Shagspear & Morelove

„Nor shall death brag thou”…
– Nor shall… death?! Why death? Don’t mention death!
– Death is good. Go on, „when in eternal lines to Time thou grow’st”…
– What does that mean?!
– Just say it…

I tak właśnie William S. tworzył sonety – powtarzając za kolegą.
Lepiej będzie dla was, jeśli nie przeczytacie tego wpisu, ale skoro już zaczęliście…

Gdy dowiedziałam się, że toto będą wystawiać, pomyślałam: motyla noga, spektakl na motywach hollywoodzkiej komedii romantycznej? Poważnie? Co będzie następne, Park Jurajski? Tyle ciekawszych rzeczy, nie idę.
Podczas, gdy zapierałam się, że nie będę chciała tego oglądać, opatrzność chichotała, zacierając ręce.
Konsekwencja. Moje drugie imię.

Żywiłam pewną obawę, że nawet jeśli ten spektakl okaże się niestrawny, nieoglądalny, męczący i nudny, będę zachwycona, oraz że z dwudziestu ośmiu osób (i psa) w obsadzie zapewne nie zauważę dwudziestu siedmiu (ani psa) – mam taką dysfunkcję, że czasem wybiórczo tracę wzrok i słuch.
Ale – recenzje ociekały gwiazdkami. Jedno tylko zdanie wywołało u mnie pogardliwe prychnięcie. The cast is mostly unknowns.
Phi. Dla kogo unknowns, dla tego unknowns. Twój problem, drogi autorze, że znasz nie tych, co trzeba.

Najpierw dygresja.
Istnieją tacy aktorzy, którzy mają swoje kościoły – z milionami zaangażowanych wyznawców świadomych każdego kichnięcia (oczywiście najlepiej, żeby bóstwo nakichało na nich), obeznanych w biografii do ósmego pokolenia wstecz i skwapliwie liczących, ile razy w danej scenie bóstwo mrugnęło, ile słów na literę A wypowiedziało oraz dyskutujących – z możliwym uwzględnieniem rękoczynów – czy bóstwo wygląda lepiej z zarostem czy bez tudzież z przedziałkiem po prawej czy lewej. To jest ten poziom boskości, gdy w grę muszą wchodzić opancerzone limuzyny i ochrona o rozmiarach Golemów, bo inaczej fanki zaduszą, zadepczą i rozerwą na strzępy. Jeśli bóstwo gra w teatrze, ludzie nie pozwalają mu wypowiedzieć ani zdania bez frenetycznej owacji. Gdy w prasie przypadkiem pojawi się artykuł bóstwu poświęcony, sekundę później pojawiają się komentarze informujące autora, że jest niedouczony, niezorientowany, nie przygotował się i nie napisał wystarczająco czołobitnego peanu. Jak nie daj Boże skrytykuje, następnego ranka ma przebite opony i zdechłą rybę na wycieraczce.
Przykładów nie będę podawać, bo wszyscy znamy przynajmniej kilka; pamiętam te dialogi latające w przerwie transmisji Koriolana, „jakim prawem ta baba go całuje, baba won ze sceny” (zresztą poczytajcie sobie komentarze pod tym filmikiem i zadumajcie się) i temu podobne. Jestem pewna, że wiele blogerek ma już w wersjach roboczych zapisane pięciogwiazdkowe recenzje Hamleta z Cumberbatchem, choć premiera za rok. Tak czy inaczej, niektórzy mają kościoły i limuzyny, inni jeżdżą metrem i mają ledwie skromne kółka modlitewne, w których garstka zahipnotyzowanych oszołomów jest prowokowana do rozważań, o czym pisałby Shakespeare, gdyby w jego czasach żyły dinozaury. Temat do rozmowy jak każdy inny przecież. A pod artykułami o nich nikt się nie kłóci z haniebnie niedoinformowanym autorem, ponieważ tych artykułów na razie nie napisano.
Wolę tych drugich, bo pierwsi wydają mi się jacyś nierealni, a poza tym nie potrafię podniecać się kimś, kogo zapewne nigdy nie spotkam.
Tak pechowo się złożyło, że nabawiłam się pewnej wstydliwej słabości, którą w dodatku z masochistycznym upodobaniem pielęgnuję, gdy tylko mam okazję. Nie będę wchodzić w szczegóły, stali czytelnicy znają je lepiej, niżby chcieli, a niestali mogą znaleźć detale w archiwach, ale nie polecam. W dużym skrócie mówiąc, słabość sprowadza się do tego, że niżej podpisana ma oczy jak spodki i gumka w majtkach jej się luzuje.
Postanowiłam zwalczać słabość metodą „jak się napatrzę, to nienawidzę, że aż strach”.
Dwanaście miesięcy, kilka ciekawych wydarzeń i jeden uścisk ciepłej łapki później mogę powiedzieć jedno.

Ta metoda nie działa.

