojącego, coś, co każe wam myśleć, że pod tym urokiem kryje się jakaś ciemność – a to najlepsze z możliwych połączenie na scenie.
Izabela miała problem z przełknięciem odtrącenia, więc jęła spiskować z osobistym kochankiem, niejakim Mortimerem, żeby usunąć zarówno męża, jak i mężowski obiekt westchnień. Udało im się. W czasach Plantagenetów własnej rodzinie należało ufać najmniej, bo wyrzynali się na potęgę i każdy każdemu dyszał w kark.
Nie jestem obiektywna, bo w tym ascetycznym, surowym przedstawieniu grają moi ulubieni krakowscy aktorzy, ale ośmielę się stwierdzić, że to jedno z lepszych nie tylko w Starym, ale i w mieście ostatnimi czasy. Zresztą chłopak, który siedział obok mnie, widział je po raz drugi (a premiera była w minioną sobotę!) i ma już bilet na raz trzeci.

Gdyby ten Marlowe dożył przynajmniej pięćdziesiątki, nikt by nie pamiętał o Williamie S. No, ale dał się Christopher zacukać i zostało po nim tylko parę lekko kontrowersyjnych sztuk.

(Przyrzekam uroczyście, że kolejny wpis będzie o seksie i/lub narkotykach, już nie będę was tą teatrozą męczyć).

Reklamy

3 thoughts on “Żywię się co dzień przejmującym szlochem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s