Pink elephants and lemonade

Swoisty urok Kazimierza polega na tym, że knajpy mnożą się jak grzyby po deszczu, nowe zastępują stare, a w miejscach, w których do niedawna straszyła witryna z rozbitą szybą, nagle rozbłyskuje neon. Zostałam wezwana do takiej właśnie nowej placówki, sprytnie zresztą ukrytej i przeszłam obok niej wielokrotnie tam i nazad, pomstując, aż wreszcie zadzwoniłam z informacją, że oto stoję na tym właśnie rogu, gdzie miał być lokal, ale lokalu nie widzę, no jak jest jak nie ma, i czy może trzeba popukać w którąś ścianę albo rozpędzić się w jej kierunku?
– Poczekaj – słyszę w słuchawce. – Ja cię chyba widzę… Jezu, to ty! Widziałam jakąś blondynkę, jak biegała tam i z powrotem ulicą, ale cię nie poznałam! Jak to się stało, że ty masz takie długie włosy? I takie jasne?…

Kilka godzin umiarkowanie zdrowego hedonizmu, czyli niefiltrowane piwa, tokaj, śmiech do bólu brzucha, mokry bruk za oknami i cudowny bazar podróżniczych wspomnień. I wtem ktoś zabrzęczał:
– Tam nie ma po co jechać, za dużo Polaków.
Oczywiście.
Jak wiadomo, prawdziwie wielcy podróżnicy udają się tylko do Ürümqi, by stamtąd ruszyć na bezdroża Tasmanii. Rowerem i kanoe.
Nie znoszę takiego gadania. Włóczenie się poza utartym szlakiem jest bez dwóch zdań cudowne i wiem doskonale, że najlepiej jak najgłębiej zanurzyć się w nieznane środowisko, ale wcale nie trzeba wyruszać na odległe zadupia, żeby znaleźć skarby. Za to zamykając się w ględzeniu podobnego rodzaju, można bardzo wiele przeoczyć. Inna sprawa, że – pomijając rzadkie przypadki nawalonych w sztok, hałaśliwych osiłków w niesławnym wieczornym samolocie na Stansted – nigdy nie miałam szczególnego problemu z krajanami zagranico. Właściwie to nawet fajnie usłyszeć znajomy język albo pomachać z daleka spotkanym na moście ludziom, z którymi spędziło się parę godzin w podróży z Warszawy do Tbilisi.
Przypomina mi taka gadanina uprawiane w szkole snobowanie się na Cortazara, choć i tak było wiadomo, że wszyscy zaczytywali się „Jeżycjadą”.

Poza wszystkim wygląda na to, że wreszcie nauczyłam się piec. Weekend spędziłam w upojnym towarzystwie truskawek, cynamonu i budyniu (tym razem mam na myśli prawdziwy, taki z mleka). Od dziś ponownie jestem na diecie. Ewentualnie od jutra, bo jeszcze mi pół blachy zostało.
Tak, od jutra. Dziś jeszcze ze spokojem sobie zjem, oglądając wszystkie te umięśnione łydki w telewizorze.

Reklamy

3 thoughts on “Pink elephants and lemonade

  1. >>”Przypomina mi taka gadanina uprawiane w szkole snobowanie się na Cortazara, choć i tak było wiadomo, że wszyscy zaczytywali się „Jeżycjadą”. ”

    oj, niektórzy w swym przeżywaniu byli, bez wątpienia, autentyczni – moja siostra nagrywała czytane w 3-ce o 23.50 odcinki Książki dla Manuela i następnego dnia cytowała je obszernie z pamięci.

  2. Jesteś mondro kobieto, wezmę sobie do serca to, co napisałaś, i nie będę pomstować na Polaków, tylko robić i odkrywać swoje. Tym bardziej, że i tak wolę wycieczki bliższe niż dalsze, a im bardziej egzotyczne, tym mniej mnie podniecają.

  3. ja jak się nauczyłam piec, to wszystko wsadzałam do formy na babeczki
    czy to zapiekanka makaronowa, czy to murzynek – wszystko robiłam w takich mini wersjach
    😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s