No cóż, każda dziewczyna ma swój gust. Gdzieś przeczytałam, że Martin Freeman to chodzący seks, więc wiecie.

Tyle opisów przyrody, teraz gołe fakty.

Film prawie wszyscy oglądali, ale dla tych, co nie widzieli – półminutowe streszczenie. Jest sobie niejaki Shakespeare, aktor i dramaturg, któremu ciężko idzie pisanie, a napisać coś trzeba. Na razie chłopak ma tytuł – Romeo i Ethel, córka pirata (albowiem każdy rasowy pirat nazwałby córkę Ethel, nieprawdaż). Jest też dziewczę z dobrego domu, któremu marzy się aktorstwo, ale w owych czasach na scenie prężyli się tylko faceci, więc co poradzić, trzeba zostać facetem. Oczywiście on i ona się spotykają, iskry fruwają, dramaty nagle same się piszą, a wszystko zmierza ku niewesołemu końcowi.
W teatrze jest zupełnie inaczej niż w filmie, choć to ciągle opowieść o tym, jak zmagający się z twórczą niemocą chłopak stał się największą literacką gwiazdą wszech czasów. Ale nie jest to spektakl li o romansie barda z ponętną blondynką – również o innych ludziach, którzy odegrali znaczącą rolę w jego życiu. W tym o najjaśniej lśniącej teatralnej gwieździe schyłku szesnastego wieku pod nazwiskiem Christopher Marlowe. Gwiazda świeciła, aż pewnej nocy została zamordowana. JEŚLI została, bo podług jednej z wielu teorii spiskowych sfingowała swoją śmierć i zwiała za granicę. Dodajmy, że pracowała na drugim etacie jako szpieg Jej Królewskiej Mości – Anglia w czasach elżbietańskich nie była miejscem zbyt sielskim i miała już całkiem sprawnie działający zalążek przyszłego MI6. Jakby nie było dość zagadkowo, naukowcy ostatnio stwierdzili, że portret uchodzący za jedyną podobiznę Marlowe’a przedstawia kogoś innego. Tropicieli spisku zastanawia też fakt, że Shakespeare niczego nie napisał przed zniknięciem Marlowe’a, więc próbują dowieść, że ci dwaj w gruncie rzeczy byli jedną osobą i tak naprawdę to, co przypisujemy bardowi ze Stratford – który ponoć nie miał w domu ani jednej książki, a jego córki były analfabetkami – spłodził Marlowe, doskonały poeta i tłumacz, znacznie lepiej wykształcony, obyty w świecie i mówiący językami (ponadto zdeklarowany ateista i niemal na pewno gej; jedno i drugie w jego czasach było grubym przewinieniem, ale jakby tego było mało, był sądzony za fałszowanie pieniędzy i oskarżany o morderstwo). I w sztuce Marlowe wyłania się z ciemności w ostatniej scenie, żeby zajrzeć piszącemu Willowi przez ramię i na jego przerażone: ty nie żyjesz! odpowiedzieć z bezczelnym uśmiechem: no, tak mówią… W rzeczywistości tych dwóch panów prawdopodobnie wcale się nie przyjaźniło, być może nawet nie spotkało, choćby dlatego, że więcej ich dzieliło niż łączyło; poza tym William był w istocie osobą dość nudnawą, a Kit wprost przeciwnie – jeden z profesorów literatury opisał go jako „veteran street fighter, a counterintelligence agent, and generally bad news”. Muszę powiedzieć, że ten opis bardzo pasuje, gdyż nasz drogi sceniczny Marlowe emanuje łobuzerskim wdziękiem i jest niezaprzeczalnie uroczy (chciałabym powiedzieć, że na moją opinię w tej sprawie nie mają wpływu jego raczej imponujące łydki, ale to niestety nieprawda). I jest jedną z głównych postaci, darzącą tytułowego bohatera subtelnie dwuznacznym uczuciem. Jest trochę kumplem, trochę rywalem o lotnym umyśle i przeraźliwie ciętym języku, podszeptującym Williamowi słynne frazy.
Romeo is Italian, always in and out of love. He falls for Juliet, the daughter of his enemy.
– What about Ethel?…
– Oh, she gets married to the Moor who strangles her with a handkerchief.

Ach, tak. Williamowi, właśnie. To jest przedstawienie o Williamie. Jak mogłam zapomnieć. No to poświęćmy mu dwa zdania.
Chłopiec w roli tytułowej daje radę, ale rozpędza się dopiero, gdy komedia zmienia się w tragedię. Wtedy jest przejmujący. Proszę, dwa zdania.
(Informacja dla Demirji – ten koleżka, co Ci się podobał na obrazku, z całą pewnością nie ma tatuażu, chyba że na jedynej części ciała, której widzowie nie mogli zaobserwować).
Jest też John Webster, który w przyszłości też zostanie wielkim dramaturgiem, ale na razie to jeszcze dzieciak, dość niepokojący psychol z jednym oczkiem kaprawym, a drugim zezującym. Coś cudownego.

Och, i jest jeszcze pies. Pies oczywiście budzi w publice euforię. Miałam wrażenie, że wszyscy czekają tylko na występ psa.
Całość jest nieopisanie przyjemna dla oka i ucha. Scena balkonowa, w której biorą udział nie dwie, ale trzy osoby, jest histerycznie zabawna. Muzyka jest śliczna, cała na żywo i przepięknie wykonywana. Scenografia jest śliczna. Wchodzicie do teatru i… wchodzicie do teatru, bo na scenie widzicie scenę. Nie, nie zapętliłam się – spędzacie trzy godziny wewnątrz teatru Rose (którego ruiny, nota bene, są od pewnego czasu przywracane do teatralnego życia). W pewnej chwili widownia staje się kulisami. Światło jest śliczne, momentami zmieniające scenę w olejny obraz, a bohaterów w mgliste cienie. Aktorzy są śliczni i śliczne noszą kostiumy. I wszyscy mówią pięknie pentametrem jambicznym, czyli w metrum, w którym Shakespeare pisał – dziesięć sylab w parach po dwie w wersie, akcent na drugą sylabę w każdej parze, co daje efekt przypominający bicie serca. To jest doskonale słyszalne w oryginale i brzmi mniej więcej tak: shall-I-com-PARE-thee-TO-a-SUM-mer’s-DAY albo what-AN-gel-WAKES-me-FROM-my-FLOWE-ry-BED, albo a-RISE-the-SUN-and-KILL-the-EN-vious-MOON, albo oczywiście a-HORSE-a-HORSE-my-KING-dom-FOR-a-HORSE. Zresztą cała ekipa musiała przejść trening odpowiedniego mówienia. Bez dwóch zdań trenowała pilnie.
Któryś z recenzentów napisał, że to przedstawienie jest jednym wielkim listem miłosnym do teatru. Trudno się nie zgodzić. Końcowe sceny, gdy spektakl, który miał być katastrofą – bez psa, bez odtwórców głównych ról, z niemożebnym jąkałą wygłaszającym prolog i charczącą basem Julią – zmienia się w arcydzieło, są w jakiś sposób wzruszające. Poza tym efekty specjalne są, jak onegdaj, robione ręcznie, więc rzeka wyczarowywana jest za pomocą dwóch wiader z wodą i szmat. Kurtyny nie ma, scenografię noszą aktorzy. No i jig! Zamiast pospolitych ukłonów obsada wykonuje dość wariacki taniec – tak się kończyły przedstawienia w elżbietańskim teatrze. Tak nadal kończą się w Globe.
Udało się uchwycić tajemnicę miejsca, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje, a jednak dostarcza najprawdziwszych wrażeń. Na sąsiednich scenach musicale kipią od wodotrysków i fajerwerków, regularnie generując horrendalne straty finansowe, a to genialne w swojej prostocie przedstawienie mówi widzowi – potrzebujesz tylko wyobraźni. To jest cały twój teatr.

Ze zdjęć pojawiających się czasami w tych bardziej mrocznych odmętach internetu można wywnioskować, że kulisami też dzieje się wiele ciekawych rzeczy; panowie świetnie się bawią, wyżebrali całą lodówkę piwa od jednego z browarów, założyli bibliotekę, a w wolnych chwilach tarmoszą swojego kolegę po fachu.

Nie miałabym nic przeciwko oglądaniu tego codziennie. Albo choć raz w tygodniu.
W związku z tym zastanawiam się właśnie, co ze sobą zrobić dziś wieczorem, bilety jeszcze są… Bo po południu Ryszard III ze wspomnianym Freemanem.

Reklamy

6 thoughts on “Shagspear & Morelove

  1. powiadasz, że brak mu tatuażu? … przynajmniej w tych częściach, które widocznymi były… cóż… chyba byłabym w stanie ten niedostatek przeboleć… wszak zawsze można to zmienić 😉
    … gdybyż tylko ciut więcej latek miał, albo ja nieco mniej… chociaż – kto by się tam wiekiem przejmował

    (a do melancholijnych, dramatycznych i skrzywdzonych przez życie sierotek, zwyczajnie miewam słabość… 😉 tym większą jeśli zaraz później umieją okazać siłę i pewną dozę szorstkości )

      • No nie wiem, to musiałby być niezły hardcorowiec – mogło by to być całkiem, całkiem ciekawe 😛

        ogólnie na zdjęciu jest słodki – taki w sam raz do schrupania … ale ja zaczynam mieć objawy niedoborów, więc… jeszcze chwile i ogólnie mogę się zacząć rzucać na to co ma portki i nie ucieka 😉

        • Na stronce jest też trailer – krótki co prawda, ale możesz sobie obejrzeć chłopaka w ruchu.
          W temacie słodkości się nie wypowiadam, bo nie jestem obiektywna (khiiiii…) 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s